Rok Emmanuela Macrona

Dziennikarzowi pracującemu we Francji trudno wspominać 2017 rok inaczej niż jako rok Emmanuela Macrona.

Były bankier, milioner, minister w rządzie socjalistycznym, startuje do wyborów jako outsider, bez własnej partii i jej aparatu, nie pełniąc nigdy żadnej funkcji z wyboru, odmawiając udziału w jakichkolwiek partyjnych prawyborach – i w wieku 39 lat zostaje prezydentem Francji, zostawiając w pobitym polu wszystkich rywali z lewicy i prawicy. No i, last but not least, ratując Francję przed widmem rządów skrajnej prawicy pod wodzą Marine Le Pen, która przeszła do drugiej tury, ale Macronowi nie dała rady.

Macron, to polityczny kosmita. Wyłonił się znikąd i w krótkim czasie zbudował wokół siebie nowy potężny ruch, który nie tylko pomógł mu wygrać wybory prezydenckie, ale także w parlamentarnych zgarnął większość, pozwalającą mu samodzielnie rządzić. Macron osiągnął ten niebywały sukces, wysyłając swoich ludzi nie do telewizji, tylko na bezpośrednie rozmowy i spotkania z wyborcami. Oczywiście, ruch Macrona był także obecny w internecie, ale, jak się wydaje, metoda „puk, puk!” przyniosła mu największe korzyści. Puk, puk do drzwi, rozmowa o stanie kraju i programie Macrona – i oto kolejny wyborca pozyskany.

Początkowo śmiano się z niego i nie dawano mu żadnych szans na sukces. Tym bardziej, że wśród głównych tematów kampanii umieścił stan i przyszłość UE, podczas gdy wszystkie inne sztaby wyborcze uważały, że eksponowanie spraw Europy w kampanii krajowej, to gwarantowana porażka. Macron udowodnił jednak, że w społeczeństwie istnieje bardzo głębokie zapotrzebowanie na rozmowę o Europie – pod warunkiem, że o jej wizji mówi się rozsądnie, zrozumiale, bez nerwów, stereotypów, uprzedzeń, uproszczeń lub zgoła kłamstw.

Macron wykorzystał także inne oczekiwanie: na pojawienie się kogoś spoza utrwalonych od dziesięcioleci partyjnych układów, spoza dotychczasowej, mocno już „opatrzonej” i w dużej mierze skompromitowanej klasy politycznej.

Kiedy obserwuje się działania Macrona, nie sposób opędzić się od myśli o Polsce. To jeden z powodów, dla których z taką uwagą tym działaniom się przyglądam. Polacy mają przecież podobne oczekiwania, a przed wyborami tak samo się radykalizowali i szukali alternatywy dla coraz bardziej odrzucanej umiarkowanej klasy politycznej.

Tyle tylko, że Francuzi znaleźli rozwiązanie alternatywne w osobie Macrona, a Polacy nie znaleźli żadnego i zagłosowali na szowinistycznych demagogów i radykałów podobnych do pokonanej przez Macrona Marine Le Pen i jej Frontu Narodowego. Gdyby nie wejście Macrona do gry, Francuzi z pewnością zagłosowaliby tak samo i spowodowaliby podobną katastrofę, tylko w jeszcze większej skali.

Myślę, że 2018 rok będzie ważny i trudny. To będzie rok decyzji, w którym z możliwych kierunków pójdzie Polska, ale także Europa, a może nawet świat. Jeżeli nie uda nam się w porę ocknąć, by powstrzymać proces rozkładu ustroju, prawa i naszego wspólnego państwa, to Europa wkrótce nam ucieknie. Macron i Merkel przygotowują inicjatywy w sprawie wzmocnienia i usprawnienia Unii już od miesięcy, a ich ogłoszenie powstrzymują tylko długie i skomplikowane negocjacje w sprawie utworzenia koalicji rządowej w Niemczech.

