Rozpinanie kagańca oświaty

Halina Flis-Kuczyńska
zamieszczono: 13.10.2017

Halina Flis-Kuczyńska rozmawia z Agnieszką K., matką trójki dzieci, z których najstarsze zakosztowało wszystkich niedogodności dużych szkół.

Jak wiele starań i dokumentów trzeba, żeby wyjąć dziecko ze szkoły, w której źle się czuje, i zapewnić mu naukę domową (czy mieszaną, jakkolwiek ona się nazywa)?

Najpierw trzeba znaleźć szkołę, która będzie chętna, żeby opiekować się dzieckiem w nauczaniu domowym. Bo chociaż uczymy się w domu to szkoła musi zorganizować egzaminy, wystawić legitymację szkolną itp. Najlepsze są szkoły, które się w tym specjalizują, ale wtedy trzeba nieraz daleko jeździć na egzaminy. Są też państwowe i prywatne szkoły pozytywnie nastawione do takich uczniów, ale zdarzają się też miejsca gdzie na homeschoolersów patrzą krzywo i te trzeba omijać. Ja mam starsze dziecko w szkole, która specjalizuje się w takim nauczaniu, a młodsze w małej prywatnej szkole, gdzie np. WF możemy mieć z klasą.

Kiedy pierwszy etap, czyli poszukiwanie szkoły mamy za sobą, trzeba przekonać poradnię psychologiczno – pedagogiczną, żeby wydała pozwolenie. To jest kilka wizyt u specjalistów i trochę papierkowej roboty. Słyszałam o osobach, które miały z tym jakieś trudności, ale ja nie spotkałam się z tym osobiście, więc niewiele na ten temat wiem. Potem jeszcze formalnie składa się podanie do dyrekcji umówionej wcześniej szkoły i już można się czuć na swobodzie.

Tych zabiegów jest sporo, więc pytam, dlaczego zdecydowała się pani na taki trud. Co się działo z dziećmi w szkole zwyczajnej, powszechnej, że się pani na to zdecydowała?

Tu powiem krótko. Przemoc rówieśników, w tym taka, która mogła się skończyć poważnymi urazami. Spychanie dużej i coraz większej części nauki na dom. W tej chwili przerobienie CAŁEGO dziennego programu zabiera nam tyle, ile przedtem odrabianie samej pracy domowej!

To był chyba główny powód. Ale mniejsza ilość infekcji i więcej czasu na inne zajęcia, to też wielki plus, a nie targanie ciężkiego plecaka – to przysłowiowa wisienka na torcie. Dla mnie stres spowodowany tym, że to na mnie spoczywa obowiązek przerobienia programu jest o wiele mniejszy, niż odpowiedzialność wobec szkoły, czyli wywiadówki, lasy jedynek za nieodrobione prace domowe (czasem po trzy jedynki za jedno zadanie), stałe straszenie za niską frekwencją, obowiązkowe dni galowe itp.

Ani ja, ani dzieci za żadne skarby nie wrócimy do zrywania się o świcie i przesiadywania wielu godzin w ławce. Do tego (przynajmniej w przypadku moich dzieci) wiadomości nauczone w domu okazują się trwalsze, nie trzeba na początku następnego roku robić powtórek z poprzedniego.

Jak wygląda nauka w domu?

U każdego trochę inaczej. U nas dzieci wybierają, czego się uczymy danego dnia, według własnego „apetytu na wiedzę”. Z reguły
uczymy się rano, ale dzień można też ustawić inaczej. Z młodszym (pierwszoklasistą) często lekcja odbywa się na dworze. Piszemy na ziemi, czytamy na szyldach i autobusach, a liczymy monety w sklepie.

Starszy syn (druga klasa gimnazjum) wymaga tylko wytłumaczenia tematu. Potem odpalamy platformę edukacyjną Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, która sama zadaje zadania, sprawdza je i zlicza ilość przerobionego programu.

Tak sobie radzimy z przedmiotami ścisłymi. W przedmiotach humanistycznych wspieramy się nauczycielami. Rosyjski mamy prywatnie, angielski z komputera, w polskim jest możliwa wsparcie nauczycieli ze szkoły. Nasza szkoła (Szkoły Moracza) ma system wsparcia nauczycieli szkolnych dla rodziców. Można też być homeschoolersem i w ogóle nie uczyć własnych dzieci. Społeczności rodziców budują w oparciu o ten system tzw. Szkoły demokratyczne, gdzie dzieci przychodzą codziennie, mają stołówkę i nauczycieli, ale też bardzo duży luz i rok kończy się egzaminami. U nas w sąsiedniej dzielnicy jest taka „Wolna Szkoła Ogórkowa”. Pewnie byśmy tam byli gdyby nie to że dojazd niewygodny. Inną opcją są szkoły, które organizują dla swoich uczniów zajęcia w trybie uniwersyteckim. Tak robi warszawski zespół szkół Benedykta. Są wykłady i zajęcia, na których można się uczyć, ale nie ma obowiązku. Obowiązkiem jest zdanie egzaminu.

Co dziecko zyskuje?

Gigantyczne odciążenie. Zamiast 30 lub więcej godzin tygodniowo przesiedzianych w szkole, wystarcza dwanaście. Zauważyłam, że tyle dokładnie się dostaje, kiedy dziecko zachoruje i przysługuje mu nauczanie indywidualne i to się sprawdziło – tyle rzeczywiście wystarcza. To oznacza około trzech godzin dziennie i to bez „prac domowych” po południu.

Oprócz tego ma wybór w uprawianym sporcie i w grupie rówieśniczej, w której przebywa. Mój starszy syn zdecydowanie woli tych kilku kolegów, z którymi ma wspólne zainteresowania i razem chodzą na modelarnię, niż kilkusetosobowy tłum w szkole.

Myślę też, że trening zdawania egzaminów przyda się później na studiach. Bo dla gimnazjalisty to są naprawdę wielogodzinne i wyczerpujące egzaminy, tyle że w przyjaznej atmosferze.

Czy ten typ nauki jest dostępny teraz, w szkole po reformie?

Jest, ale z ograniczeniami. Jest rejonizacja, pozwolenie można dostać tylko w państwowej poradni psychologiczno – pedagogicznej, a
nie – jak wcześniej – w każdej. Szkoła za ucznia w tym trybie dostaje mniej pieniędzy od Państwa.

Ale ponieważ homeschoolersów przybywa, szkoły wyspecjalizowane sobie radzą i ciągle można to robić nieodpłatnie, nawet z dodatkowym wsparciem i zajęciami.

Dziękuję. To może być pomocne rodzinom, które nie wiedzą, jak mogą pomóc swoim dzieciom, ujętym w karby systemu, który je dławi jak kaganiec…

Zdjęcie – z archiwum domowego naszej rozmówczyni. Podpis pod zdjęciem:
„Jak prawidłowo kreślić ósemkę? Pedagodzy zalecają najpierw zaczynać od dużych ósemek a potem stawiać coraz mniejsze. My dla hecy zajęliśmy całą podłogę i ćwiczyliśmy biegając. Była świetna zabawa.”

Facebook Comments