O Europie waszej i naszej

Jak przed przystąpieniem do UE tęskniliśmy do Europy

Pochodzę ze świata zamkniętego granicami, które przypominają do złudzenia ogrodzenie więzienne. Dużo ludzi przejeżdża dziś te granice legalnie, ale sporo ucieka przez nie, ryzykując życie, tak jak zbieg z więzienia. Czterysta milionów Europejczyków wolnych i ponad sto (a jak doliczyć Rosjan, to prawie trzysta) milionów Europejczyków uwięzionych – taki jest najważniejszy rys naszego kontynentu.

Tych z krańców dzieli niedługa podróż samolotem. Tyle, żeby zjeść obiad, wypić kawę i porozmawiać z sąsiadem o pogodzie. Tych przy granicach paręset metrów. Lecz dla większości ludzi po tamtej stronie to tyle, co życie, bo albo nigdy nie odbędą tej podróży, albo muszą postawić życie na szali, by te paręset metrów przebyć.

Jesteście więc od nas straszliwie daleko, ale równocześnie bardzo blisko, bo w myślach i tęsknotach. Chociaż oderwani od Europy wolnej, uważamy ją jednak także za naszą. Mamy o niej żywe wyobrażenia, nawet jeśli nigdy nie postawiliśmy tu stopy. Czasami są to
wyobrażenia zbyt różowe, gdy mowa na przykład o materialnym poziomie życia. Czasami czarne, gdy mowa o ideowym rozbrojeniu waszej Europy, o osłabieniu woli bronienia wartości zachodniej cywilizacji. Mamy też o was sporo wiedzy, być może więcej, niż ma tutejszy przeciętny człowiek o naszej Europie. To jest wytłumaczalne.

Wy nam jesteście potrzebni, a zarazem wy bez nas nieźle dajecie sobie radę. Gorzka to prawda, a na prawdę nie ma rady. Przejmujemy się losami Europy wolnej. Nie tyle ze względów altruistycznych, ile egoistycznych, naszych własnych. To też przecież zrozumiałe. Dlatego zagrożenia ustawiamy często w innej kolejności niż wy.

Jesteśmy mało wrażliwi na to, co dzieje się między wami a waszym wielkim sojusznikiem zza Atlantyku. Nie przeraża nas ekspansja cywilizacyjnych wzorców największej demokracji świata. Nie rozumiemy antyamerykanizmu, raczej go odrzucamy, uważamy za niebezpieczny dla Europy, choć nie ma to nic wspólnego z życzeniem, by skryła się ona w cieniu wuja Sama. Czasami ten namiętny antyamerykanizm jawi się nam jako niesprawiedliwość wobec kraju, który dokonał największego wysiłku, by przywrócić Europie Zachodniej wolność (szkoda, że nie nam). A także wobec kraju, którego obywatel dał swe nazwisko wielkiemu planowi dźwignięcia Europy (szkoda, że nie nas) ze zniszczeń wojennych. Tak to widać na przykład znad Wisły.

Widać też wyraźnie, wyraziściej niż stąd, że głównym zagrożeniem dla świata waszego jest nasz świat. Pasożytniczy i ekspansjonistyczny zarazem. Popatrzcie na listę naukowych odkryć drugiej połowy XX w., jak ubogi jest w nią wkład komunizmu. A ten, co jest, ma prawie w
całości coś wspólnego z zapachem prochu. I popatrzcie na mapę polityczną świata na przykład ostatnich trzydziestu lat. Ile na niej przybyło granic z czerwonym drutem kolczastym!