Jeśli nic się nie zmieni, wprowadzenie tych inicjatyw w życie będzie oznaczało ostateczne powstanie Europy kilku prędkości, ze strefą euro jako centrum i awangardą. A w takim wypadku Polska na pewno nie znajdzie się w tej awangardzie i stanie wobec ryzyka trwałej marginalizacji. I tak się skończą szumne sny o potędze ludzi pozbawionych wyobraźni, w których myśleniu strategicznym najdalszą znaną perspektywą są co najwyżej opłotki Warszawy.

Czeka nas wyjątkowo ważny, trudny, ciężki, niebezpieczny, decydujący rok. Rok wymagający odwagi i brania naszych spraw w nasze ręce w poczuciu odpowiedzialności za kraj i jego mieszkańców. Zgoda, może to brzmi patetycznie.

Ale tak jest.

Głosy nadziei

Sięgnę wstecz. Jest maj roku 1989. We wspomnieniach „Bóg wyżej, dom dalej” (wydanych przez Iskry w 1991) pisze o ocenie sytuacji kraju Adam Bień, jeden z szesnastu działaczy Polski Podziemnej, uprowadzonych w marcu 1945 roku przez NKWD do Moskwy. Uwięziony na Łubiance, skazany w procesie moskiewskim i trzymany w więzieniu do 1949 roku. Wrócił do kraju i na jego oczach działy się wszystkie przemiany, aż po koniec lat osiemdziesiątych. Dostrzegł wtedy w sytuacji geopolitycznej, z pierestrojką Gorbaczowa w Rosji, szansę Polski na wejście w lepsze sojusze i trwalsze przymierza.

„Na międzymorzu bałtycko – czarnomorskim , w świecie prądów „nach Osten” i „nach Westen”, trudna to jest polityka… Przeżyłem dwie wojny światowe. Obie toczyły się między tymi samymi zaborcami. W obu wojnach los Polski był przedmiotem konfliktu, nie jedynym, ale doniosłym. W wyniku pierwszej (1914-1918) powstała z niebytu Polska niepodległa, a upadli wszyscy jej zaborcy.
W wyniku drugiej (1939-1945) – istniejąca Polska niepodległa i silna (35 milionów ludności, ponad dwumilionowa armia) straciwszy ponad sześć milionów Polaków, straciwszy bezmiar dóbr materialnych i dóbr kultury, straciwszy całą swoją siłę zbrojną , musiała w końcu oddać Rosji 47% terytorium państwa polskiego i stać się satelitą wszechwładnej Rosji. Politycznym, wojskowym, społecznym i
gospodarczym satelitą…
Każdy z tych, (jakże różnych !) wyników , wywodzi się z jakiejś polityki: w wypadku pierwszym – polityki mądrej, trafnej, skutecznej, a w wypadku drugim – głupiej , błędnej i tragicznej… Los Polski zależy więc od polityki…
Od ich rozumu oraz umiejętności zręcznego lawirowania między groźnym Wschodem a groźnym Zachodem. Dopóki Europa Środkowo-Wschodnia nie przemieni się we Wschodnią EWG, nie widzę dla polityki polskiej recepty innej. 
A więc – rozum i czujność. Czujność już dziś!”

I jeszcze głos Waldemara Kuczyńskiego – artykuł z 1984 roku z Le Monde „O Europie waszej i naszej”.

Zabijanie spełnionego marzenia

Marzenie Polski o wejściu do europejskiej rodziny narodów spełniło się w 2004 roku. Jednak zasady obowiązujące w tym ugrupowaniu krajów, chociaż zobowiązaliśmy się w traktatach do ich przestrzegania ,uwierają naszych dzisiejszych rządzących w ich dążeniu do stworzenia państwa dyktatorskiego. Są w tworzeniu dyktatury przeszkodą. Dlatego Jarosław Kaczyński robi wszystko, aby nasz kraj z Unią Europejską skłócić , a obywatelom przedstawić Unię jako największego wroga. Tak po kawałku – najpierw samą Francję, później Niemcy, od których, zdaniem Prawa i Sprawiedliwości, należą się nam biliony dolarów odszkodowań za wojenne zniszczenia…

