Katorga w ławkach

Na Czatach PiS rujnuje dorobek polskiej szkoły

Ponad osiem godzin w szkole. Tylu godzin lekcyjnych jednego dnia nie pamiętam. W moim liceum w 40-tysięcznym mieście w latach sześćdziesiątych najdłuższe dni lekcyjne miały po siedem godzin. Na tej ostatniej godzinie byliśmy zmęczeni, skupić się już nam było trudno.

Wtedy nie było wolnych sobót i program tygodniowy rozkładał się na sześć a nie na pięć dni, rozłożyć program było łatwiej. Cztery dni po sześć lekcji, jeden dzień z siedmioma lekcjami, i w soboty ulgowo – pięć lekcji. W dodatku to było w jedenastej klasie, kiedy byliśmy dorośli, mieliśmy po 18 lat.

W klasie było nas dwadzieścia parę osób. W ostatnich dziesięcioleciach mamy klasy szkolne po trzydzieści, a nawet trzydzieści parę osób, mimo mniej licznych roczników. Poprzednie rządy nie zauważyły, albo nie chciały zauważyć, że rosnąca zamożność kraju powinna pozwolić szkołom na mniejsze oddziały. Liczył się rachunek ekonomiczny, a ten wskazywał na mniejszy koszt uczenia w szkołach dużych o licznych klasach.

Wrażliwszym, albo zwyczajnie słabszym dzieciom dzieciom ciężko było w tych warunkach. Nauczycielom też niełatwo. Brakowało czasu na poznanie i rozumienie poszczególnych uczniów, na spokojne wyłożenie lekcyjnego tematu. Stąd miłość do kartkówek, testów i licznych zadań domowych.

Na tę sytuację nałożyła się reforma oświaty minister Zalewskiej. Z reorganizacją sieci szkół i nowymi podstawami programowymi. W tym roku nowymi programami obejmuje klasy pierwsze, czwarte i siódme. Te ostatnie skazuje na wysiłek wyjątkowy: muszą w rok przerobić materiał półtoraroczny. Czternastolatki mają mieć po siedem – osiem lekcji dziennie, żeby z tym zdążyć.

A jeszcze nasze szkoły są przyzwyczajone do zadawania dzieciom prac domowych, kiedy nie zdołają przerobić materiału dostatecznie. Czy ktoś o zdrowych zmysłach może oczekiwać, że uczeń po ośmiu godzinach wysiłku szkolnego jest zdolnym brać się na nowo do nauki wieczorem w domu?

W podstawówkach przybywa uczniów i klas, a budynki pozostają te same. Trzeba upchać te dzieci, nawet na zmiany: jedne od ósmej rano, inne od wpół do ósmej, inne od trzynastej. Jedne kończą naukę po południu, inne wieczorem, i wydaje się, że tym razem najgorzej mają uczniowie w większych miastach.

W Warszawie, w nowych dzielnicach, gdzie też i dzieci jest dużo, likwidacja gimnazjów sprawiła, że w podstawówkach nauka trwa od świtu do godzin wieczornych, nawet do osiemnastej. Ograniczane są świetlice, nie ma zajęć dodatkowych, W ostatnich klasach podstawówki dochodzi nowy przedmiot: doradztwo zawodowe. W tym roku w klasie siódmej, w przyszłym także w klasie ósmej, żeby dzieci więcej wiedziały o możliwościach wyboru zawodu. Tylko to jeszcze mocniej przeładowuje program.

W jednej z warszawskich szkół zaproponowano dziewiąte godziny lekcyjne. W innej – naukę w soboty. Będą zebrania i narady z rodzicami. Cokolwiek postanowią, nie zmniejszy to obciążenia dzieci, w siódmej klasie mają od 34 do 40 godzin lekcyjnych w tygodniu, jeżeli doliczy się niby dobrowolne religię albo etykę. W starym systemie czternastolatkowie, czyli pierwsza gimnazjalna klasa, mieli 29 godzin.