Często słychać, że my stamtąd jesteśmy nieobiektywni, że mamy uraz do czerwonego koloru. Oczywiście, że go mamy. Tak jak ma uraz do rozpalonej płyty człowiek, który jej dotknął. Lecz kto lepiej zna prawdę o niej? On, który doświadczył jej właściwości, czy ten, który z
daleka obserwuje jej czerwień? Myślimy o waszej Europie, rozmawiamy o niej w domach, chcemy jej siły i wielkości. Dlatego że jesteście nam bardzo potrzebni. Silni, prosperujący i wolni jesteście dla ludzi stamtąd nadzieją, że przyszły świat nie musi być poszatkowany
zasiekami i wieżami strażniczymi (od Rosjan oddzielają nas takie same jak Niemców wschodnich od zachodnich), że jest ciągle szansa, by ich ubywało i by kiedyś znikły z naszych granic. Jesteście dla nas żywym przykładem lepszego porządku, nawet z waszymi
bezrobotnymi. Jesteście więc czymś bardzo ważnym, co zapobiega utrwaleniu w umysłach Europejczyków uwięzionych zrezygnowanego przekonania, że świat odrutowany jest naturalnym środowiskiem życia ludzi.

Jesteście też dla nas wsparciem, a w każdym razie chcielibyśmy, abyście nim byli. Człowiek w Europie Wschodniej jest w szczególny sposób samotny, naznaczony dotkliwym poczuciem opuszczenia. Może inaczej jest w Polsce, gdzie „Solidarność” ludzi połączyła, a stan wojenny nie zdołał ich znowu rozproszkować na jednostki. Lecz normą jest samotność. Nie taki zwykły brak bliskich wokół siebie, lecz samotność wobec ogromnej machiny państwowej, która jest wszędzie. Może zaatakować z każdej strony, odebrać wszystko, w niektórych krajach nawet własne dzieci. Nie ma przed nią żadnych środków obrony.

Wy możecie takim być. Wasz głos, wasze świadectwo, że te miliony ludzi na wschód od muru berlińskiego to są ciągle członkowie europejskiej społeczności. Nie to jest najważniejsze, czy nasi władcy wezmą pod uwagę wasze opinie, choć czasem się z nimi liczą.
Wasz głos, wasza pamięć mają znaczenie dla nas, choćby nie dawały żadnych skutków praktycznych. Są wsparciem, które ludzi tam ośmiela, umacnia w ich własnym pragnieniu, by uczłowieczyć świat, w którym żyją.

Wasz głos w naszych sprawach to także wasza obecność w tamtej części pojałtańskiej Europy – u boku ludów, a nie władców. Nie wiadomo, ile czasu przyjdzie nam, Europejczykom ze Wschodu, żyć bez wolności, która dla nas nie jest ideałem abstrakcyjnym, ale warunkiem, by żyć normalnie.

Lecz jeśli kiedyś tamta część kontynentu zacznie żyć normalnie, to nie wskutek reform oświeconych totalitarystów, lecz przez napór ludów. Waszej jedności, potęgi gospodarczej i obronnej oraz waszego przywiązania do całej Europy wolnej od murów i drutów – tego
pragnęlibyśmy my, którzy nie będziemy wybierać posłów do Parlamentu Europejskiego. Mając jednak zarazem nadzieję, że wybierzecie takich, którzy przybliżą nas choćby o maleńki krok do chwili, gdy razem będziemy wybierać parlament całej Europy.

„Le Monde”, 16 czerwca 1984
Gazeta Wyborcza, 06/06/2009

Koszt wyjścia z UE. Przykład Wielkiej Brytanii

Halina Flis-Kuczyńska ostrzega przed samoizolacją Polski w Unii

Zaczęło się od narzekań na niedobre ograniczenia narzucane przez Brukselę, na zalew kraju przez imigrantów. Na wysokie koszty funkcjonowania Anglii w Unii Europejskiej. Referendum za wyjściem czy pozostaniem, przy mocno rozgrzanych nastrojach, dało wynik ponad 51 procent za wyjściem. Prawie natychmiast Anglicy chwycili się za głowy: co myśmy najlepszego zrobili? Ale Brexit został postanowiony i procedury wyjścia trwają.