W Newsweeku nr 34/2017 Cezary Michalski pisze:
„Kiedy 1 lipca w przemówieniu na kongresie PiS Jarosław Kaczyński znów zaatakował Niemcy, podnosząc też sprawę reparacji, wszyscy – również w jego partii – uznali to za zwyczajowy rytuał.” Ale była w tym sprytniejsza myśl, żeby oskarżyć o nierealność żądań reparacji – opozycję: „Minister Waszczykowski (na pytania o reparacje) odpowiada ,że trudno będzie podjąć rozmowę z Niemcami, mając taką opozycję w kraju.” I dalej: „Wywołany do tablicy Rafał Grupiński z PO mówi, że jeśli porównać ostrość ataków Kaczyńskiego i PiS na Brukselę i Berlin, do bardzo miękkiego wobec Rosji wywiadu Waszczykowskiego dla dziennika „Kommiersant”, to nie tylko z książki Tomasza Piątka o Macierewiczu, ale także z publicznych działań Kaczyńskiego i Waszczykowskiego widać, że rząd PiS bierze udział w grze Putina przeciwko Europie.”

Są kolejne wydarzenia, potwierdzające ten ostrzegawczy głos. Oto dwunastego września prasa donosi o długiej, piętnastominutowej audycji moskiewskiej telewizji, wykpiwającej Polskę za jej pretensje do Niemiec i i jej wołanie o reparacje za wojenne szkody. Przecież Stalin zrobił Polsce prezent w postaci ziem zachodnich , dobrze zagospodarowanych, bogatych ziem niemieckiego Śląska i Pomorza. Czym
innym jest takie przypomnienie, jak nie wołaniem do Niemiec: obudźcie się, Polska chce wojennych reparacji, więc wy żądajcie zwrotu waszego terytorium…

A to głos człowieka spoza świata polityki, psychologa, Wojciecha Eichelbergera (Polityka nr 36/2017) w wywiadzie Dawida Karpiuka zatytułowanym „Polska nie wierzy w miłość”:

W.E. zauważa ,że Polska zachowuje się jak dziecko , które kiedyś skrzywdzono. Odwraca się od przyjaciół, niszczy własne sukcesy.
D. K. „Ale przecież chce wyglądać pięknie! Buduje swój wizerunek, tworzy narcystyczną fasadę. A na fasadzie husaria, żołnierze wyklęci i twarz szlachetnej ofiary.
W. E. Tak, fasada jest heroiczna i niezłomna. To, że w dzieciństwie i dojrzewaniu Polska była niezłomna i bohaterska, nie ulega wątpliwości. Dzięki temu przetrwała. Może sobie pogratulować. Ale trudne dzieciństwo już dawno się skończyło. Już nie otaczają jej wrogowie. Niestety, Polska nie wie, jak żyć wśród przyjaciół. Powinna się tego nauczyć. Łatwiej jej epatować wszystkich wokół swoim przedłużanym w nieskończoność trudnym, bohaterskim dzieciństwem i po drodze przyjaciół zamieniać we wrogów. W dodatku jest przekonana ,że wreszcie wstaje z kolan przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Nie rozumie, że powstanie z kolan oznacza, że się nie musi nikogo udawać, że się wie, kim się jest i się to akceptuje.”

A tu głos z innej perspektywy, bułgarskiego politologa Iwana Krastewa, szefa Centrum Strategii Liberalnych w Sofii i wykładowcy w Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu. W Gazecie Wyborczej z 30 czerwca napisał artykuł „W Europie , albo nigdzie”.
Oto dwa fragmenty:

„Pod koniec 2016 roku wielu Europejczyków , zdruzgotanych brexitem i zaniepokojonych zwycięstwem Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach, popadło w głęboką rozpacz. Pogodzili się z myślą, że Unia Europejska przechodzi do historii. Sześć miesięcy później nic się właściwie nie zmieniło, a jednak zmieniło się wszystko. Sondaże pokazują, że coraz więcej Europejczyków stawia na Unię. Lepszy stan gospodarki na kontynencie, nędzne wyniki populistów w Holandii, oraz upokorzenie twardej brexiterki Theresy May w wyborach parlamentarnych dały wielu nadzieję, że UE otrzymała drugą szansę i że uda się ją wykorzystać. Decydujące zwycięstwa Emmanuela Macrona we Francji – w wyborach prezydenckich i parlamentarnych – odniesione z dumnie proeuropejskim programem, pozwoliły uwierzyć, że zamiast rozpadu możliwa jest dalsza integracja”.

