Szkoła jest trochę jak teatr

Seweryn Szatkowski
zamieszczono: 13.10.2017

Likwidacja gimnazjów, a zwłaszcza sposób, w jaki to zrobiono, to niewątpliwie barbarzyństwo. Mam jednak wątpliwości, czy dopiero teraz, wraz z „dobrą zmianą”, zeszliśmy na złą drogę, czy też mocno błądziliśmy już wcześniej.

Bo, z jednej strony, mieliśmy niewątpliwie powody do zadowolenia. Najczęściej powoływaliśmy się na wyniki naszych uczniów w testach PISA, które sprawiły, że byliśmy traktowani jako kraj sukcesu edukacyjnego. Cieszyła nas swoboda, jaką zapewniono nauczycielom w wyborze programów i podręczników. Z zastrzeżeniami co do jej jakości, mogliśmy się też cieszyć z upowszechnienia edukacji na poziomie średnim i wyższym.

Z drugiej strony: co sądzić o wyniku wyborów 2015 r., w których trzy czwarte młodych wyborców, poniżej 30 roku życia, opowiedziało się przeciwko demokracji, przynajmniej w tym kształcie, który zamierzaliśmy przejąć z Zachodu? Co zrobić z faktem, że po dwóch latach, które mijają od wyborów, dwie trzecie obywateli nie zauważyło, że ma do czynienia z zamachem stanu? Że przez ćwierć wieku nie udało się zwiększyć frekwencji wyborczej?

Że poziom czytelnictwa spadł i że za chwilę będziemy mieli więcej obywateli z wyższym wykształceniem niż czytających książki (ściśle mówiąc: tych, którzy mieli w ręku przynajmniej jedną książkę w ciągu roku)? Że nie poprawiła się pozycja najlepszych polskich uniwersytetów w rankingach światowych? Że przybyło nam wprawdzie trochę autostrad, ale nieznacznie tylko zmniejszyła się liczba zabitych na drogach? Tych pytań jest oczywiście więcej.

Bolesną i wstydliwą sprawą jest zwłaszcza nasz stosunek do uchodźców. Można odnieść wrażenie, że sukcesom ekonomicznym i materialnemu unowocześnieniu kraju, nie towarzyszyło unowocześnienie mentalności Polaków.

Kto jest temu winien? Kościół? Politycy? Media? Zapewne, ale chyba jednak przede wszystkim szkoła. Okazało się, że polska szkoła (także szkoły wyższe) nie przygotowała nas do życia w demokracji.

W 2005 r., z okazji jubileuszu stulecia liceum Reytana, zorganizowałem spotkanie osób, które były jakoś związane z tą szkołą (np. uczyły się w niej, bądź nauczały) i które aktywnie uczestniczyły w reformowaniu polskiej oświaty po 1989 r. Wzięli w nim udział, m. in., Anna Radziwiłł, Anna Dzierzgowska, Andrzej Janowski, Włodzimierz Paszyński, Ireneusz Białecki, Tadeusz Morawski i Mirosław Sielatycki. Zadałem uczestnikom trzy pytania: co się udało zrobić, co się nie udało, co jeszcze pozostaje do zrobienia.

Różnice zdań, w każdej nieomal kwestii, były spore, ale jako najważniejsze osiągnięcia wymieniano najczęściej: odrzucenie obowiązującej wcześniej ideologii, upowszechnienie edukacji na poziomie średnim i wyższym, wyrównanie szans (poprzez stworzenie gimnazjów i wydłużenie okresu obowiązkowej nauki), decentralizację oświaty (poprzez oddanie szkół samorządom), stworzenie warunków dla tworzenia szkół społecznych i prywatnych, wprowadzenie egzaminów zewnętrznych, podniesienie poziomu wykształcenia nauczycieli (m. in. poprzez wprowadzenie nowego systemu awansu zawodowego), a także upowszechnienie znajomości języków obcych i technologii komputerowych.

Na liście zadań wymagających realizacji znalazło się sześć punktów: zgodzono się, że:
1) musi powstać całościowa wizja szkoły (odpowiedź na pytanie, jakim celom ma ona służyć);
2) trzeba przywrócić szkole jej funkcję wychowawczą;
3) trzeba doprowadzić do spójności programów nauczania, zarówno pomiędzy przedmiotami, jak i kolejnymi etapami kształcenia;
4) zerwać z tradycją przekazywania w szkole encyklopedycznej wiedzy;
5) zmieniać charakter egzaminów zewnętrznych tak, żeby w coraz większym stopniu sprawdzały zdolność samodzielnego myślenia, a nie pamięciowe opanowanie materiału oraz
6) przyznać szkołom i ich dyrektorom znacznie większą autonomię.

Tak oceniło skutki reformy z 1999 r., po sześciu latach od jej rozpoczęcia, grono osób, wśród których byli jej współautorzy. Jaka byłaby ich opinia dzisiaj?

