Rok to nie wyrok…

…ale ten był dla Polski całkiem wyjątkowy. Myślę, że każdy zgodzi się ze mną, że 2017 był rokiem zdecydowanej ofensywy Partii. Zaczęło się tak naprawdę w grudniu 2016, kiedy profesor Andrzej Rzepliński zakończył swoją kadencję prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Niezwykle skutecznie pogrążyło nas też umiejętne rozegranie przez rządzących protestu posłów opozycji w Sejmie. W zasadzie wtedy opozycja zaczęła tracić poparcie a jednocześnie wpływ na bieg spraw.

Daleki jestem od nazywania Jarosława Kaczyńskiego genialnym strategiem. Jednak z całą pewnością zatrudniona przez PiS duża zagraniczna firma doradzająca w kwestiach PR (o czym się wiele mówi od miesięcy w kuluarach – chociaż ja sam nie sprawdzałem) pomaga zsynchronizować nastroje społeczne z podejmowanymi działaniami. Do tego sprawdzone od lat media sprzyjające tej Partii doskonale budują tak zwaną narrację. Bo przecież każde zdarzenie, każdą decyzję, każdą wypowiedź można zinterpretować i przedstawić na różne sposoby. Każdy błąd zamieni się medialnie w sukces, a każdą niezręczność w perfekcję. Najlepszym przykładem było świętowanie sławnego głosowania przegranego 27:1.

Na tej ponurej perspektywie 2017 roku mamy jeden jaśniejszy punkt. Koniec lipca i protesty przeciwko zniszczeniu sądownictwa w Polsce. Protesty masowe. Protesty w nowej formule. Protesty, które przyciągnęły nowych ludzi, głównie młodych. Protesty estetyczne i dopracowane w formie. A jednak… pozostaje po nich jakaś pustka. Bo ci ludzie nie wrócili już, kiedy partia ponownie ruszyła niszczyć sądownictwo. Zrozumieli, że ich protest nic nie zmienia? A może po prostu skończyło się lato, wróciły zajęcia i wykłady, a pogoda nie skłania do wieczornych spacerów…

Tak czy inaczej faktem jest, że demokracja się w Polsce skończyła w minionym roku. Powszechne rozumienie demokracji zakłada trójpodział władz – a dzisiaj został przywrócony system z czasów PRL-u, gdzie konstytucyjne organa Państwa służą jedynie realizowaniu woli ośrodka politycznego i wszystkie są od tego ośrodka zależne. Długo będziemy pamiętać ten rok. Tak, jak pamiętamy lata: 1772, 1793, 1795, 1939 czy 1946. Lata, w których traciliśmy niepodległość, traciliśmy wolność, traciliśmy państwowość. W 2017 straciliśmy ostatecznie to wszystko, co od 1989 roku budowaliśmy wspólnie, bo chcieliśmy dołączyć do grona nowoczesnych europejskich demokracji. W kategoriach politycznych, w kategoriach gospodarczych, w kategoriach społecznych cofnęliśmy się o wiele lat.

Najbardziej jednak ucierpiała tkanka społeczna. Zostaliśmy podzieleni. Najniższe instynkty podniesiono do rangi cnoty a cnoty prawdziwe stały się obciążeniem. Czasem nawet pretekstem do pogardy czy nienawiści. Zagościła wśród nas nieufność. Zamykamy się i odcinamy od otoczenia. Boimy się szczerze rozmawiać i otwarcie działać. I nagle ze społeczeństwa otwartego i śmiało patrzącego w przyszłość, aspirującego do czołówki światowej cofamy się do kręgów kultury wschodniej, folwarcznej, pańszczyźnianej. Do kultury, gdzie prawa człowieka, konstytucyjne swobody i wolności zastępowane są klientelizmem i mechanizmami klanowymi lub nawet znanymi ze świata gangów i subkultur. Autorytety moralne i intelektualne zastępowane są przez sprytnych watażków a szczytne idee przez interesy wąskiej grupy.