Według doniesień prasowych z zeszłego roku brytyjskie ministerstwo finansów przewidziało , że w zależności od korzystniejszych lub mniej życzliwych dla Anglii wyników negocjacji rozwodowych z Europą, czyli od miękkiego lub twardego Brexitu, gospodarka może stracić od 38 do 66 miliardów funtów rocznie, a jej PKB spadnie o 5 do 9 procent w stosunku do poziomu, jaki osiągałaby pozostając w UE.

Dostęp do wspólnego rynku jest dla gospodarki konieczny. Korzystanie z jego przywilejów wymaga od krajów spoza wspólnoty wnoszenia opłat. Płacą Szwajcaria i Norwegia, podporządkowując się jednocześnie regułom tego obszaru, chociaż nie będąc członkami wspólnoty nie mają głosu w tworzeniu jej reguł. Do takiego statusu spadnie Anglia.

Ponadto istnieją podjęte wcześniej zobowiązania, takie jak składka za lata 2014-20, z okresem płatności do 2023 roku, kiedy to przewidziane jest ostateczne wyjście Wielkiej Brytanii z UE. To są dalsze dziesiątki miliardów euro.

Dwie dotychczasowe tury rokowań rozwodowych nie były łatwe dla żadnej ze stron. Jednak nawet gospodarczo tracąc wiele, Wielka Brytania z arsenałem atomowym, w swojej wspaniałej izolacji na wyspie, o bezpieczeństwo granic czy sąsiedzki atak martwić się nie musi.

Z nami jest inaczej. Dla nas w perspektywie krótszej ważny jest i dostęp do wspólnego rynku, i fundusze płynące do gospodarki, szczególnie szczodrze do rolnictwa. Jednak najważniejszą korzyścią z członkostwa w Unii Europejskiej, o której mniej się myśli na co dzień, jest bezpieczeństwo kraju.

Będąc w Sojuszu Atlantyckim i w Unii jesteśmy bezpieczni. Poza Unią – osamotnieni. I nie wiadomo, czy nie bezbronni. Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa w pełni przewidywalne nie są. Z programu tarczy antyrakietowej wycofały się dawno, mamy jedynie obietnice sprzedania Patriotów. Z zalążków tworzącej się armii europejskiej wycofaliśmy naszych oficerów. Armia polska nie rośnie w siłę, wszystkie modernizacje sprzętowe pochodzą z czasu poprzednich rządów. PiS unieważniło przetarg na śmigłowce, nie ma łodzi podwodnych ani nowocześniejszych czołgów.

Trwają dziwne zmiany kadrowe. Wyrzucono z wojska wielu doświadczonych oficerów, kilkuset pułkowników, 36 generałów, jedną trzecią generalskiego korpusu. Zmiany i szybkie awanse nowych ludzi dzieją się na wszystkich szczeblach wojska.

Spod wpływów Rosji wydobyliśmy się niedawno i nie ma powodu sądzić, że ten wielki kraj pogodził się z tym i nie miałby ochoty podporządkować nas sobie ponownie. Niekoniecznie zbrojnie. Może wpływać, i są powody sądzić, że już w strefie obronności wpływa, na polskich decydentów i na naszą opinię publiczną. Poza Unią jak moglibyśmy się temu przeciwstawić? Wołając na pomoc Amerykę? Ale i w Ameryce mają kłopot z rosyjskimi wpływami.

Pojawiła się mocarstwowa teoria Trójmorza. Nie da się stworzyć potęgi militarnej i gospodarczej z 12 niewielkich państw, zwłaszcza że nie byłby to twór spójny, np. Słowacja już się od niego odcina. Może to być porozumienie państw korzystne gospodarczo w przyszłości, po wykonaniu dużej pracy nad tym związkiem, i bez intencji stawania przeciw Europie.

Ile byśmy na opuszczeniu Unii gospodarczo stracili? Podobnie jak Brytyjczycy, tylko proporcjonalnie więcej. Anglia to płatnik netto, wychodząc z Unii coś traci, ale i coś zaoszczędza. My wychodząc tylko byśmy tracili. Jesteśmy biorcą pieniędzy. Więcej z Europy dostajemy, niż do niej wpłacamy.