Dobrze sumuje sytuację Gazeta Wyborcza z 11 października na pierwszej stronie tytułem: „Przemęczone siódme klasy. Lekcje do upadłego”. Dziennikarka w rozmowie z matką siódmoklasistki z Warszawy dowiaduje się, że jej córka spędza w szkole 10 (słownie: dziesięć) godzin. W tygodniu ma 39 lekcji, do tego dwie godziny religii lub etyki do wyboru, a jeszcze dojdzie to poradnictwo zawodowe…

Tyle godzin w ławkach, jak w dybach. Młode ciało potrzebuje ruchu, powietrza. Nadmierne obciążenie wywołuje bóle głowy, bóle brzucha. Dzieci mają kłopot z zasypianiem wieczornym i porannym wstawaniem. Pojawiają się depresyjne nastroje, kiedy z dnia na dzień się za programem nie nadąża, mnożą się złe oceny, a zaległości narastają. I jeszcze ta groźba, że się nie dostanie do wybranego liceum, bo w przyszłym roku do szkół średnich startować będzie nie trzysta, a siedemset tysięcy uczniów, dwa roczniki.

Na przemęczenie dzieci już zwracają uwagę psycholodzy i rzecznik praw dziecka. Ministerstwo tworząc taki system potraktowało uczniów, jakby wierzyło, że można ich zamienić w odporne na zmęczenie roboty, wkładające do mózgów ciągi informacji.

Zamożniejsi rodzice umieszczają dzieci w mniej licznych klasach szkół prywatnych. Dla rodziców których na prywatne szkoły nie stać, a dziecko w powszechnej szkole cierpi, istnieje system nauki domowej, ostatnio ograniczanej. Niestety, nie nadaje się do zastosowania w domach, w których oboje rodzice pracują i nie ma osoby, zdolnej nad takim nauczaniem czuwać.

Ponieważ jednak pewne jest, że dzieci potrzebujących wyjęcia z systemu będzie więcej, zamieszczamy tu rozmowę z matką trojga dzieci, która po doświadczeniach szkolnych pierwszego dziecka, dwoje pozostałych kształci w systemie domowym. Może jej doświadczenia komuś pomogą.

Reforma edukacji – powrót do PRL

Krystyna Starczewska Halina Flis-Kuczyńska nie dla reformy edukacji Na czatach

„Badania wskazują, że średni poziom agresji w szkołach podstawowych i gimnazjach jest porównywalny, przy czym największy problem z agresją uczniów mają obecnie nauczyciele klas szóstych. Poziom przemocy w gimnazjach stale się zimniejsza, powrót do starego, dwustopniowego systemu szkolnego znowu ją nasili – mówi Krystyna Starczewska, prezes Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej, w wywiadzie udzielonym Krytyce Politycznej.” Krystyna Starczewska: powrót do PRL-owskiego systemu oświaty uważam za szkodliwy.

„System edukacji oparty na trzech zasadach – monopolu państwa w organizacji i kontroli szkół, „jedynie słusznej” ideologii w nauczaniu oraz autorytarnym wychowaniu z elementami militarnymi – jest typowy dla wszystkich reżimów autorytarnych. Występował również w hitlerowskich Niemczech. A teraz usiłuje się przywrócić go w Polsce. Pytanie – w jakim celu.” SZKOŁA HIPOKRYZJI

W rozmowie z Haliną Flis-Kuczyńską, redaktor naczelną serwisu publicystycznego „Na czatach”, Krystyna Starczewska rozwija ten temat. Ale nie tylko. Zaczyna od swoich bogatych doświadczeń zawodowych w szkole, by następnie krytycznie odnieść się do wdrażanej właśnie reformy.

W lakonicznej jak na tak bogaty życiorys notce biograficznej Krystyny Starczewskiej czytamy:

Ukończyła Wydział Polonistyczny UW. Pracowała m.in. w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego. Doktoryzowała się w Instytucie Filozofii UW w 1971; przez lata pracowała w Polskiej Akademii Nauk. Zajmowała się twórczością Jerzego Szaniawskiego i dziełem Janusza Korczaka; psychologią humanistyczną i feminizmem.
Przed 1989 brała udział w opozycji demokratycznej, współpracowała z KOR-em, od kwietnia 1978 była członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, w latach 1982-1989 redagowała podziemny dwutygodnik KOS. W 1989 brała udział obradach podzespołu do spraw oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki i postępu technicznego w ramach obrad Okrągłego Stołu.
W 1989 poświęciła się tworzeniu „Bednarskiej” – I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie przy ulicy Bednarskiej oraz 20 Społecznego Gimnazjum w Warszawie przy ulicy Raszyńskiej, którego obecnie jest dyrektorką.
21 września 2006 została odznaczona przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od 2007 należy do Rady Programowej reaktywowanego przez Stefana Bratkowskiego Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”.