Tak. W roku 2017 upadła w Polsce demokracja. Ale przede wszystkim zabite zostało społeczeństwo obywatelskie. Wcześniej nie było wystarczająco silne, aby się bronić. Ale wzrastało i krzepło. Powoli budowały się więzi, relacje i poczucie wspólnoty. Jak tkanka, która powoli wypełnia ranę w procesie gojenia i przywraca właściwe funkcjonowanie organizmu, tak te rodzące i wzmacniające się więzi umacniały i łączyły nasze społeczeństwo. Kiedy zostaliśmy podzieleni i posortowani, pozostały jedynie niewielkie wysepki. Grupki ludzi aktywnych, zaangażowanych, zapraszających innych do wspólnego działania. Ich przykład kiedyś pociągnie innych i rany ponownie zaczną się goić. Na razie jednak więzi społeczne są niszczone a społeczeństwo jako całość nie funkcjonuje.

A Partia? Doskonali sztukę prestidigitatorską. Jak sprawny sztukmistrz odwraca uwagę publiczności, kiedy przecina kobietę na pół. Wypuszcza gołębia, aby włożyć królika do kapelusza. Uczy się mówić bez poruszania ustami oraz bezgłośnie przemieszczać. Kiedyś byliśmy podobno najweselszym barakiem w obozie KDL (krajów demokracji ludowej). Dzisiaj stajemy się największym cyrkiem w regionie. Jest sztukmistrz, są klauny, zaczyna się tresura dzikich zwierząt. A my, obywatele, musimy zacząć się uczyć chodzić po linie bez asekuracji. Kto się nie nauczy będzie musiał skakać przez ogień i stać na piłce. Oraz pięknie służyć na dwóch łapach. No bo przecież wstajemy z kolan!

Rok 2017 to rok ponury. Należy się cieszyć, że odszedł do historii. Oby historia go uczciwie i rzetelnie oceniła. Na nowy, 2018 rok, trzeba życzyć wszystkim przede wszystkim odwrócenia trendów. Trudno oczekiwać gwałtownego przełomu i natychmiastowej poprawy. Ponieważ jednak znowu mamy wiele lat do nadrobienia, to czas już zaczynać.

I oby ten nowy początek nie był jak początek drogi Syzyfa z kamieniem na szczyt. Tego sobie i Państwu życzę, jak pisał niezapomniany Kisiel.

Kościół do połowy pełny czy pusty?

Od paru dni zbierałem się do napisania krótkiego podsumowania zakończonego już roku ciągle zostawiając to na później aż tu nagle pojawiły się kościelne (co podkreślam) badania dotyczące religijności Polaków de facto za miniony rok, bo zbierane pod koniec 2016. I cóż z nich wynika? Bardzo wiele!

Choć wzrosła ilość chrztów a nawet ślubów w liczbach bezwzględnych to po raz pierwszy liczba katolików regularnie chodzących co niedzielę do kościoła spadła poniżej 40%, a dokładniej do 36,7 %. Powie ktoś – nadal nie jest źle, zwłaszcza na tle innych krajów europejskich. Jednak, patrząc bez emocji i taniego pocieszania się trzeba zauważyć, że rok do roku jest to spadek o blisko 9 procent.

To tak jakby ktoś w ciągu roku z każdego kościoła „przepędził” co dziesiątego katolika. Jak popatrzymy na dane w szerszej perspektywie, choćby biorąc pod uwagę tylko lata XXI wieku, spadek jest więcej niż zauważalny a nawet, śmiem twierdzić, wręcz alarmujący: to już ponad 10 punktów procentowych co przekłada się na mniejszą niedzielną frekwencję o blisko 2,5 mln ludzi! Tyle twarde i – podkreślam to jeszcze raz – wewnątrzkościelne dane.