Co do osiągnięć – prawie każdemu z nich przypisać można niestety jakieś „ale”: obowiązującą przed 1989 r. ideologię stopniowo zaczęła zastępować inna, nienowa, znana nam już z okresu międzywojennego, dotąd jeszcze nie deklarowana oficjalnie, wprowadzana „oddolnie”, ale teraz już odgórnie zalecana. W ślad za upowszechnieniem formalnego wykształcenia na poziomie średnim i wyższym nie poszło ani podniesienie, ani nawet utrzymanie jego jakości. Wyrównaniu szans nie towarzyszył dostateczny zapał, by z tych szans korzystać.

Decentralizacja oświaty w praktyce okazała się zastąpieniem jednego despoty drugim – już w 2005 r. używaliśmy terminu „dyktatura magistratu” na określenie stylu zarządzania szkołami, jaki upodobały sobie władze samorządowe. Spośród szkół społecznych i prywatnych tylko nieliczne osiągnęły poziom zbliżony do szkół publicznych.

System awansu zawodowego nauczycieli jako sposób na podniesienie ich kwalifikacji okazał się fikcją. Co do egzaminów zewnętrznych – nie mam wątpliwości, że dobrze się stało, że je wprowadzono, ale muszę uczciwie przyznać, że ich ocena w środowisku nauczycielskim nie jest jednomyślna. Jedno pozostaje poza dyskusją: na pewno dzisiejsza młodzież lepiej zna języki obce i sprawniej porusza się w Internecie. Ale czy jest to zasługa naszych szkół?

Co do zadań, które były do podjęcia, mogę zapewnić, że żadne nie zostało podjęte. Nie zapytano, czemu ma służyć nasz system edukacji. Nie umożliwiono szkołom wywiązywania się z ich zadań wychowawczych; w ogóle nie zadano pytania, czy powinny sobie takie zadania stawiać. Nie zapewniono spójności programów nauczania – nikt nawet nie próbował. Kucie na pamięć kwitnie, na rozumienie czegokolwiek nie ma czasu. Choć, trzeba przyznać, egzaminy zewnętrzne, zwłaszcza maturalne, zmieniają się we właściwym kierunku i niesprawiedliwe byłoby kwitowanie ich pogardliwym słowem: testy.

Najgorzej wypada ocena autonomii szkół. Jest gorzej niż było dwanaście lat temu. Okazuje się, że urzędnikom magistratu nie mieści się w głowie, że szkoły mogłyby sobie radzić bez nich, że oczekują od nich tylko należytej dbałości o ich stan materialny, bo na samym nauczaniu dużo lepiej znają się pracujący w nich nauczyciele i ich dyrektorzy.

Pracownikom kuratoriów rzadko kiedy starcza odwagi, by w rozpatrywaniu skarg kierowanych do nich przez rodziców jako najbardziej kompetentnych konsultantów traktować nauczycieli i dyrektorów szkół. Przełożony oczekuje, że się wykażą, więc nawet najbardziej absurdalne zażalenia – gołym okiem widać, że pisane ręką wariata – traktują serio, bo tak jest łatwiej i bezpieczniej, po co niepotrzebnie popisywać się samodzielnym myśleniem. To jest też kwestia mentalności. Mam pracę, więc muszę zadbać, by jej nie stracić. Mam władzę, więc dlaczego miałbym się nią z kimkolwiek dzielić? Dlaczego miałbym uznać, że ktoś na czymś może się znać lepiej ode mnie?

Trzeba by innej okazji, żeby adekwatnie opisać sposób zarządzania szkołami przez władze samorządowe i państwowe. Pozostając przy kwestii autonomii szkół, a zwłaszcza ich dyrektorów, poprzestać muszę na tym, co najistotniejsze z punktu widzenia jakości edukacji. Chodzi o pytanie, czy po 1989 r. zadbaliśmy o to, żeby nasze dzieci uczyli w szkole właściwi ludzie? Właściwi, to znaczy: najlepsi z możliwych.

Nie sądzę, żebyśmy zrobili w tej sprawie dostatecznie dużo. W dalszym ciągu zawód nauczyciela nie jest przedmiotem marzeń ludzi rozpoczynających studia. Pensja, którą może otrzymać początkujący nauczyciel, w dalszym ciągu nie przyciąga do szkoły najlepszych absolwentów wyższych uczelni. Z kształceniem nauczycieli podczas studiów bywało już lepiej. Nadal obowiązuje i nie został nigdy przez nikogo zakwestionowany szkodliwy przepis mówiący o konieczności posiadania przygotowania pedagogicznego przez osoby gotowe uczyć w szkole (nie znam nikogo, kto by o skończonym przez siebie kursie w tym zakresie miał cokolwiek dobrego do powiedzenia).