Piątka na Czatach (3)

Kolejne wydanie NaCzatach.pl mówi o destrukcji systemu edukacji zaserwowanej nam przez partię rządzącą dla niepoznaki nazywaną reformą edukacji. To trzecie wydanie naszego serwisu publicystycznego. Proponujemy Państwu rzetelną informację i pogłębioną analizę. W świecie pędzących newsów i kilkugodzinnych sensacji chcemy lepiej zrozumieć ważne sprawy, które się wokoło nas dzieją. Chcemy je zrozumieć razem z Państwem.

Wierzymy że razem, zatrzymując się na chwilę i podejmując pogłębioną refleksję, możemy zbliżyć się do prawdy. Zwłaszcza, że do współpracy udaje nam się zaprosić osoby, które poruszane tematy znają naprawdę dogłębnie i od wielu lat.

Liczymy, że zostaniecie Państwo z nami, mimo że nasze wydawnictwo nie jest na razie regularne. Zaczęliśmy jako piątka znajomych, którzy uznali, że trzeba się sprzeciwić zalewowi pseudo-informacji i manipulacji podpieranej ideologią.

Edukacja to przyszłość społeczeństwa. Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie – mówił w XVI wieku Jan Zamoyski. Czy uda się partii i politykom wychować nowego człowieka, uformowanego na ideologiczne zamówienie, na podstawie zmanipulowanej informacji i programów nauczania podporządkowanych dążeniu do władzy i poszerzaniu wpływów. Nie pierwszy to raz w historii Polski ktoś próbuje nas w ten sposób uformować. W czasie zaborów to rodzice uczyli swoje dzieci prawdy, kultury, języka. Podczas okupacji organizowano tajne komplety. W PRL-u prawda była przekazywana przez podziemne wydawnictwa, pamięć rodziców i dziadków, nielicznych odważniejszych nauczycieli.

Jak będziemy sobie radzić teraz? To się okaże. Ale jedno już wiemy z doświadczenia – na pewno nie damy się uformować. Homo sovieticus u nas się nie uformuje. Bo wolność i niezależność mamy w genach.

A jednak warto wiedzieć, co nam rządzący szykują. Nam, naszym dzieciom i wnukom. Tak łatwiej będzie się nam przygotować i ochronić to, co najważniejsze. Dlatego przedstawiamy Państwu rzetelne opracowania na temat faktycznego kierunku zmian w systemie edukacji narzuconych nam przez partię wbrew woli rodziców, nauczycieli i dzieci.

A kim my jesteśmy? Oto nasza piątka:
Halina Flis-Kuczyńska – redaktor naczelna
Danuta Kuroń – patronat
Mateusz Kijowski – redaktor prowadzący
Paweł Barański – sekretarz redakcji
Przemysław Wiszniewski – wydawca

Szkoła jest trochę jak teatr

Szkoła nauczyciel uczeń Na Czatach liceum reforma MEN

Likwidacja gimnazjów, a zwłaszcza sposób, w jaki to zrobiono, to niewątpliwie barbarzyństwo. Mam jednak wątpliwości, czy dopiero teraz, wraz z „dobrą zmianą”, zeszliśmy na złą drogę, czy też mocno błądziliśmy już wcześniej.

Bo, z jednej strony, mieliśmy niewątpliwie powody do zadowolenia. Najczęściej powoływaliśmy się na wyniki naszych uczniów w testach PISA, które sprawiły, że byliśmy traktowani jako kraj sukcesu edukacyjnego. Cieszyła nas swoboda, jaką zapewniono nauczycielom w wyborze programów i podręczników. Z zastrzeżeniami co do jej jakości, mogliśmy się też cieszyć z upowszechnienia edukacji na poziomie średnim i wyższym.

Z drugiej strony: co sądzić o wyniku wyborów 2015 r., w których trzy czwarte młodych wyborców, poniżej 30 roku życia, opowiedziało się przeciwko demokracji, przynajmniej w tym kształcie, który zamierzaliśmy przejąć z Zachodu? Co zrobić z faktem, że po dwóch latach, które mijają od wyborów, dwie trzecie obywateli nie zauważyło, że ma do czynienia z zamachem stanu? Że przez ćwierć wieku nie udało się zwiększyć frekwencji wyborczej?