A teraz parę (subiektywnych) opinii na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Oczywiście dość powszechne prądy kulturowe, „rozjechanie się” (w sensie dosłownym i w przenośni) rzesz naszych rodaków, a także zupełnie inny stosunek do instytucji kościelnych ze strony tzw. młodego pokolenia prędzej czy później musiały spowodować „przerzedzenie” w kościelnych ławach.

Ale jest jeszcze druga grupa czynników, te o charakterze wewnątrzkościelnym, a nawet często wręcz przez samych ludzi Kościoła uruchamianych i mocno promowanych. To pewien nasz rodzimy „polsko-kościelny ekskluzywizm” polegający najpierw na licytowaniu się na „arcykatolicyzm”, kto jest lepszy i bardziej papieski, a potem na demonstracyjne wręcz odsuwanie wszystkich, którzy nie pasują do tego rodzimego modelu religijności i katolicyzmu.

Na koniec odwrotnie niż w znanym powiedzeniu, do tej beczki dziegciu wleję trochę miodu – miniony rok był być może pierwszym w czasach (także kościelnej) dobrej zmiany kiedy w różnych katolickich i kościelnych środowiskach wyraźnie zaczęto mówić o potrzebie nowego otwarcia, szerszego spojrzenia na to co nowe i inne, dostrzeżenia, że ci którzy stoją pod chórem a często już nawet fizycznie poza murami świątyni też mają czasem rację i warto ich posłuchać.

Tak odbieram głos zarówno kilku biskupów jak i paru środowisk katolików świeckich. Że to mało? Że większość myśli i działa inaczej? Nic podobnego. W historii biblijnej a także chrześcijańskiej tradycji bardziej od ilości liczyła się zawsze jakość.

I to jest dla mnie powód do myślenia, że może jednak ten mój Kościół jest do połowy pełen…

Ks. Kazimierz Sowa, duchowny i publicysta

Rok Szarego Obywatela

Jeśli ktoś mnie pyta, co było najważniejszym wydarzeniem minionego roku, od razu przychodzi mi na myśl tragiczna śmierć Piotra Szczęsnego. W akcie samospalenia zawarł to wszystko, co trawi nas samych… Bo cały nasz świat, o którym zawsze marzyliśmy w czasach komuny, został wywalony do góry nogami, Konstytucja zredukowana do roli nieistotnej dla władzy „małej książeczki”, autorytety zbrukane, ludzie napiętnowani i ukamienowani słowem, gdy nie biją brawa coraz bardziej totalitarnej władzy…

Piotr Szczęsny zaprotestował. Tragicznie. Ale tym protestem zobowiązał nas do jednego – żeby Jego ofiara nie poszła na marne.

Kryzys w KOD, podeptanie trójpodziału władzy, zawłaszczenie wszystkich instytucji państwowych w prymitywnym stylu i pod koniec roku ta straszna śmierć… Trwamy w osłupieniu… Dojmujące poczucie to bezsilność, rozpacz, niedowierzanie, że wszystko, co z takim mozołem budowaliśmy od 1989 roku – zostało w minionym czasie podeptane, wyśmiane i wyszydzone. Inwektywy i obelgi są nową formą retoryki, którą posługuje się władza w walce z opozycją poza parlamentarną i parlamentarną. W „trybie” i „poza trybem”. Kto mocniej zaatakuje, kto brutalniej obrazi to może liczyć na przychylność władzy i poczesne miejsce w nowej elicie, tworzonej naprędce w oparciu o rzesze Misiewiczów.

Stara elita musi odejść, by zrobić miejsce nowej – to fundamentalna doktryna obecnej władzy. Nieważne, jaki ma dorobek, co sobą stanowi – jeśli nie jest „nasza”, musi zniknąć. Polska chamieje więc zastraszającym tempie, a retoryka rządzących przekracza coraz to nowe, wydawać by się mogło, że nieprzekraczalne – granice. Patrzymy i nie wierzymy, że to jest naprawdę.