Na Brexicie, sami nie wychodząc ze wspólnoty, gospodarczo tracimy już. Podmuch tamtego rozdarcia sięga nas tym, że nowy europejski budżet będzie mniejszy, mniejsza też cząstka przypadająca nam. W dodatku wojując uparcie z Brukselą o Trybunał Konstytucyjny, o imigrantów, o nieprzedłużanie kadencji Donalda Tuska, o sądy, wreszcie sprzeciwiając się postanowieniom Trybunału Europejskiego z Luksemburga w sprawie wyrąbywania Puszczy Białowieskiej, tracimy sympatie i wpływy.

Przy dzieleniu pieniędzy na następne okresy nikt nie będzie miał powodu sprzyjać naszemu dotychczasowemu uprzywilejowaniu, wypracowanemu przez poprzednią ekipę rządzącą.

Przewinienia i kary

Czy Unia może skutecznie egzekwować prawo od takich państw, jak Polska czy Węgry?
Nie ma komentarzy.

W zbiorze 28 państw stanowiących Unię Europejską nie nam jednym zdarza się naruszanie traktatowych reguł postępowania. Co roku takich naruszeń, na ogół mniejszych, zdarzają się setki. Następują rozmowy, kolejne rozmowy, upomnienia, powtórne upomnienia. Sprawy się rozwiązują, albo nie, wtedy najtrudniejsze są kierowane do rozstrzygnięcia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.

Wyroki tego Trybunału są powszechnie respektowane. Raczej były, bo Polska jest pierwszym odstępstwem od tej reguły.

Mamy w TS sprawę wyrębu Puszczy Białowieskiej. W ostatnich dniach lipca Trybunał wydał nakaz wstrzymania wyrębu do czasu rozpatrzenia sprawy i wydania wyroku, aby nie stała się puszczy szkoda nieodwracalna. Nasz rząd w osobie ministra Jana Szyszki nakaz ten zlekceważył. Wykpił naukowców, którzy przyjechali zobaczyć, co się w tym cennym lesie dzieje, mówiąc że nie odróżniają chrząszcza od żaby… Profesor Marek Safjan, sędzia Trybunału Sprawiedliwości, były prezes naszego Trybunału Konstytucyjnego, powiedział w Radio TOK FM, że jest to pierwszy w historii orzecznictwa europejskiego przypadek, kiedy jakieś państwo nie wykonuje postanowienia zabezpieczającego Trybunału Sprawiedliwości.

Zlekceważenie postanowienia zabezpieczającego podważa autorytet Trybunału Sprawiedliwości, na co ten najwyższy sąd europejski nie może sobie pozwolić. Tego trybunału nasz rząd nie może sparaliżować tak, jak to zrobił z naszym Trybunałem Konstytucyjnym. Dla ładu w Europie wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej muszą być szanowane tak, jak były przed awanturą ministra Szyszki. Nie można też przyzwalać na dalsze niszczenie unikatowych drzewostanów puszczańskich. Mówi się, że po rozpoznaniu sytuacji w puszczy raz jeszcze, Trybunał przyśpieszy pracę, aby wyrok mógł zapaść szybko, w trybie pilnym. Europejskie młyny sprawiedliwości zwyczajowo pracują starannie, ale też powoli. Zdarza się, że i dwa lata. Tym razem zanosi się na przyśpieszenie.

Po wydaniu wyroku w pierwszej instancji, jeżeli kraj nie podporządkuje się, mogą zostać nałożone kary finansowe. Pierwsza, jednorazowa, to za przepisy łamiące prawo unijne, i tu kara wynosi cztery i pół miliona euro. Druga, za nieprzestrzeganie wyroku, to kary za każdy dzień od powstania szkody, do chwili jej naprawienia, od niespełna 2 tys euro do ponad 300 tysięcy euro za każdy dzień, w zależności od wagi sprawy i stopnia natężenia konfliktu…