Że poziom czytelnictwa spadł i że za chwilę będziemy mieli więcej obywateli z wyższym wykształceniem niż czytających książki (ściśle mówiąc: tych, którzy mieli w ręku przynajmniej jedną książkę w ciągu roku)? Że nie poprawiła się pozycja najlepszych polskich uniwersytetów w rankingach światowych? Że przybyło nam wprawdzie trochę autostrad, ale nieznacznie tylko zmniejszyła się liczba zabitych na drogach? Tych pytań jest oczywiście więcej.

Bolesną i wstydliwą sprawą jest zwłaszcza nasz stosunek do uchodźców. Można odnieść wrażenie, że sukcesom ekonomicznym i materialnemu unowocześnieniu kraju, nie towarzyszyło unowocześnienie mentalności Polaków.

Kto jest temu winien? Kościół? Politycy? Media? Zapewne, ale chyba jednak przede wszystkim szkoła. Okazało się, że polska szkoła (także szkoły wyższe) nie przygotowała nas do życia w demokracji.

W 2005 r., z okazji jubileuszu stulecia liceum Reytana, zorganizowałem spotkanie osób, które były jakoś związane z tą szkołą (np. uczyły się w niej, bądź nauczały) i które aktywnie uczestniczyły w reformowaniu polskiej oświaty po 1989 r. Wzięli w nim udział, m. in., Anna Radziwiłł, Anna Dzierzgowska, Andrzej Janowski, Włodzimierz Paszyński, Ireneusz Białecki, Tadeusz Morawski i Mirosław Sielatycki. Zadałem uczestnikom trzy pytania: co się udało zrobić, co się nie udało, co jeszcze pozostaje do zrobienia.

Różnice zdań, w każdej nieomal kwestii, były spore, ale jako najważniejsze osiągnięcia wymieniano najczęściej: odrzucenie obowiązującej wcześniej ideologii, upowszechnienie edukacji na poziomie średnim i wyższym, wyrównanie szans (poprzez stworzenie gimnazjów i wydłużenie okresu obowiązkowej nauki), decentralizację oświaty (poprzez oddanie szkół samorządom), stworzenie warunków dla tworzenia szkół społecznych i prywatnych, wprowadzenie egzaminów zewnętrznych, podniesienie poziomu wykształcenia nauczycieli (m. in. poprzez wprowadzenie nowego systemu awansu zawodowego), a także upowszechnienie znajomości języków obcych i technologii komputerowych.

Na liście zadań wymagających realizacji znalazło się sześć punktów: zgodzono się, że:
1) musi powstać całościowa wizja szkoły (odpowiedź na pytanie, jakim celom ma ona służyć);
2) trzeba przywrócić szkole jej funkcję wychowawczą;
3) trzeba doprowadzić do spójności programów nauczania, zarówno pomiędzy przedmiotami, jak i kolejnymi etapami kształcenia;
4) zerwać z tradycją przekazywania w szkole encyklopedycznej wiedzy;
5) zmieniać charakter egzaminów zewnętrznych tak, żeby w coraz większym stopniu sprawdzały zdolność samodzielnego myślenia, a nie pamięciowe opanowanie materiału oraz
6) przyznać szkołom i ich dyrektorom znacznie większą autonomię.

Tak oceniło skutki reformy z 1999 r., po sześciu latach od jej rozpoczęcia, grono osób, wśród których byli jej współautorzy. Jaka byłaby ich opinia dzisiaj?

Co do osiągnięć – prawie każdemu z nich przypisać można niestety jakieś „ale”: obowiązującą przed 1989 r. ideologię stopniowo zaczęła zastępować inna, nienowa, znana nam już z okresu międzywojennego, dotąd jeszcze nie deklarowana oficjalnie, wprowadzana „oddolnie”, ale teraz już odgórnie zalecana. W ślad za upowszechnieniem formalnego wykształcenia na poziomie średnim i wyższym nie poszło ani podniesienie, ani nawet utrzymanie jego jakości. Wyrównaniu szans nie towarzyszył dostateczny zapał, by z tych szans korzystać.

Decentralizacja oświaty w praktyce okazała się zastąpieniem jednego despoty drugim – już w 2005 r. używaliśmy terminu „dyktatura magistratu” na określenie stylu zarządzania szkołami, jaki upodobały sobie władze samorządowe. Spośród szkół społecznych i prywatnych tylko nieliczne osiągnęły poziom zbliżony do szkół publicznych.