„Rządy regionu ,postawione w obliczu reformującej Unię inicjatywy Merkel-Macron, wkrótce będą zmuszone wybrać między przyszłością głębszej integracji z Europą Zachodnią a przyszłością, w której Europa Środkowa jest w coraz większym stopniu marginalizowana.”
„…doświadczenie Europy Środkowej XX wieku można podsumować maksymą: „Jeżeli nie siedzisz przy stole, jesteś w menu”.”

I wreszcie głos z kraju , ku któremu kierujemy myśli o obronności Europy, w tym naszego kraju, czyli z Ameryki. Timothy Snyder, amerykański historyk , profesor uniwersytetu Yale , autor książki „Skradzione ziemie. Europa między Hitlerem i Stalinem”, wydanej w 2015 roku , w rozmowie z dziennikarzem Polityki Tomaszem Targańskim (Polityka 31/2017) zatytułowanej „Nie ma trzeciej drogi. Unia albo Rosja” na pytanie T.T . ,, czy Polska może istnieć poza Europą” , odpowiada wprost:

„Nie może. Wielka Brytania poradzi sobie bez Europy, ale ze względu na swoje szczególne położenie Polska , aby zachować suwerenność, musi być częścią jakiegoś międzynarodowego układu”.

Zapytany o głos amerykańskiego Departamentu Stanu w obronie trójpodziału władz w Polsce, odpowiada:
„Bo osłabienie polskiej demokracji jest problemem także dla Waszyngtonu… Mówiąc najkrócej, ludziom w Ameryce, którym zależy na NATO, zależy także na prawach człowieka. Natomiast kraj zbaczający z drogi demokracji to woda na młyn dla przeciwników NATO, których w USA nie brakuje.”

PiS obraża świat

PiS odrzuca dotychczasowe sojusze w sferze gospodarczej, kulturalnej i wojskowej

Przywykliśmy do pewnego ładu w polityce, zgodnie z którym w kraju obowiązuje język parlamentarny, a za granicą nawet coś więcej, bo dyplomatyczny. PiS-owska „rewolucja” zrywa z tą tradycją. Każdy dzień, a nawet każda godzina przynosi nam coraz to nowe rewelacje polityczne o zaskakujących poczynaniach obecnej władzy. Spójrzmy, jak to się zaczęło, i czy czasem nie zaczynamy się przyzwyczajać do nowych warunków, czy nasza wrażliwość nie stępiła się w ciągu ostatnich dwóch lat?

W maju 2016 roku zostaliśmy upokorzeni kuriozalną uchwałą sejmową o suwerenności Polski, wymierzoną nie tylko w opozycję, ale i w zagranicę – instytucje unijne, które zwracają polskiemu rządowi uwagę na niepraworządność. Uchwała pozornie jawiła się jako samoobrona rządu, który poczuł się dotknięty ingerencją z zewnątrz, ale przecież faktycznie imputowała zagranicy działania bezprawne i próbę ograniczenia naszej suwerenności. Na którą sami się zgodziliśmy podpisem prezydenta Kaczyńskiego pod Traktatem Lizbońskim, po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Majową uchwałę „o suwerenności” należy więc traktować jako akt histeryczny i obraźliwy, zarówno dla opozycji, jak i dla naszych zachodnich dotychczasowych sojuszników. Komentatorzy mówili o międzynarodowym skandalu, któremu winne jest państwo polskie, traktujące zagranicznych partnerów jak wrogów. [1]