Wycinka puszczy trwa, przedstawiana Brukseli przez ministra Szyszkę jako cięcia zabezpieczające w miejscach, gdzie drzewa mogą stanowić zagrożenie, czyli przy drogach i szlakach turystycznych. Wobec tego oczywistego kłamstwa i po pobiciu 13 września przez straż leśną jednego z ekologów broniących puszczy, Unia zdecydowana jest nałożyć na Polskę stosowne kary, jeżeli wycinka nie ustanie. Gdy zapadnie wyrok, to gdybyśmy go zlekceważyli, to nie pomoże nam, że tych kar nie będziemy chcieli zapłacić. Bruksela potrąci je z sum przypisanych jako należne naszemu państwu.

Puszcza to jeden front walki z Unią. Drugi, to spór z Brukselą o niezależność sądów i niezawisłość sędziowską. Trwa to dłużej, od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny w 2015 roku i nieuznawania jego wyroków. Dostaliśmy już trzy rekomendacje TS w tej sprawie, dossier się rozrosło o kolejne problemy wynikające z ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, co prawda zawetowanych przez prezydenta, ale z zapowiedzianym powrotem PiS do ponownego ich uchwalenia. Zakwestionowano i dołączono tez ustawę o sądach powszechnych, te niezawetowaną, a jakże ważną. Ta procedura może w finale doprowadzić do uruchomienia artykułu 7 Traktatu i odebrania nam prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Zaczyna się od głosowania nad pytaniem, czy zgłoszony problem naruszył poważnie wartości, jakimi kieruje się Unia Europejska. Tu nie jest wymagana jednomyślność, wystarczą głosy 22 krajów. W naszym przypadku postanowiono postawić sprawę polskich naruszeń praworządności na posiedzeniu ministrów unijnych 25 września. Możliwe jest przeprowadzenia głosowania. Wstępne sondowanie opinii większości krajów Unii na to wskazuje. Przy braku naszej reakcji mógłby nastąpić etap drugi – kary finansowe – i etap trzeci – pozbawienie prawa głosu w Radzie Europejskiej. Tu byłaby już wymagana jednomyślność, na razie niemożliwa do uzyskania przy sprzeciwie Węgier.

Wojna jednak trwa, tracimy wpływy, szacunek i sympatie. Kiedy będą rozważane finanse UE po wyjściu Wielkiej Brytanii, nasze darcie kotów z Brukselą i wywołane tym zniecierpliwienie, może się przełożyć na przyznanie nam niezbędnego minimum tego, co nam przyznać można, zamiast hojnych finansów uzyskanych w poprzedniej perspektywie finansowej. Rządowi w sposób widoczny zależy na wzniecaniu złości na Brukselę. Mniejsze pieniądze dla Polski w kolejnych latach bardzo w tym Prawu i Sprawiedliwości pomogą. Wesprą prawicową propagandę o wrogiej Unii, propagandę, która ani rzetelna ani łagodna nie jest.

22 sierpnia, kiedy pisałam te słowa, na stronie wPolityce.pl posłanka Krystyna Pawłowicz komentowała,
cytuję:
„W praktyce mamy dziś do czynienia raczej z koniecznością stałej obrony ze strony Polski przed napastliwymi atakami i ingerencjami w polskie interesy. Dziś, w istocie, bez przerwy bronimy się przed skutkami naszego członkostwa w tej organizacji, a w istocie, przed skutkami udziału w tym europejskim państwie”.

Wtóruje jej komentator o nicku s. baca , wyraźnie urzeczony jej słowami:
„Zgadzam się z panią profesor co do bezczelnych ataków tego potworka na polską suwerenność. Z tego tonącego okrętu trzeba uciekać jak najszybciej!”

Dotychczasowa oględność Brukseli w postępowaniu z Polską wynika z faktu, że my, obywatele, nie poddajemy się dyktatowi PiS-u, wyrażamy nasz sprzeciw demonstracjami, petycjami, niezgodą pisaną w niezależnych mediach. To jest dostrzegane. Jednak Unia nie może dopuścić do anarchii, wnoszonej tam przez Prawo i Sprawiedliwość. Jasno nam daje to do zrozumienia Prezydent Republiki Francuskiej, Emmanuel Macron. Straciła cierpliwość Angela Merkel.

