Nieznane koszty reformy

Halina Flis-Kuczyńska
zamieszczono: 14.10.2017

Kiedy we wrześniu 2016 roku obradował kongres dyrektorów szkół, minister Zalewska nie mogła im odpowiedzieć na pytania o prognozę kosztów reformy edukacji dla samorządów. Nie odpowiadała też kancelarii premiera o koszty reformy z rozbiciem na powiaty i gminy. Dziś, po półtora miesiąca pracy oświaty według nowych reguł, kosztów reformy także nie zna nikt, gdyż one się dopiero ujawniają.

Miało nie być zwolnień nauczycieli, a są. Według arkuszy organizacyjnych szkół, czyli dokumentów, Związek Nauczycielstwa Polskiego policzył, że już (bo nie wszystkie dokumenty wpłynęły do tej pory) pracę straciło 6500 nauczycieli. Trzeba im wypłacać odprawy, a to jeszcze trwa. Samorządy zamierzają domagać się tych pieniędzy od MEN, nie one są winne redukcjom etatów, tylko reforma ministerialna. Ponad 18 000 pedagogów ma okrojone etaty, albo pracuje w kilku szkołach, żeby uzbierać liczbę godzin do pełnego etatu. To także koszt, tylko rozłożony na budżety domowe nauczycieli, których dotyka.

Jeszcze liczy się koszty materialne. Remonty dostosowawcze szkół do potrzeb zupełnie innych roczników dzieci jeszcze trwają i nie wszędzie mogły zostać policzone. Przestawianie sanitariatów, wyposażanie świetlic, tworzenie i wyposażanie w podstawówkach pracowni fizycznych i chemicznych, które do tej pory były w gimnazjach, zakupy innych wymiarowo mebli…

Samorządy policzyły, że tegoroczny koszt reformy edukacji to suma rzędu miliarda złotych. W większości z funduszy samorządowych, bo przecież – według minister Zalewskiej – reforma miała być prawie bezkosztowa, więc też pieniędzy na nią jest za mało. Warszawa obliczyła wydatki na 70 milionów złotych, przyznano jej zwrot poniżej 80 procent. Trwa spór o pieniądze z Łodzią, która zbuntowała się przeciwko nakazowi kuratorium budowy kilku nowych podstawówek. Także o zwrot już wydanych pieniędzy, np. na wyposażenie nowej szkoły podstawowej miasto wydało 460 tysięcy, a z Ministerstwa dostało 80 tysięcy. Skarżą się Poznań, Gdańsk, Lublin, Częstochowa.

Rząd odpowiada samorządom, że zwiększył subwencję oświatową na 2017 rok o 300 milionów zł, a w ciągu kolejnych dwu lat planuje wzrost o kolejne 159 i 200 milionów. Samorządowcy czują się oszukani. Wskazują, że nie są to subwencje zwiększone, tylko sumy wyjęte z rezerw subwencji oświatowej, przewidzianych na wydatki nadzwyczajne, w rodzaju klęsk żywiołowych.

Bo też istotnie, reforma Zalewskiej jest klęską żywiołową. Dla dzieci, dla nauczycieli, dla samorządów. Reforma miała być bezkosztowa, tymczasem koszty idą w grube miliony, a jeszcze gminy będą musiały wykonywać dalsze przystosowania, żeby w przyszłym roku jak najmniej było klas łączonych. Czasem wystarczy przybudówka do istniejącego budynku, czasem trzeba będzie raz jeszcze przenieść uczniów do innych budynków, albo pozostać z systemem, wydawałoby się, zarzuconym z poprzednim stuleciu, klas łączonych i nauki na zmiany.

Przy takich wydatkach i przy oporze ministerstwa w zwracaniu poniesionych kosztów dojdzie albo do procesów sądowych o pieniądze, albo do sporów grupowych, co samorządy już zapowiadają. Teraz trzeba jakoś rozmieścić dzieci po szkołach i rozplanować im zajęcia, opanować chaos, jaki reforma wprowadziła do szkolnictwa. Rozliczanie reformy dopiero nastąpi.

Facebook Comments