Dlaczego obecna ekipa rządząca z takim zapałem obraża zagranicznych polityków, zagraniczne instytucje i całe społeczeństwa? Moglibyśmy odpowiedzieć, że z powodu zerwania z poprawnością polityczną, która władzy ciąży; w Polsce, podobnie jak w relacjach zagranicznych, wedle tego nowatorskiego modelu, ma obowiązywać język nieparlamentarny, najlepiej rodem z magla. Jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Czyżby zwykła niekompetencja? Otóż powody są dwa. Pierwszym z nich jest populizm, czyli schlebianie wszelkim gustom w celu zdobywania poparcia i rozszerzania elektoratu.

Zaczęliśmy się zwyczajnie cieszyć, że nasi „dowalili obcemu”, uwierzyliśmy w slogan, jakoby „Polska wstawała z kolan”. Drugim powodem jest skupianie naszej uwagi na polityce krajowej, bo zagraniczna traktowana jest wyłącznie przyczynkarsko, co dobitnie przedstawił ostatnio Piotr Buras w artykule „Europesymiści są na fali”: „Rząd PiS – jak żaden inny rząd po 1989 roku – kieruje się prymatem polityki wewnętrznej nad zagraniczną. To niewątpliwie konsekwencja radykalizmu w polityce wewnętrznej. Dlatego też rząd PiS nie jest skłonny do uwzględniania opinii zagranicznych partnerów”. [2]

Dlaczego właściwe stosunki międzynarodowe Polski są tak niezmiernie ważne dla wszystkich nas razem i każdego z osobna? Nie trzeba tłumaczyć, że chodzi o tak zasadnicze kwestie, jak bezpieczeństwo, czy gospodarka; jesteśmy wszak rynkiem nadal wschodzącym, to prawda, od ćwierćwiecza. Od tych dobrych stosunków zależą dotacje dla rolnictwa, inwestycje, kredytowanie, etc. W przypadku zapaści w stosunkach międzynarodowych czekają nas sankcje. Nie chodzi zatem o abstrakcyjną dyplomację jako sztukę dla samej sztuki, ale o stan naszych kieszeni, o naszą zasobność.

Premier Szydło tymczasem stwierdziła przed rokiem: „Zaczyna się o Polsce mówić nieprzychylnie tylko dlatego, że wreszcie nasz kraj zaczął bronić własnych interesów. Będziemy ich konsekwentnie bronić.” I tego typu narracja towarzyszy konsekwentnie nam ze strony rządzących… [3]

O pisowskiej polityce zagranicznej prof. Bartoszewski mawiał: „Jeśli panna nie jest piękna i posażna, to powinna być choć sympatyczna, a nie nabzdyczona”. Miał na myśli minister Annę Fotygę, ale czy tego samego nie powiedziałby, gdyby żył, o obecnym ministrze Waszczykowskim? To m. in. dzięki prześmiewczym bon-motom profesora zdołaliśmy jakoś przeżyć ponure dwa lata poprzednich rządów pisowskich, więc teraz tak bardzo nam go brakuje. Minister Waszczykowski majdruje od początku w bilateralnych i wielostronnych naszych stosunkach z Zachodem, mówiąc na przykład o „murzyńskości”, co oburzyło cały cywilizowany świat… [4]

PiS-owska władza nas, obywateli, chętnie obraża. Wymyśla nam od najgorszych. Jednakże kłopot pojawia się wówczas, gdy obraża zagranicę: polityków zagranicznych, zagraniczne instytucje i społeczeństwa. Wiedzieliśmy, że nie należy być obojętnym. Dlatego od początku reagowaliśmy, by takiego wrażenia swoją obojętnością nie wzbudzać.