Pierwszy z celów PiS – wyprowadzenie przywódców unijnych z równowagi – został osiągnięty. Trwa praca nad celem drugim – umocnieniem w kraju nastrojów wiodących do zgody obywateli na opuszczenie Unii Europejskiej.

Trzynastego września przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker wygłosił w Parlamencie Europejskim doroczne orędzie o stanie Unii. Przekonywał, że nadszedł właściwy czas na dalszą integrację, na budowę bardziej zjednoczonej a przez to silniejszej Europy. Nie Unii kilku prędkości, ale jednej, zintegrowanej, ze wspólną walutą i wspólnym nadzorowaniem finansów. Krajom, które zechcą przystąpić do strefy euro, ale mają z tym trudności, Przewodniczący proponuje dopomóc. Jest za tym, aby wpuścić do strefy Schengen ciągle jeszcze pozostające poza nią Rumunię i Bułgarię. Wyraził zaniepokojenie rozbratem między krajami starej Europy i nowymi członkami Unii. Wspomniał, że Trybunał Sprawiedliwości jest instancją ostateczną, a wyroki sądów muszą być szanowane. Chociaż w orędziu użyto języka dyplomatycznego, wiadomo, że wskazano tu nasz kraj.

Gdy kraje Unii po Brexicie zbierają siły i pracują nad mocniejszym wzajemnym związaniem, my jesteśmy prowadzeni w kierunku przeciwnym.

Złoto dla rolników

Najwięcej na odsuwaniu się Polski od Unii stracą rolnicy

Dziś rolnik, który zajmuje się produkcją roślinną i uprawia np. pszenicę dostaje dzięki Unii dopłaty do każdego obsianego hektara – rocznie ok. tysiąca złotych (w 2019, ostatnim roku obowiązującej umowy będzie podobnie). Dobry gospodarz zbiera z tego hektara ok. 6 ton ziarna, które sprzedaje po 600-650 zł za tonę (ceny obecne), czyli dostaje 3,5 – 4 tys. złotych z hektara. I tyle też, zdaniem ekspertów, wynoszą jego koszty produkcji. Dopłata unijna – owe tysiąc złotych do każdego hektara – jest więc jedynym realnym zyskiem z uprawy pszenicy. To są tzw. dopłaty bezpośrednie.

Ale Unia ma też dodatkowe dopłaty. Są dotacje do upraw na trudnych terenach np. podgórskich czy podtapianych, są do upraw przy których stosuje się techniki tradycyjne np. kosi się ręcznie a nie maszynami itd., są też do upraw roślin rzadkich. W efekcie, jeśli się to podliczy, to niektórzy rolnicy dostają nie tysiąc złotych na hektar, ale po kilka tysięcy – trzy, cztery czy pięć. Poza tymi dopłatami na wieś płyną pieniądze w postaci bezzwrotnych dotacji do maszyn i urządzeń – Unia pokrywa połowę ceny ciągnika czy dojarki, rolnik faktycznie więc kupuje sprzęt za połowę jego wartości.

Unia dopłaca też do modernizacji gospodarstwa – to dzięki tym funduszom wieś ma dziś nowoczesne obory, stodoły, przechowalnie. Dzięki nim staliśmy się potęgą sadowniczą, bo Unia dopłacała do zakładania nowych sadów, wymiany starych odmian na nowoczesne, budowy całego zaplecza sadowniczego.

Ale nie brak unijnych dotacji najbardziej uderzy w naszych rolników w przypadku , gdybyśmy wyszli z Unii. Znacznie gorsza jest utrata swobodnego, bezcłowego dostępu do rynku niemieckiego, czeskiego czy skandynawskiego.