System awansu zawodowego nauczycieli jako sposób na podniesienie ich kwalifikacji okazał się fikcją. Co do egzaminów zewnętrznych – nie mam wątpliwości, że dobrze się stało, że je wprowadzono, ale muszę uczciwie przyznać, że ich ocena w środowisku nauczycielskim nie jest jednomyślna. Jedno pozostaje poza dyskusją: na pewno dzisiejsza młodzież lepiej zna języki obce i sprawniej porusza się w Internecie. Ale czy jest to zasługa naszych szkół?

Co do zadań, które były do podjęcia, mogę zapewnić, że żadne nie zostało podjęte. Nie zapytano, czemu ma służyć nasz system edukacji. Nie umożliwiono szkołom wywiązywania się z ich zadań wychowawczych; w ogóle nie zadano pytania, czy powinny sobie takie zadania stawiać. Nie zapewniono spójności programów nauczania – nikt nawet nie próbował. Kucie na pamięć kwitnie, na rozumienie czegokolwiek nie ma czasu. Choć, trzeba przyznać, egzaminy zewnętrzne, zwłaszcza maturalne, zmieniają się we właściwym kierunku i niesprawiedliwe byłoby kwitowanie ich pogardliwym słowem: testy.

Najgorzej wypada ocena autonomii szkół. Jest gorzej niż było dwanaście lat temu. Okazuje się, że urzędnikom magistratu nie mieści się w głowie, że szkoły mogłyby sobie radzić bez nich, że oczekują od nich tylko należytej dbałości o ich stan materialny, bo na samym nauczaniu dużo lepiej znają się pracujący w nich nauczyciele i ich dyrektorzy.

Pracownikom kuratoriów rzadko kiedy starcza odwagi, by w rozpatrywaniu skarg kierowanych do nich przez rodziców jako najbardziej kompetentnych konsultantów traktować nauczycieli i dyrektorów szkół. Przełożony oczekuje, że się wykażą, więc nawet najbardziej absurdalne zażalenia – gołym okiem widać, że pisane ręką wariata – traktują serio, bo tak jest łatwiej i bezpieczniej, po co niepotrzebnie popisywać się samodzielnym myśleniem. To jest też kwestia mentalności. Mam pracę, więc muszę zadbać, by jej nie stracić. Mam władzę, więc dlaczego miałbym się nią z kimkolwiek dzielić? Dlaczego miałbym uznać, że ktoś na czymś może się znać lepiej ode mnie?

Trzeba by innej okazji, żeby adekwatnie opisać sposób zarządzania szkołami przez władze samorządowe i państwowe. Pozostając przy kwestii autonomii szkół, a zwłaszcza ich dyrektorów, poprzestać muszę na tym, co najistotniejsze z punktu widzenia jakości edukacji. Chodzi o pytanie, czy po 1989 r. zadbaliśmy o to, żeby nasze dzieci uczyli w szkole właściwi ludzie? Właściwi, to znaczy: najlepsi z możliwych.

Nie sądzę, żebyśmy zrobili w tej sprawie dostatecznie dużo. W dalszym ciągu zawód nauczyciela nie jest przedmiotem marzeń ludzi rozpoczynających studia. Pensja, którą może otrzymać początkujący nauczyciel, w dalszym ciągu nie przyciąga do szkoły najlepszych absolwentów wyższych uczelni. Z kształceniem nauczycieli podczas studiów bywało już lepiej. Nadal obowiązuje i nie został nigdy przez nikogo zakwestionowany szkodliwy przepis mówiący o konieczności posiadania przygotowania pedagogicznego przez osoby gotowe uczyć w szkole (nie znam nikogo, kto by o skończonym przez siebie kursie w tym zakresie miał cokolwiek dobrego do powiedzenia).

Obowiązujący system awansu zawodowego nie wymaga od nauczyciela żadnej rzeczywistej pracy nad sobą – aby w stosunkowo krótkim czasie uzyskać dyplom mistrzowski wystarczy „chęć szczera” i cierpliwość w zbieraniu zaświadczeń o ukończeniu rozmaitych szkoleń (niewiele jest osób, od których słyszałem coś dobrego o szkoleniach, w których uczestniczyły). Co najważniejsze: nadal obowiązuje Karta Nauczyciela (z roku 1982!), która skutecznie uniemożliwia zwalnianie z pracy ludzi, którzy nie powinni mieć kontaktu z dziećmi. Nie jest ich wprawdzie dużo, to najwyżej kilku w przeciętnej szkole. Ale ich szkodliwość jest ogromna, o wiele większa, niżby to wynikało z ich umiarkowanej liczebności.