Można wymieniać w nieskończoność, ile to już gaf popełnił w polityce międzynarodowej ten nieszczęsny rząd, ile instytucji europejskich obraził i ile całych społeczeństw, ile wywołał skandali swoimi nieprzemyślanymi wypowiedziami. Koszmar niszczenia przyjacielskich relacji z naszymi partnerami i sojusznikami zaczął się pod koniec 2015 roku, czyli natychmiast po przejęciu władzy przez PiS. [5]

Maniera, aby obrażać przywódców zagranicznych, jest charakterystyczna, jak się zdaje, dla głównego architekta obecnej „dobrej zmiany”, Jarosława Kaczyńskiego, i znana nam jest z przeszłości, choćby sprzed sześciu lat: „Obrażając kanclerz Niemiec Angelę Merkel Jarosław Kaczyński postanowił przenieść politykę insynuacji na arenę międzynarodową”. [6] Zresztą, przed rokiem – jak pamiętamy – obraził Billa Clintona. Tak to podsumował marszałek Stefan Niesiołowski: „Prezydenta Clintona powinien przeprosić pan Kaczyński, dlatego, że użył określenia, że lekarz się powinien nim zająć, w domyśle psychiatra. To chamstwo. Lekarze się powinni zająć niektórymi, a na pewno jednym ministrem w rządzie pana Kaczyńskiego, bo on jest de facto takim nadpremierem, dlatego mówię o jego rządzie, trudno panią Szydło traktować poważnie”. [7]

Jarosław Kaczyński, rzecz jasna, nikogo nie przeprosił i nie przeprosi. My natomiast powinniśmy przeprosić za niego. Tymczasem my odcinamy się od początku od obraźliwych słów. Polscy obywatele chcą wyrazić swoją życzliwość, sympatię i szacunek wobec dotychczasowych sprzymierzeńców, wbrew retoryce obecnej władzy. Problem deptania naszych sojuszy i partnerstwa ma wielkie znaczenie, bo od ich stanu zależy przyszłość naszego kraju i nas samych, zwłaszcza naszej stopy życiowej. Zamiast podtrzymywać te relacje na właściwym poziomie i o nie dbać, minister Waszczykowski oznajmił nam przed rokiem, że oto „W ramach otwarcia na wschód przeprowadziliśmy konsultacje w Moskwie, próbujemy utrzymać pragmatyczne relacje. Rozpoczęliśmy też proces normalizacji relacji z Białorusią”. [8]

Czy może się udać budowanie gospodarki w oparciu o sojusze wschodnie, co zasadniczo wpłynie na naszą ekonomię, zarówno tę ogólnokrajową, jak i naszą osobistą, każdego z nas? Możemy się spodziewać sankcji, a przynajmniej drastycznego rozluźnienia więzi politycznych i ekonomicznych z gospodarczymi potęgami, z którymi dotychczas utrzymywaliśmy bardzo ciepłe i intensywne relacje. Taką przyszłość funduje nam rząd PiS.

[1] Sejm przyjął uchwałę w sprawie obrony suwerenności Polski

[2] Europesymiści są na fali

[3] Szydło do Polonii: Będziemy konsekwentnie bronić interesów Polski

[4] Witold Waszczykowski znów o „murzyńskości”

[5] Zła wola, arogancja – PiS obraża szefa Parlamentu Europejskiego, bo nazwał po imieniu to, co robią z Polską

[6] Kaczyński obraził Merkel: wbił nóż w plecy kandydatom PiS

[7] Niesiołowski ostro: Kaczyński jak Hitler

[8] Szef MSZ Polski: Nie przewidzieliśmy tak negatywnej reakcji na korektę polityki

Przewinienia i kary

Czy Unia może skutecznie egzekwować prawo od takich państw, jak Polska czy Węgry?
Nie ma komentarzy.

W zbiorze 28 państw stanowiących Unię Europejską nie nam jednym zdarza się naruszanie traktatowych reguł postępowania. Co roku takich naruszeń, na ogół mniejszych, zdarzają się setki. Następują rozmowy, kolejne rozmowy, upomnienia, powtórne upomnienia. Sprawy się rozwiązują, albo nie, wtedy najtrudniejsze są kierowane do rozstrzygnięcia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.

Wyroki tego Trybunału są powszechnie respektowane. Raczej były, bo Polska jest pierwszym odstępstwem od tej reguły.