Jeśli Polska wyjdzie z Unii, to w 2020 roku dopłat już nie będzie, by więc jego praca miała sens rolnik musi szukać zysku gdzieś indziej np. podnosząc cenę swoich produktów.

Teraz ok. 80 proc całego naszego eksportu produktów rolnych trafia na rynek unijny. Kiedy na granicy z Unia pojawią się cła, eksport dostanie zadyszki, podaż będzie większa niż możliwości konsumpcji w kraju.

Z eksportem w świat będzie jeszcze gorzej. Na światowym rynku zderzymy się z produktami z krajów, które mocno dotują swoje rolnictwo jak np. Stany Zjednoczone oraz z tymi, które biją nas na głowę lepszymi warunkami klimatycznymi i niższymi kosztami produkcji , jak Brazylia, Argentyna czy Nowa Zelandia.

Jednym słowem wyjście z Unii oznacza spadek, a nie wzrost cen skupu zbóż przynajmniej o 10-15 proc.

Na razie powodu do lamentu nie ma, bo najważniejsze że mamy dziś rolnictwo doinwestowane. Przez „lata unijne” zdołaliśmy mocno podgonić Zachód inwestując w maszyny, przechowalnie, infrastrukturę. Będziemy co prawda produkować z mniejszym zyskiem ale w miarę nowocześnie. Przynajmniej przez najbliższe kilka lat.

Oczywiście rząd może dokładać z budżetu krajowego by zrekompensować rolnikom nową sytuację. Tylko za utratę dopłat będzie to rocznie ok. 17 mld złotych. I kolejne ponad 5 mld jakie co roku płyną z Unii na rozwój obszarów wiejskich (modernizację gospodarstw, dopłaty dla młodych rolników itd.). Do tego musiałyby dojść dopłaty do eksportu byśmy mogli konkurować z innymi krajami na światowym rynku.

Wyjście z Unii bardzo uderzy w naszych mleczarzy – zarówno hodowców krów jak i skupujące od nich mleko spółdzielnie mleczarskie.

Rynkiem mleka rządzi sinusoida – od lat jest tak że trzy dobre lata przeplatają się z dwoma fatalnymi, kiedy mleczarze są w dołku cenowym. W dobre lata rolnicy tyle na mleku zarabiają że mogą odkładać na gorsze czasy. A w dołku wkracza Bruksela ze swoim interwencyjnym skupem mleka w proszku i masła, dzięki czemu ceny skupu mleka choć spadają, to nie poniżej kosztów produkcji. Rolnicy narzekają, że nic na mleku nie zarabiają ale nie ma tragedii jak dawniej kiedy wyrzynali stada mlecznych krów, bo musieli
dopłacać do produkcji mleka. Unia skupuje mleko w proszku na zapasy a potem wysyła z dopłatą do krajów trzecich. W tym ostatnim kryzysie w latach 2015-2016 na skup mleka z Polski Unia wydała 63 mln euro, taka była skala wsparcia.

Hodowcy dostają dopłaty do ziemi, dostają też po ok. 50 euro do 20 sztuk krów, młodzi rolnicy dostają po 70 tys. złotych z puli Młody Rolnik, obficie sięgają po pieniądze na modernizację – budowę obór, kupno maszyn – z których połowa jest w formie bezzwrotnej dotacji itd. itd. Jeśli wziąć pod uwagę że jeden tylko robot udojowy kosztuje około pół miliona złotych a wielu rolników ma po kilka takich
robotów to skok jaki zrobiliśmy jest niewyobrażalny.

Po pieniądze z Unii sięgnęli też nasi przetwórcy mleka , zwłaszcza mali i średni. Dziś jest to branża najbardziej nowoczesna w Europie i chyba na świecie. Pieniądze poszły tu olbrzymie. Taka średniej wielkości mleczarnia jak np. w Rykach na Lubelszczyźnie od czasu naszej akcesji dostała na modernizację z Unii (bezzwrotnie) ok. 32 mln złotych i dziś produkuje wysokiej jakości sery, i to trzy razy więcej niż w 2004 roku. Bez tego wsparcia rozwoju by nie było.