Proszę sobie wyobrazić teatr. Szkoła jest trochę jak teatr: plan lekcji to repertuar przedstawień; każda sala lekcyjna to widownia i scena. Na scenie staje aktor, który jest też po trosze reżyserem swojego przedstawienia, a po trosze autorem scenariusza. Jeśli ma talent, wciąga do gry publiczność. I proszę sobie wyobrazić dyrektora teatru, który wie, że ma w obsadzie kilku kiepskich aktorów. Że codziennie którąś z głównych ról – a w szkole właściwie wszystkie role są główne – zagra ewidentny patałach. I nic nie może na to poradzić.

Stąd często słyszana opinia: że nasz system edukacji nie służy ani jakości nauczania, ani dobru uczniów i rodziców. Że jest jedynie systemem opieki społecznej nad pewną grupą zawodową. Że ponadto istotą tego systemu jest ochrona najsłabszych w zawodzie, kosztem tych najlepszych.

Dlatego w 1999 r. byłem przeciwnikiem tworzenia gimnazjów, a teraz byłem przeciwnikiem ich likwidacji. Przyczyna była ta sama: przekonanie, że od mieszania herbata nie zrobi się słodsza. Zamiast inwestować duże pieniądze w zmianę struktury, trzeba było zrobić wszystko, żeby dzieci rozpoczynające naukę w szkole miały szansę spotkania w niej właściwych ludzi. Wychowujemy się przecież właśnie w ten sposób: spotykając na swojej drodze właściwych ludzi.

Przypuszczam, że byłaby to kwestia ponad podziałami, że ci, którzy znają się na oświacie, podpisaliby się pod listą najważniejszych postulatów niezależnie od dzielących ich różnic politycznych. Pierwszym z nich byłby ten właśnie: dbając o wysoki status zawodu
nauczyciela, należy dać dyrektorom znacznie większą swobodę w budowaniu zespołów nauczycielskich. Z całą pewnością nie straciliby na tym dobrzy nauczyciele.

Jeżeli szkoła ma uczyć myślenia, a tym samym przygotowywać do życia w demokracji, w ślad za niezbędnymi zmianami w Karcie Nauczyciela, powinny pójść następne kroki: należałoby znacząco odchudzić programy nauczania, dać czas na dyskusję na lekcjach, na myślenie, na ćwiczenia, na rozwój wyobraźni. W dalszym ciągu zmieniać wymagania egzaminacyjne tak, aby sprawdzały stopień rozumienia przedmiotu a nie sprawność pamięci uczniów. Należałoby zmniejszać liczebność klas, by umożliwić nauczycielom bardziej indywidualne relacje z uczniami.

Gdyby przykładem miał być język polski, chodziłoby m. in. o stworzenie szansy na częstsze zadawanie uczniom prac pisemnych i częstsze ich, i bardziej staranne, ocenianie przez nauczycieli. O więcej swobodnej dyskusji na lekcjach. Gdyby przykładem miały być przedmioty przyrodnicze, chodziłoby o czas na większą liczbę ćwiczeń i eksperymentów. Lekcje wiedzy o społeczeństwie powinny być okazją do ćwiczenia się w sztuce argumentacji, udziału w debacie, prezentacji siebie i własnego punktu widzenia, ale też na przykład zadawania pytań, szukania dziury w całym, krytycznej analizy życia publicznego. Wychowanie szkolne powinno polegać na podejmowaniu działalności społecznej i obywatelskiej w praktyce. Można by przy tym sprawić, że wraz z innymi ocenami na świadectwie, ocena takich działań miałaby jakieś znaczenie w rekrutacji na studia.

Przeważają w tym podsumowaniu rzeczy niezrobione, niepodjęte i zaniechane.

Dlaczego? Może naiwnie, ale wierzę, że można było zdziałać dużo więcej, gdybyśmy chcieli i umieli ze sobą rozmawiać. Gdybyśmy potrafili znaleźć czas i poświęcić go na działanie dla dobra wspólnego, rezygnując w jakiejś mierze z własnych ambicji. Potrzebna była, już w 1989 r., jakaś nowa Komisja Edukacji Narodowej, która działając stale, przez lata, niezależnie od zmieniających się rządów, w porę podsuwałaby kolejnym ministrom edukacji wypracowane już i przedyskutowane w gronie fachowców rozwiązania. Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu.
No trudno, nie stało się. I pewnie już się nie stanie.