Wielu z nas musi ukrywać się ze swoimi poglądami, bojąc się utraty pracy i donosów do przełożonych, nie wiemy, kiedy po nas przyjdą, bo staliśmy, na przykład, pod Sejmem albo na Krakowskim z białą różą w ręku i w milczeniu patrzyliśmy na „cykliczną imprezę masową”. Aż się wierzyć nie chce, że w tak błyskawicznym tempie cofnęliśmy się w rozwoju kulturowym. A dokładniej – zostaliśmy cofnięci.
Piotr tego nie wytrzymał. Ale my musimy i co więcej – jesteśmy Mu to winni.

Opresja, w jakiej w tej chwili żyjemy kiedyś przeminie. Dlatego już teraz musimy się przygotować na wielkie sprzątanie po tym prostackim tsunami. Wyciągnijmy najpierw wnioski z własnych błędów, a potem zabierzmy się za resztę. Nie chodzi o zwykłą zemstę za krzywdy, które teraz mają miejsce, ale o uczciwy osąd i karę dla tych, którzy podnieśli rękę na Demokrację i sprzeniewierzyli się własnej przysiędze, składanej na Konstytucję.

Rozmawiajmy z ludźmi, tłumaczmy im, że w polityce nie wolno kłamać, oszukiwać i kupować kogokolwiek, by realizować swoje własne, partyjne interesy bez oglądania się na ogół obywateli. Tłumaczmy, jak ważny jest udział w wyborach i głosowanie na tych, których znamy, a nie na tych, których ten czy inny partyjny przywódca łaskawie nam wskaże. Może to czas, by aktywnie samemu włączyć się w życie naszych społeczności? Wyjdźmy z domów. Do ludzi. Bo taka jest rola szeroko rozumianej inteligencji.

Nie zasypiajmy, nie odpuszczajmy. Winniśmy to Piotrowi.

Idą jak taran

Skończył się rok 2017. Rok, z którym wiązaliśmy wielkie nadzieje, ale w którym niewiele z tych nadziei się ostało.

To był bardzo zły rok, nie ma co się oszukiwać. Przede wszystkim dlatego, że działania rządu Szydło, bezwzględnie podporządkowanej rozkazom Kaczyńskiego, doprowadziły do zniesienia w Polsce trójpodziału władzy a tym samym podstaw do nazywania się krajem o ustroju demokratycznym. Rząd, oraz marionetkowy prezydent, wielokrotnie złamali Konstytucję RP.

Zniszczono niezależność Sądów, rzecz bez precedensu w europejskim kraju, należącym wszak do Unii Europejskiej. Skala szkód jest wielka, trudno wyliczyć w krótkim podsumowaniu wszystkie, ale to uważam za najważniejsze… i najgorsze w skutkach. Spowodowało to izolację Polski w Europie, która się nasila, utratę naszej pozycji, sojuszników, znaczenia.

Przy czym odbywa się to z taką niewiarygodną butą, pychą, z kłamstwami w żywe oczy, z taką arogancją, jaka nie miała miejsca od czasów PRL-u. Prostacki tryumfalizm, zwyczajne chamstwo, brak jakichkolwiek zahamowań w słowach i czynach – to sposób działania tej władzy. Władzy, która dokonała ostatecznego podziału Polski na dwa wrogie sobie plemiona.