Jeśli wyjdziemy z Unii ceny mleka w skupie spadną o 10-15 proc., ale w latach dołka nawet o połowę. Po wyjściu z Unia rynek nam się zamknie, będą problemy ze zbytem, a mlekiem zaczniemy się dusić, bo produkcję mamy dziś ogromną.

Przez kilka pierwszych lat ewentualne wyjście z Unii bardzo rolników nie zaboli. W rok 2020 wejdą z supernowoczesnymi oborami i sprzętem oraz dobrymi rasami krów. Dramat zacznie się później, kiedy trzeba będzie znowu inwestować w gospodarstwo. I trzeba to będzie zrobić z własnych oszczędności, bez dotacji.

Dla hodowców bydła wyjście z Unii oznacza katastrofę. I nie w perspektywie kilku lat tylko natychmiastową. A to dlatego, że nasza produkcja mięsa wołowego jest absolutnie uzależniona od Unii – ok. 90 proc. tego, co wyprodukujemy, ląduje na unijnym rynku. Rynku bardzo chłonnym, gdzie średnio każdy obywatel zjada 15 kg wołowiny rocznie (a u nas 1,2 kg). To, że pod nosem mamy taki zbyt, takie
„ssanie”, pozwala na rozwój tej branży, bo ceny skupu rolników zadowalają – dziś to jest ok. 13 zł za kg żywego zwierzęcia.

Jeśli rynek się teraz zamknie, cofniemy się do czasów sprzed akcesji, kiedy ceny były dwukrotnie niższe niż obecnie. Oczywiście, w hodowców uderzy też to, co w innych rolników – brak dopłat do ziemi, do zwierząt (70 euro do każdej sztuki do 20 sztuk), dla młodych rolników, do kupna ciągników, maszyn, budowy obór itd.

Wspomnienia Jeana Monneta

Prezentacja książki "Wspomnienia Jeana Monneta" wyd. Poltext

Jean Monnet – Honorowy Obywatel Europy – należy do grona najważniejszych postaci w historii Europy XX wieku. WSPOMNIENIA – w przekładzie Waldemara Kuczyńskiego – są pasjonującym freskiem historycznym przybliżającym polskiemu czytelnikowi zarówno jego postać, jak i historię integracji europejskiej.

Jak pokazują sondaże, większość Polaków jest zadowolona z tego, że jesteśmy w Unii Europejskiej. Czuje się w niej dobrze, ale czy dobrze ją czuje? Czy rozumie, czym jest Unia w ogóle i czym jest ona dla Polski i dla nas – Polaków?

Z pewnością doceniamy ją za swobodę poruszania się, podróżowania bez granic. Za to, że daje nam szansę kształcenia się, podjęcia pracy czy rozpoczęcia nowego życia tam, gdzie uznamy, że będzie nam najlepiej.

Faktem nie do podważenia jest również to, że dzięki funduszom pochodzącym z Unii Europejskiej nasza ojczyzna pięknieje i rozwija się.
Czy wszystkie aspekty przynależności Polski do Unii Europejskie uznawane są za pozytywne? Jakie są zagrożenia?
Jak można je ocenić przez pryzmat początków dziejowego procesu tworzenia zjednoczonej Europy?
Zdumiewająca jest historia życia tego człowieka z francuskiej prowincji, który stworzył fundamenty zintegrowanej Europy.
Zapraszamy na długi marsz z Jeanem Monnetem, które bardzo lubił długie marsze.

Jak pisze we wstępie prof. Aleksander Hall:
„Życie Jeana Monneta dowodzi, że naprawdę bywają zawrotne kariery, których nie zapowiadało w żaden sposób ani pochodzenie, ani wykształcenie jej bohatera”.
Książkę przełożył z języka francuskiego i opatrzył przypisami Waldemar Kuczyński.

Książka jest dostępna w sklepie Wydawnictwa Poltext.