Mamy w TS sprawę wyrębu Puszczy Białowieskiej. W ostatnich dniach lipca Trybunał wydał nakaz wstrzymania wyrębu do czasu rozpatrzenia sprawy i wydania wyroku, aby nie stała się puszczy szkoda nieodwracalna. Nasz rząd w osobie ministra Jana Szyszki nakaz ten zlekceważył. Wykpił naukowców, którzy przyjechali zobaczyć, co się w tym cennym lesie dzieje, mówiąc że nie odróżniają chrząszcza od żaby… Profesor Marek Safjan, sędzia Trybunału Sprawiedliwości, były prezes naszego Trybunału Konstytucyjnego, powiedział w Radio TOK FM, że jest to pierwszy w historii orzecznictwa europejskiego przypadek, kiedy jakieś państwo nie wykonuje postanowienia zabezpieczającego Trybunału Sprawiedliwości.

Zlekceważenie postanowienia zabezpieczającego podważa autorytet Trybunału Sprawiedliwości, na co ten najwyższy sąd europejski nie może sobie pozwolić. Tego trybunału nasz rząd nie może sparaliżować tak, jak to zrobił z naszym Trybunałem Konstytucyjnym. Dla ładu w Europie wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej muszą być szanowane tak, jak były przed awanturą ministra Szyszki. Nie można też przyzwalać na dalsze niszczenie unikatowych drzewostanów puszczańskich. Mówi się, że po rozpoznaniu sytuacji w puszczy raz jeszcze, Trybunał przyśpieszy pracę, aby wyrok mógł zapaść szybko, w trybie pilnym. Europejskie młyny sprawiedliwości zwyczajowo pracują starannie, ale też powoli. Zdarza się, że i dwa lata. Tym razem zanosi się na przyśpieszenie.

Po wydaniu wyroku w pierwszej instancji, jeżeli kraj nie podporządkuje się, mogą zostać nałożone kary finansowe. Pierwsza, jednorazowa, to za przepisy łamiące prawo unijne, i tu kara wynosi cztery i pół miliona euro. Druga, za nieprzestrzeganie wyroku, to kary za każdy dzień od powstania szkody, do chwili jej naprawienia, od niespełna 2 tys euro do ponad 300 tysięcy euro za każdy dzień, w zależności od wagi sprawy i stopnia natężenia konfliktu…

Wycinka puszczy trwa, przedstawiana Brukseli przez ministra Szyszkę jako cięcia zabezpieczające w miejscach, gdzie drzewa mogą stanowić zagrożenie, czyli przy drogach i szlakach turystycznych. Wobec tego oczywistego kłamstwa i po pobiciu 13 września przez straż leśną jednego z ekologów broniących puszczy, Unia zdecydowana jest nałożyć na Polskę stosowne kary, jeżeli wycinka nie ustanie. Gdy zapadnie wyrok, to gdybyśmy go zlekceważyli, to nie pomoże nam, że tych kar nie będziemy chcieli zapłacić. Bruksela potrąci je z sum przypisanych jako należne naszemu państwu.

Puszcza to jeden front walki z Unią. Drugi, to spór z Brukselą o niezależność sądów i niezawisłość sędziowską. Trwa to dłużej, od ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny w 2015 roku i nieuznawania jego wyroków. Dostaliśmy już trzy rekomendacje TS w tej sprawie, dossier się rozrosło o kolejne problemy wynikające z ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, co prawda zawetowanych przez prezydenta, ale z zapowiedzianym powrotem PiS do ponownego ich uchwalenia. Zakwestionowano i dołączono tez ustawę o sądach powszechnych, te niezawetowaną, a jakże ważną. Ta procedura może w finale doprowadzić do uruchomienia artykułu 7 Traktatu i odebrania nam prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Zaczyna się od głosowania nad pytaniem, czy zgłoszony problem naruszył poważnie wartości, jakimi kieruje się Unia Europejska. Tu nie jest wymagana jednomyślność, wystarczą głosy 22 krajów. W naszym przypadku postanowiono postawić sprawę polskich naruszeń praworządności na posiedzeniu ministrów unijnych 25 września. Możliwe jest przeprowadzenia głosowania. Wstępne sondowanie opinii większości krajów Unii na to wskazuje. Przy braku naszej reakcji mógłby nastąpić etap drugi – kary finansowe – i etap trzeci – pozbawienie prawa głosu w Radzie Europejskiej. Tu byłaby już wymagana jednomyślność, na razie niemożliwa do uzyskania przy sprzeciwie Węgier.