Obowiązujący system awansu zawodowego nie wymaga od nauczyciela żadnej rzeczywistej pracy nad sobą – aby w stosunkowo krótkim czasie uzyskać dyplom mistrzowski wystarczy „chęć szczera” i cierpliwość w zbieraniu zaświadczeń o ukończeniu rozmaitych szkoleń (niewiele jest osób, od których słyszałem coś dobrego o szkoleniach, w których uczestniczyły). Co najważniejsze: nadal obowiązuje Karta Nauczyciela (z roku 1982!), która skutecznie uniemożliwia zwalnianie z pracy ludzi, którzy nie powinni mieć kontaktu z dziećmi. Nie jest ich wprawdzie dużo, to najwyżej kilku w przeciętnej szkole. Ale ich szkodliwość jest ogromna, o wiele większa, niżby to wynikało z ich umiarkowanej liczebności.

Proszę sobie wyobrazić teatr. Szkoła jest trochę jak teatr: plan lekcji to repertuar przedstawień; każda sala lekcyjna to widownia i scena. Na scenie staje aktor, który jest też po trosze reżyserem swojego przedstawienia, a po trosze autorem scenariusza. Jeśli ma talent, wciąga do gry publiczność. I proszę sobie wyobrazić dyrektora teatru, który wie, że ma w obsadzie kilku kiepskich aktorów. Że codziennie którąś z głównych ról – a w szkole właściwie wszystkie role są główne – zagra ewidentny patałach. I nic nie może na to poradzić.

Stąd często słyszana opinia: że nasz system edukacji nie służy ani jakości nauczania, ani dobru uczniów i rodziców. Że jest jedynie systemem opieki społecznej nad pewną grupą zawodową. Że ponadto istotą tego systemu jest ochrona najsłabszych w zawodzie, kosztem tych najlepszych.

Dlatego w 1999 r. byłem przeciwnikiem tworzenia gimnazjów, a teraz byłem przeciwnikiem ich likwidacji. Przyczyna była ta sama: przekonanie, że od mieszania herbata nie zrobi się słodsza. Zamiast inwestować duże pieniądze w zmianę struktury, trzeba było zrobić wszystko, żeby dzieci rozpoczynające naukę w szkole miały szansę spotkania w niej właściwych ludzi. Wychowujemy się przecież właśnie w ten sposób: spotykając na swojej drodze właściwych ludzi.

Przypuszczam, że byłaby to kwestia ponad podziałami, że ci, którzy znają się na oświacie, podpisaliby się pod listą najważniejszych postulatów niezależnie od dzielących ich różnic politycznych. Pierwszym z nich byłby ten właśnie: dbając o wysoki status zawodu
nauczyciela, należy dać dyrektorom znacznie większą swobodę w budowaniu zespołów nauczycielskich. Z całą pewnością nie straciliby na tym dobrzy nauczyciele.

Jeżeli szkoła ma uczyć myślenia, a tym samym przygotowywać do życia w demokracji, w ślad za niezbędnymi zmianami w Karcie Nauczyciela, powinny pójść następne kroki: należałoby znacząco odchudzić programy nauczania, dać czas na dyskusję na lekcjach, na myślenie, na ćwiczenia, na rozwój wyobraźni. W dalszym ciągu zmieniać wymagania egzaminacyjne tak, aby sprawdzały stopień rozumienia przedmiotu a nie sprawność pamięci uczniów. Należałoby zmniejszać liczebność klas, by umożliwić nauczycielom bardziej indywidualne relacje z uczniami.

Gdyby przykładem miał być język polski, chodziłoby m. in. o stworzenie szansy na częstsze zadawanie uczniom prac pisemnych i częstsze ich, i bardziej staranne, ocenianie przez nauczycieli. O więcej swobodnej dyskusji na lekcjach. Gdyby przykładem miały być przedmioty przyrodnicze, chodziłoby o czas na większą liczbę ćwiczeń i eksperymentów. Lekcje wiedzy o społeczeństwie powinny być okazją do ćwiczenia się w sztuce argumentacji, udziału w debacie, prezentacji siebie i własnego punktu widzenia, ale też na przykład zadawania pytań, szukania dziury w całym, krytycznej analizy życia publicznego. Wychowanie szkolne powinno polegać na podejmowaniu działalności społecznej i obywatelskiej w praktyce. Można by przy tym sprawić, że wraz z innymi ocenami na świadectwie, ocena takich działań miałaby jakieś znaczenie w rekrutacji na studia.

Przeważają w tym podsumowaniu rzeczy niezrobione, niepodjęte i zaniechane.

Dlaczego? Może naiwnie, ale wierzę, że można było zdziałać dużo więcej, gdybyśmy chcieli i umieli ze sobą rozmawiać. Gdybyśmy potrafili znaleźć czas i poświęcić go na działanie dla dobra wspólnego, rezygnując w jakiejś mierze z własnych ambicji. Potrzebna była, już w 1989 r., jakaś nowa Komisja Edukacji Narodowej, która działając stale, przez lata, niezależnie od zmieniających się rządów, w porę podsuwałaby kolejnym ministrom edukacji wypracowane już i przedyskutowane w gronie fachowców rozwiązania. Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu.
No trudno, nie stało się. I pewnie już się nie stanie.

***

Nagrania archiwalne z udziałem dra Seweryna Szatkowskiego:

Facebook Comments