Linia podziału przeszła przez rodziny, wieloletnich przyjaciół, sąsiadów. To kolejna rzecz, którą naprawić będzie bardzo trudno, może najtrudniej, gdy już rządy tych ludzi się skończą, gdy okażą się smutnym epizodem w dziejach wolnej Polski, a że odejdą nie mam najmniejszych wątpliwości. Póki co cały rok mieliśmy do czynienia z uprawianiem polityki na najniższym z możliwych poziomie. Masowe protesty niestety nie przyniosły rezultatów, władza totalna je nie tylko ignoruje, ale wbrew zapowiedziom wyprowadza przeciwko obywatelom policję, która ma za zadanie jak najbardziej zniechęcić obywateli do wyrażania sprzeciwu. Mnożą się sprawy sądowe i szykany – wszystko w celu zastraszenia społeczeństwa. I to przynosi skutek. Demonstracje są coraz mniej liczne, w pracy ludzie pilnują się aby nie poruszać tematów politycznych, każdy dwa razy się zastanowi zanim zaryzykuje swoje bezpieczne życie w imię np. jakiejś enigmatycznej niezależności sądów. Trwa napuszczanie jednych grup społecznych na drugie, judzenie, pogłębianie przepaści. Ja to nazywam, moim zdaniem bez cienia przesady, cichą wojną domową. To się dzieje.

Idą jak taran.

Trwa odwracanie znaczenia słów, trwa odwracanie znaczenia postaw. Każdy jest dobry, byle popierał rząd, każdy jest zły, jeśli go nie popiera. To jest jedyne kryterium.

Wszystko to doprowadziło do najtragiczniejszego zdarzenia 2017 roku, zdarzenia, które poruszyło setki tysięcy osób. Piotr Szczęsny, mieszkaniec Niepołomic w Małopolsce, dokonał aktu samospalenia w Warszawie pod Pałacem Kultury i Nauki. Napisał i odczytał list do nas do nas, obywateli świadomych, obywateli, którym nie jest wszystko jedno, ale także i do tych, którzy żyją w ułudzie, że ich polityka nie dotyczy. List nieprawdopodobnie racjonalny, mądry, a jednocześnie poruszający do głębi. Ten list, i ten czyn nikogo nie mogły pozostawić obojętnym.

Nikogo, kto żyje tu i teraz i kto chce byśmy pozostali po prostu zwyczajnym, normalnym krajem.

Nie potęgą, jak marzy się PiS-owi, nie krajem którego się boją inni, ale zwyczajnym, cywilizowanym krajem, przewidywalnym, w którym szanuje się prawo i demokrację.

Dla mnie ten rok będzie rokiem Piotra Szczęsnego. Piotra Szczęsnego, jego heroicznego czynu i przesłania, które nam zostawił. To był wielki wstrząs, ale i wielkie zobowiązanie, jakie nam pozostawił. Wielu ludzi dopadło zniechęcenie, niewiara, że uporamy się z tą władzą, która niszczy wszystko co uważaliśmy za sukces, za nasze zwycięstwa, która niszczy również naród jako wspólnotę. Nie wolno nam się poddawać, nie wolno tracić nadziei, załamywać rąk, mówić, że nasz sprzeciw nic nie da. Ten człowiek oddał życie za to o co walczymy. Gdy zapomnimy o tym to znaczy, że zasłużyliśmy na to wszystko co się dzieje. Gdy się poddamy to tak jakbyśmy Mu powiedzieli: niepotrzebnie umarłeś, nie było dla kogo, my jesteśmy za słabi, Twoja ofiara na nic.

Gdybym miała tak pomyśleć zaczęłabym gardzić sobą. Sprzeniewierzyłabym się słowom Władysława Bartoszewskiego, że warto być przyzwoitym. I sprzeniewierzyłabym się Piotrowi.

Rok 2018 nie będzie prawdopodobnie łatwiejszy. Musimy mieć tego świadomość. Ale powinniśmy pamiętać każdego dnia o Piotrze, i o tym co nam pozostawił. To musi dać nam siłę.

MUSI. Po prostu nie mamy wyboru jeśli nie godzimy się na nazywanie zła dobrem, psucia państwa reformami, ludzi nikczemnych i podłych dobrymi. Ja się na to nie godzę. Moja niezgoda jest większa niż moje zmęczenie.

