Złoto dla rolników

Krystyna Naszkowska
zamieszczono: 17.09.2017

Dziś rolnik, który zajmuje się produkcją roślinną i uprawia np. pszenicę dostaje dzięki Unii dopłaty do każdego obsianego hektara – rocznie ok. tysiąca złotych (w 2019, ostatnim roku obowiązującej umowy będzie podobnie). Dobry gospodarz zbiera z tego hektara ok. 6 ton ziarna, które sprzedaje po 600-650 zł za tonę (ceny obecne), czyli dostaje 3,5 – 4 tys. złotych z hektara. I tyle też, zdaniem ekspertów, wynoszą jego koszty produkcji. Dopłata unijna – owe tysiąc złotych do każdego hektara – jest więc jedynym realnym zyskiem z uprawy pszenicy. To są tzw. dopłaty bezpośrednie.

Ale Unia ma też dodatkowe dopłaty. Są dotacje do upraw na trudnych terenach np. podgórskich czy podtapianych, są do upraw przy których stosuje się techniki tradycyjne np. kosi się ręcznie a nie maszynami itd., są też do upraw roślin rzadkich. W efekcie, jeśli się to podliczy, to niektórzy rolnicy dostają nie tysiąc złotych na hektar, ale po kilka tysięcy – trzy, cztery czy pięć. Poza tymi dopłatami na wieś płyną pieniądze w postaci bezzwrotnych dotacji do maszyn i urządzeń – Unia pokrywa połowę ceny ciągnika czy dojarki, rolnik faktycznie więc kupuje sprzęt za połowę jego wartości.

Unia dopłaca też do modernizacji gospodarstwa – to dzięki tym funduszom wieś ma dziś nowoczesne obory, stodoły, przechowalnie. Dzięki nim staliśmy się potęgą sadowniczą, bo Unia dopłacała do zakładania nowych sadów, wymiany starych odmian na nowoczesne, budowy całego zaplecza sadowniczego.

Ale nie brak unijnych dotacji najbardziej uderzy w naszych rolników w przypadku , gdybyśmy wyszli z Unii. Znacznie gorsza jest utrata swobodnego, bezcłowego dostępu do rynku niemieckiego, czeskiego czy skandynawskiego.

Jeśli Polska wyjdzie z Unii, to w 2020 roku dopłat już nie będzie, by więc jego praca miała sens rolnik musi szukać zysku gdzieś indziej np. podnosząc cenę swoich produktów.

Teraz ok. 80 proc całego naszego eksportu produktów rolnych trafia na rynek unijny. Kiedy na granicy z Unia pojawią się cła, eksport dostanie zadyszki, podaż będzie większa niż możliwości konsumpcji w kraju.

Z eksportem w świat będzie jeszcze gorzej. Na światowym rynku zderzymy się z produktami z krajów, które mocno dotują swoje rolnictwo jak np. Stany Zjednoczone oraz z tymi, które biją nas na głowę lepszymi warunkami klimatycznymi i niższymi kosztami produkcji , jak Brazylia, Argentyna czy Nowa Zelandia.

Jednym słowem wyjście z Unii oznacza spadek, a nie wzrost cen skupu zbóż przynajmniej o 10-15 proc.

Na razie powodu do lamentu nie ma, bo najważniejsze że mamy dziś rolnictwo doinwestowane. Przez „lata unijne” zdołaliśmy mocno podgonić Zachód inwestując w maszyny, przechowalnie, infrastrukturę. Będziemy co prawda produkować z mniejszym zyskiem ale w miarę nowocześnie. Przynajmniej przez najbliższe kilka lat.

Oczywiście rząd może dokładać z budżetu krajowego by zrekompensować rolnikom nową sytuację. Tylko za utratę dopłat będzie to rocznie ok. 17 mld złotych. I kolejne ponad 5 mld jakie co roku płyną z Unii na rozwój obszarów wiejskich (modernizację gospodarstw, dopłaty dla młodych rolników itd.). Do tego musiałyby dojść dopłaty do eksportu byśmy mogli konkurować z innymi krajami na światowym rynku.

