Nie chcemy umierać w pracy

Halina Flis-Kuczyńska
zamieszczono: 11.11.2017

Nie chcemy umierać w pracy – wołają lekarze rezydenci. Z takim hasłem rozpoczęli strajk głodowy.

Lekarz to roślina, która długo rośnie. Sześć lat trudnych studiów, rok stażu podyplomowego, pięć lub sześć lat pracy w szpitalu ze statusem rezydenta, dla zdobycia specjalizacji. Pożądane jest, a właściwie nawet konieczne,żeby po tych kilkunastu latach lekarz nadal nie tracił kontaktu ze specjalistyczną wiedzą, bo medycyna XXI wieku jest innowacyjna.

Na nadmiar lekarzy nie cierpi żaden kraj w Europie. Francja i Niemcy chętnie zatrudniają lekarzy z Polski i innych krajów, przeglądają nasz rynek tego „towaru” kraje skandynawskie, zachęcając prostymi procedurami nostryfikacji dyplomów., wyższymi niż polskie zarobkami, służbowymi mieszkaniami, ułatwieniami dla życia rodzin.

Teoretycznie w ślad za wyjazdami lekarzy z krajów wschodniej Europy do bogatszych krajów zachodu, na zwolnione miejsca powinni przyjeżdżać lekarze z krajów jeszcze uboższych, a do Polski także nasi rodacy rozsiani po krainach dawnego imperium rosyjskiego. Nawet próbują przyjeżdżać, jednak procedury nostryfikacji dyplomów dla lekarzy i pielęgniarek są w naszym kraju tak trudne, że praktycznie zmuszają do powtórzenia studiów, skazując na lata wegetacji na obrzeżach medycznego zawodu.

Sprawia to, jak napisał do ministra Konstantego Radziwiłła w marcu zeszłego roku rzecznik praw obywatelskich, że na zachodzie lekarze – imigranci, czyli przybysze z innych krajów, stanowią około 17 procent lekarzy, a u nas mniej niż 2 procent.

Naczelna Izba Lekarska w połowie zeszłego roku policzyła lekarzy cudzoziemców w Polsce. Było ich 404, z czego 177 z krajów UE.

Samo uproszczenie nostryfikacji dyplomów, o które prosił rzecznik, pozwoliłoby otworzyć przybyszom dostęp do naszej służby zdrowia . Strumień wyjazdów zacząłby się w pewnym stopniu równoważyć ze strumieniem przyjazdów. Niestety, nic o tym nie słychać. Nie jest tak,że kolejni ministrowie zdrowia byli na niedostatek lekarzy obojętni. Już dziesięć lat temu, widząc, jak bardzo ich brak, wymyślono, że przecież lekarz, jeden lekarz, może pracować za dwu.

Prawo niby na to nie pozwała, lekarz, jak kierowca tira na drodze, czy maszynista pociągu, musi być przytomny i uważny. Ale można stworzyć taką klauzulę, po podpisaniu której lekarz rezygnuje z prawa do 48 godzin pracy tygodniowo. Zyskuje prawo pracy w takim wymiarze, jaki zdoła wytrzymać. Albo i nie wytrzymać, jak świadczy śmierć z przepracowania czwórki młodych lekarzy w ostatnich
miesiącach.

Nie znaczy to,że nie zostało zrobione nic więcej. Ułatwiono dostęp młodych lekarzy de rezydentur, o które przed decyzją Ewy Kopacz trzeba było mocno zabiegać. Teraz miejsce rezydenta czeka na każdego kończącego studia.

Rozbudowano wydziały lekarskie. Studia medyczne oferują trzy razy więcej miejsc, niż na początku transformacji. Mamy na uczelniach medycznych 135 tysięcy młodych ludzi, przygotowujących się do tego zawodu. Wejdą oni do szpitali za kilka lat .Dobrze byłoby,żeby na stale, gdyż, jeżeli nic się nie zmieni, po stażu wielu z nich umknie za granicę. Zależy to od poczynań rządu, tego i rządów następnych.

Dziś jest bardzo niedobrze. Stąd ten strajk głodowy. Nie jakiś wymyślony przez rozpasanych lekarzy jeżdżących na zagraniczne wycieczki i jadających łyżkami kawior na śniadanie. Strajk ciężko pracujących, źle wynagradzanych ludzi, którzy dzisiejszą sytuacją czują się upodleni.
Postaramy się tu o nim opowiedzieć.

Protestujących lekarzy rezydentów odwiedziły: Krystyna Stachowiak, poznańska działaczka Solidarności w latach 80. oraz Aleksandra Banasiak (siostra „Awana”), legendarna pielęgniarka, uczestniczka poznańskiego Czerwca ’56 roku.

Facebook Comments