Rok 2018 będzie trudny i na to trzeba się przygotować. To będzie także rok wyborów samorządowych, których nie możemy przegrać. Mówię ‘my” mając na myśli zjednoczoną, totalną opozycję, tak – totalną, bo totalna opozycja jest odpowiedzią na władzę totalną. To nie jest czas na fochy, na udowadnianie kto jest ważniejszy, na przepychanki i tym podobne zabawy, sytuacja jest zbyt poważna. Stąd mój apel, moje żądanie aby przywódcy partii będących w tej chwili w opozycji odrzucili wreszcie interes partyjny, lub własny i dostrzegli to co ja, i inni zwyczajni, szarzy obywatele, widzą od dawna – że czasy wymagają zjednoczenia sił w walce ze złem. Że stawką jest nie przywództwo partyjne ale nasz kraj. Nasz kraj. Jeżeli tego nie zrozumieją stracą wszystko, oni, ale przede wszystkim Polska. Nie ma w tej chwili za wielkich słów. Ponad interes własny trzeba przedłożyć interes kraju. Jeśli tego nie zrozumiecie – obywatele wam tego nigdy nie wybaczą.

No, to do roboty.

Jak mi minął rok 2017

Czytam w dzisiejszej Wyborczej:
Ankietowani przez CBOS Polacy ocenili rok 2017 jak najlepszy ze wszystkich dotychczasowych po 1989 r.
Aż o 11 punktów procentowych w porównaniu z ubiegłym rokiem wzrosła ocena 2017 r. dla Polski. Pozytywnie miniony rok ocenia prawie połowa – 49 proc. ankietowanych. Lepsze oceny miał tylko rok 1989 – pozytywnie oceniło go wówczas 62 proc. badanych. Najgorsze wyniki notowaliśmy w 2001 (8 proc.) i 1992 (9 proc.).

I myślę sobie:
a) albo nie jestem Polakiem
b) CBOS do mnie nie dotarł.

Niestety, dla mnie rok 2017 to przerażający okres, kiedy nie tylko z Wochenschau (niemieckie kroniki filmowe z końca lat 30-tych), które prof. Jerzy Bossak profetycznie pokazywał nam w Szkole Filmowej – mogę dowiedzieć się i poczuć jak wygląda na co dzień faszyzacja kraju.

Krok po kroku, coraz szybciej i bezczelniej władza zagarnia wszystko, co nam do godnego życia potrzebne.
Likwidacja niezależnego życia publicznego. (Sądy, konstytucja,trójpodział władzy itp. Itp).
O kolejnych haniebnych decyzjach tego monopartyjnego systemu dowiadujemy się codziennie.
Powoli przyswajamy te niepohamowane działania.
To jest najgroźniejsze.
I jeszcze totalny brak wyobraźni moich rodaków.
Führer też został wybrany w demokratycznych wyborach.
Życzę Prezesowi, żeby lepiej skończył.
To moja przestroga, nie tylko dla Prezesa, na 2018 rok.

Dwa obrazy – dwa przekazy

Późne lato 2017. Telewizja pokazuje porządnie wysprzątany pokój. Na kanapie siedzi ojciec z piątką dzieci, ubranych czysto, w starannie wyprasowanych ubraniach. Matki tego grona, autorki tej czystości i staranności, nie widać. Zapewne przez zmęczenie nie pasowała do obrazu szczęśliwej rodziny i poproszono ją, żeby posiedziała w kuchni.

Ojciec mówi poważnie, spokojnym głosem, jakie są przyczyny, dla których popiera Prawo i Sprawiedliwość.

Zapamiętałam te słowa tak: Widzę, że praca w kraju jest. Porządek jest. Pomoc na dzieci jest. Tamci, co rządzili poprzednio, to tylko kradli…

Nie przyszło człowiekowi do głowy, że nowe władze, aby natychmiast po zwycięstwie wyborczym móc rozdawać pieniądze, musiały je znaleźć w skarbie państwa, zgromadzone i zaoszczędzone przez rządzących poprzedników. Gdyby Polska była rozkradziona, nie byłoby czym gospodarzyć i czego rozdawać.

