Katorga w ławkach

Halina Flis-Kuczyńska
zamieszczono: 14.10.2017

Ponad osiem godzin w szkole. Tylu godzin lekcyjnych jednego dnia nie pamiętam. W moim liceum w 40-tysięcznym mieście w latach sześćdziesiątych najdłuższe dni lekcyjne miały po siedem godzin. Na tej ostatniej godzinie byliśmy zmęczeni, skupić się już nam było trudno.

Wtedy nie było wolnych sobót i program tygodniowy rozkładał się na sześć a nie na pięć dni, rozłożyć program było łatwiej. Cztery dni po sześć lekcji, jeden dzień z siedmioma lekcjami, i w soboty ulgowo – pięć lekcji. W dodatku to było w jedenastej klasie, kiedy byliśmy dorośli, mieliśmy po 18 lat.

W klasie było nas dwadzieścia parę osób. W ostatnich dziesięcioleciach mamy klasy szkolne po trzydzieści, a nawet trzydzieści parę osób, mimo mniej licznych roczników. Poprzednie rządy nie zauważyły, albo nie chciały zauważyć, że rosnąca zamożność kraju powinna pozwolić szkołom na mniejsze oddziały. Liczył się rachunek ekonomiczny, a ten wskazywał na mniejszy koszt uczenia w szkołach dużych o licznych klasach.

Wrażliwszym, albo zwyczajnie słabszym dzieciom dzieciom ciężko było w tych warunkach. Nauczycielom też niełatwo. Brakowało czasu na poznanie i rozumienie poszczególnych uczniów, na spokojne wyłożenie lekcyjnego tematu. Stąd miłość do kartkówek, testów i licznych zadań domowych.

Na tę sytuację nałożyła się reforma oświaty minister Zalewskiej. Z reorganizacją sieci szkół i nowymi podstawami programowymi. W tym roku nowymi programami obejmuje klasy pierwsze, czwarte i siódme. Te ostatnie skazuje na wysiłek wyjątkowy: muszą w rok przerobić materiał półtoraroczny. Czternastolatki mają mieć po siedem – osiem lekcji dziennie, żeby z tym zdążyć.

A jeszcze nasze szkoły są przyzwyczajone do zadawania dzieciom prac domowych, kiedy nie zdołają przerobić materiału dostatecznie. Czy ktoś o zdrowych zmysłach może oczekiwać, że uczeń po ośmiu godzinach wysiłku szkolnego jest zdolnym brać się na nowo do nauki wieczorem w domu?

W podstawówkach przybywa uczniów i klas, a budynki pozostają te same. Trzeba upchać te dzieci, nawet na zmiany: jedne od ósmej rano, inne od wpół do ósmej, inne od trzynastej. Jedne kończą naukę po południu, inne wieczorem, i wydaje się, że tym razem najgorzej mają uczniowie w większych miastach.

W Warszawie, w nowych dzielnicach, gdzie też i dzieci jest dużo, likwidacja gimnazjów sprawiła, że w podstawówkach nauka trwa od świtu do godzin wieczornych, nawet do osiemnastej. Ograniczane są świetlice, nie ma zajęć dodatkowych, W ostatnich klasach podstawówki dochodzi nowy przedmiot: doradztwo zawodowe. W tym roku w klasie siódmej, w przyszłym także w klasie ósmej, żeby dzieci więcej wiedziały o możliwościach wyboru zawodu. Tylko to jeszcze mocniej przeładowuje program.

W jednej z warszawskich szkół zaproponowano dziewiąte godziny lekcyjne. W innej – naukę w soboty. Będą zebrania i narady z rodzicami. Cokolwiek postanowią, nie zmniejszy to obciążenia dzieci, w siódmej klasie mają od 34 do 40 godzin lekcyjnych w tygodniu, jeżeli doliczy się niby dobrowolne religię albo etykę. W starym systemie czternastolatkowie, czyli pierwsza gimnazjalna klasa, mieli 29 godzin.

Dobrze sumuje sytuację Gazeta Wyborcza z 11 października na pierwszej stronie tytułem: „Przemęczone siódme klasy. Lekcje do upadłego”. Dziennikarka w rozmowie z matką siódmoklasistki z Warszawy dowiaduje się, że jej córka spędza w szkole 10 (słownie: dziesięć) godzin. W tygodniu ma 39 lekcji, do tego dwie godziny religii lub etyki do wyboru, a jeszcze dojdzie to poradnictwo zawodowe…

Tyle godzin w ławkach, jak w dybach. Młode ciało potrzebuje ruchu, powietrza. Nadmierne obciążenie wywołuje bóle głowy, bóle brzucha. Dzieci mają kłopot z zasypianiem wieczornym i porannym wstawaniem. Pojawiają się depresyjne nastroje, kiedy z dnia na dzień się za programem nie nadąża, mnożą się złe oceny, a zaległości narastają. I jeszcze ta groźba, że się nie dostanie do wybranego liceum, bo w przyszłym roku do szkół średnich startować będzie nie trzysta, a siedemset tysięcy uczniów, dwa roczniki.

Na przemęczenie dzieci już zwracają uwagę psycholodzy i rzecznik praw dziecka. Ministerstwo tworząc taki system potraktowało uczniów, jakby wierzyło, że można ich zamienić w odporne na zmęczenie roboty, wkładające do mózgów ciągi informacji.

Zamożniejsi rodzice umieszczają dzieci w mniej licznych klasach szkół prywatnych. Dla rodziców których na prywatne szkoły nie stać, a dziecko w powszechnej szkole cierpi, istnieje system nauki domowej, ostatnio ograniczanej. Niestety, nie nadaje się do zastosowania w domach, w których oboje rodzice pracują i nie ma osoby, zdolnej nad takim nauczaniem czuwać.

Ponieważ jednak pewne jest, że dzieci potrzebujących wyjęcia z systemu będzie więcej, zamieszczamy tu rozmowę z matką trojga dzieci, która po doświadczeniach szkolnych pierwszego dziecka, dwoje pozostałych kształci w systemie domowym. Może jej doświadczenia komuś pomogą.

Facebook Comments