Wojna jednak trwa, tracimy wpływy, szacunek i sympatie. Kiedy będą rozważane finanse UE po wyjściu Wielkiej Brytanii, nasze darcie kotów z Brukselą i wywołane tym zniecierpliwienie, może się przełożyć na przyznanie nam niezbędnego minimum tego, co nam przyznać można, zamiast hojnych finansów uzyskanych w poprzedniej perspektywie finansowej. Rządowi w sposób widoczny zależy na wzniecaniu złości na Brukselę. Mniejsze pieniądze dla Polski w kolejnych latach bardzo w tym Prawu i Sprawiedliwości pomogą. Wesprą prawicową propagandę o wrogiej Unii, propagandę, która ani rzetelna ani łagodna nie jest.

22 sierpnia, kiedy pisałam te słowa, na stronie wPolityce.pl posłanka Krystyna Pawłowicz komentowała,
cytuję:
„W praktyce mamy dziś do czynienia raczej z koniecznością stałej obrony ze strony Polski przed napastliwymi atakami i ingerencjami w polskie interesy. Dziś, w istocie, bez przerwy bronimy się przed skutkami naszego członkostwa w tej organizacji, a w istocie, przed skutkami udziału w tym europejskim państwie”.

Wtóruje jej komentator o nicku s. baca , wyraźnie urzeczony jej słowami:
„Zgadzam się z panią profesor co do bezczelnych ataków tego potworka na polską suwerenność. Z tego tonącego okrętu trzeba uciekać jak najszybciej!”

Dotychczasowa oględność Brukseli w postępowaniu z Polską wynika z faktu, że my, obywatele, nie poddajemy się dyktatowi PiS-u, wyrażamy nasz sprzeciw demonstracjami, petycjami, niezgodą pisaną w niezależnych mediach. To jest dostrzegane. Jednak Unia nie może dopuścić do anarchii, wnoszonej tam przez Prawo i Sprawiedliwość. Jasno nam daje to do zrozumienia Prezydent Republiki Francuskiej, Emmanuel Macron. Straciła cierpliwość Angela Merkel.

Pierwszy z celów PiS – wyprowadzenie przywódców unijnych z równowagi – został osiągnięty. Trwa praca nad celem drugim – umocnieniem w kraju nastrojów wiodących do zgody obywateli na opuszczenie Unii Europejskiej.

Trzynastego września przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker wygłosił w Parlamencie Europejskim doroczne orędzie o stanie Unii. Przekonywał, że nadszedł właściwy czas na dalszą integrację, na budowę bardziej zjednoczonej a przez to silniejszej Europy. Nie Unii kilku prędkości, ale jednej, zintegrowanej, ze wspólną walutą i wspólnym nadzorowaniem finansów. Krajom, które zechcą przystąpić do strefy euro, ale mają z tym trudności, Przewodniczący proponuje dopomóc. Jest za tym, aby wpuścić do strefy Schengen ciągle jeszcze pozostające poza nią Rumunię i Bułgarię. Wyraził zaniepokojenie rozbratem między krajami starej Europy i nowymi członkami Unii. Wspomniał, że Trybunał Sprawiedliwości jest instancją ostateczną, a wyroki sądów muszą być szanowane. Chociaż w orędziu użyto języka dyplomatycznego, wiadomo, że wskazano tu nasz kraj.

Gdy kraje Unii po Brexicie zbierają siły i pracują nad mocniejszym wzajemnym związaniem, my jesteśmy prowadzeni w kierunku przeciwnym.