***

Nagrania archiwalne z udziałem dra Seweryna Szatkowskiego:

Piątka na czatach (2)

Wystartowaliśmy kilka dni temu z wydaniem POLexit czy PiSexit – o Polsce w Europie, o relacjach Polski z Unią Europejską, o europejskich wartościach i ich łamaniu. Teraz oddajemy Państwu do lektury kolejny numer. O tym, co partia rządząca w Polsce nazywa reformą sądownictwa, zaś autorytety i specjaliści określają jednoznacznie jako destrukcję, koniec niezależności sądów i niezawisłości sędziów. To aktualne i ważne tematy. Zbieramy dla Państwa opinie i różne punkty widzenia. Na czatach się komunikujemy. I stoimy na czatach. Taką przyjęliśmy misję.

Piszemy o sprawach ważnych i aktualnych. Prosimy o współpracę ludzi o najwyższych kwalifikacjach, dogłębnej wiedzy i doświadczeniu. Stawiamy sobie za cel prezentowanie najrzetelniejszej i najpełniejszej wiedzy w sposób przystępny, ale bez upraszczania czy propagandy.

Liczymy, że zostaniecie Państwo z nami mimo, że nasze wydawnictwo nie jest na razie regularne. Zaczęliśmy jako piątka znajomych, którzy uznali, że trzeba się sprzeciwić zalewowi pseudo-informacji i manipulacji podpieranej ideologią.

Dzisiaj, kiedy rządzący szykują kolejne działania niszczące budowane od 1989 roku niezależne i niezawisłe sądownictwo, nie można milczeć. Sądy jako trzecia władza bronią praw obywateli i podstawowych praw każdego człowieka. Co się stanie, kiedy staną się polityczną agendą partii rządzącej? Wielu z nas dobrze pamięta czasy, kiedy tak było. Nawet doradczyni Prezydenta RP, pani Zofia Romaszewska z przykrością wspomina czasy, kiedy wymiar sprawiedliwości był podporządkowany partyjnej ideologii. Niestety nie widzi, że ten, któremu doradza, nie próbuje nas uwolnić od politycznych zależności a jedynie walczy o wpływy w obozie władzy.

Spróbujmy spojrzeć na „reformę sądownictwa” okiem bezstronnym i obiektywnym. Okiem naszych autorów.

A kim my jesteśmy? Oto nasza piątka:
Halina Flis-Kuczyńska – redaktor naczelna
Danuta Kuroń – patronat
Mateusz Kijowski – redaktor prowadzący
Paweł Barański – sekretarz redakcji
Przemysław Wiszniewski – wydawca

Piątka na czatach

Jesteśmy zaprzyjaźnionymi ludźmi pióra z opozycyjnej strony sceny politycznej. Jak wszyscy, co dzień jesteśmy zasypywani wiadomościami, w których gąszczu nie zawsze łatwo zrozumieć, co się dzieje i ku czemu zmierza sytuacja.

Podobnie jak kropla to nie deszcz, tak wiadomość nie stanowi informacji. Na pełną informację składa się triada, znana nam z audycji Radia Wolna Europa – „Fakty – wydarzenia – opinie”. Chcemy stworzyć jednodniówkę publicystyczną, przedstawiającą w każdym wydaniu jeden problem, opisany przy pomocy tych trzech filarów pełnej informacji.

Tematem pierwszym są nasze stosunki z Unią Europejską i rysująca się groźba wyprowadzenia Polski z tego związku państw. Groźba, jeszcze dwa lata temu trudna do wyobrażenia w kraju, którego ponad 80% obywateli jest zadowolonych z członkostwa w UE, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości staje się realna.

Bierzemy na warsztat nasze pogarszające się od kilkunastu miesięcy stosunki z Brukselą, gdyż ciąg wydarzeń, nasilanie konfliktów i towarzysząca mu otoczka propagandowa prowadzą do wpojenia obywatelom przekonania o UE jako organizmie nam wrogim, od którego trzeba się uwolnić. Propaganda pisowska jest wytrwała. Trzeba się jej równie wytrwale i poważnie przeciwstawić.

Oto nasza piątka:
Halina Flis-Kuczyńska – redaktor naczelna
Danuta Kuroń – patronat
Mateusz Kijowski – redaktor prowadzący
Paweł Barański – sekretarz redakcji
Przemysław Wiszniewski – wydawca