Wyjście z Unii bardzo uderzy w naszych mleczarzy – zarówno hodowców krów jak i skupujące od nich mleko spółdzielnie mleczarskie.

Rynkiem mleka rządzi sinusoida – od lat jest tak że trzy dobre lata przeplatają się z dwoma fatalnymi, kiedy mleczarze są w dołku cenowym. W dobre lata rolnicy tyle na mleku zarabiają że mogą odkładać na gorsze czasy. A w dołku wkracza Bruksela ze swoim interwencyjnym skupem mleka w proszku i masła, dzięki czemu ceny skupu mleka choć spadają, to nie poniżej kosztów produkcji. Rolnicy narzekają, że nic na mleku nie zarabiają ale nie ma tragedii jak dawniej kiedy wyrzynali stada mlecznych krów, bo musieli
dopłacać do produkcji mleka. Unia skupuje mleko w proszku na zapasy a potem wysyła z dopłatą do krajów trzecich. W tym ostatnim kryzysie w latach 2015-2016 na skup mleka z Polski Unia wydała 63 mln euro, taka była skala wsparcia.

Hodowcy dostają dopłaty do ziemi, dostają też po ok. 50 euro do 20 sztuk krów, młodzi rolnicy dostają po 70 tys. złotych z puli Młody Rolnik, obficie sięgają po pieniądze na modernizację – budowę obór, kupno maszyn – z których połowa jest w formie bezzwrotnej dotacji itd. itd. Jeśli wziąć pod uwagę że jeden tylko robot udojowy kosztuje około pół miliona złotych a wielu rolników ma po kilka takich
robotów to skok jaki zrobiliśmy jest niewyobrażalny.

Po pieniądze z Unii sięgnęli też nasi przetwórcy mleka , zwłaszcza mali i średni. Dziś jest to branża najbardziej nowoczesna w Europie i chyba na świecie. Pieniądze poszły tu olbrzymie. Taka średniej wielkości mleczarnia jak np. w Rykach na Lubelszczyźnie od czasu naszej akcesji dostała na modernizację z Unii (bezzwrotnie) ok. 32 mln złotych i dziś produkuje wysokiej jakości sery, i to trzy razy więcej niż w 2004 roku. Bez tego wsparcia rozwoju by nie było.

Jeśli wyjdziemy z Unii ceny mleka w skupie spadną o 10-15 proc., ale w latach dołka nawet o połowę. Po wyjściu z Unia rynek nam się zamknie, będą problemy ze zbytem, a mlekiem zaczniemy się dusić, bo produkcję mamy dziś ogromną.

Przez kilka pierwszych lat ewentualne wyjście z Unii bardzo rolników nie zaboli. W rok 2020 wejdą z supernowoczesnymi oborami i sprzętem oraz dobrymi rasami krów. Dramat zacznie się później, kiedy trzeba będzie znowu inwestować w gospodarstwo. I trzeba to będzie zrobić z własnych oszczędności, bez dotacji.

Dla hodowców bydła wyjście z Unii oznacza katastrofę. I nie w perspektywie kilku lat tylko natychmiastową. A to dlatego, że nasza produkcja mięsa wołowego jest absolutnie uzależniona od Unii – ok. 90 proc. tego, co wyprodukujemy, ląduje na unijnym rynku. Rynku bardzo chłonnym, gdzie średnio każdy obywatel zjada 15 kg wołowiny rocznie (a u nas 1,2 kg). To, że pod nosem mamy taki zbyt, takie
„ssanie”, pozwala na rozwój tej branży, bo ceny skupu rolników zadowalają – dziś to jest ok. 13 zł za kg żywego zwierzęcia.

Jeśli rynek się teraz zamknie, cofniemy się do czasów sprzed akcesji, kiedy ceny były dwukrotnie niższe niż obecnie. Oczywiście, w hodowców uderzy też to, co w innych rolników – brak dopłat do ziemi, do zwierząt (70 euro do każdej sztuki do 20 sztuk), dla młodych rolników, do kupna ciągników, maszyn, budowy obór itd.

Facebook Comments