Ale propaganda prawicowa kreuje inny obraz. Utrwalony wedle niej taki jest pogląd wyborców Prawa i Sprawiedliwości: tylko my, katolicy, jesteśmy uczciwi, pozostali, całe to lewactwo, tylko kradli. Takimi samymi słowami odezwali się na sławetnej konferencji prasowej niszczyciele KOD.

Obraz drugi. Idę pod Pałac Kultury w Warszawie. Mglisty, choć ciepły, październikowy wieczór. Od strony Złotych Tarasów słychać muzykę. Spaceruje młodzież. Od Patelni przed Metrem Centrum też dochodzi jakieś granie.

Podnóże trybuny na wprost głównego wejścia słabo oświetlone. Stoją znicze, może ze dwie setki. Co chwilę podchodzi ktoś, dostawia znicz, chwilę postoi i odchodzi. Wiemy, że Piotr Szczęsny, który tu przed dwoma tygodniami podpalił się, zostawiając list – testament obywatelski dla nas, dogorywa w szpitalu.

Czyjaś ręka pracowicie spisała na dużej planszy słowa:
Ja, zwykły, szary człowiek, wzywam was was wszystkich – nie czekajcie dłużej! Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej,zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj, zanim całkowicie pozbawi nas wolności. A ja wolność kocham nade wszystko, dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziemy czekać aż wszystko zrobią za nas politycy, bo nie zrobią. Obudźcie się, jeszcze nie jest za późno!

Czytałam te słowa, patrzyłam na spokojnie toczące się dookoła życie i miałam przykre poczucie bezradności. Mam je do dziś, chociaż staram się mu nie poddawać. Najgorszą rzeczą, jaka nam się może przytrafić, to wiara we własną klęskę.

Nie takie potęgi, jak ta, która nam krok po kroku zabiera wolność, słabły i dawały się pokonać. W miarę słabnięcia efektu rozdawania pieniędzy i krzywdzących poczynań władz, takich jak odbieranie ludziom emerytur w ramach dekomunizacji czy podniesienie wieku emerytalnego rolnikom, niezadowolonych przybędzie…

Poza wszystkim, jest jeszcze Unia Europejska i jej trybunały, ku którym władza Jarosława Kaczyńskiego i jego partii nie sięga.

Byle jakie będą Rzeczypospolite

Na czatach reforma edukacji likwidacja gimnazjów

O planach PiS-u dotyczących polskiej szkoły wiadomo było niemal od początku. Wiadomo było, że PiS te plany wdroży pomimo permanentnego ich nieprzygotowania. Jest bowiem w projektach partii rządzącej coś na kształt nonszalancji, pewnej takiej dezynwoltury: co dla innych byłoby zaledwie wstępnym pomysłem czy zarysem idei, dla PiS jest dopiętym na ostatni guzik projektem gotowym do realizacji. Stąd hasło „Nie dla chaosu w szkole!”, które towarzyszyło od początku tym projektom, krzyk rozpaczy nauczycieli, rodziców, ekspertów od edukacji i samych uczniów.

Reforma min. Zalewskiej ma chyba nie tylko w moim skromnym odczuciu trzy zasadnicze cele – oszczędność, upartyjnienie szkolnictwa – od poziomu kuratoryjnego, poprzez dyrektorski, aż po nauczycielski, oraz zmiana priorytetów wychowawczych i pryncypiów edukacyjnych.

Oszczędność jest już dziś widoczna gołym okiem – zwalnia się tłumy nauczycieli i terroryzuje ich groźbą dalszych zwolnień. Powszechne nauczanie redukuje się o 1 rok (była sześcioletnia szkoła podstawowa plus trzyletnie gimnazjum, teraz będzie ośmioletnia podstawówka)… Oszczędność na edukacji oznacza krótszą i gorszą szkołę dla Polaków, co podnoszą wszystkie autorytety bijące na alarm przeciwko tej reformie.

O upartyjnieniu trudno cokolwiek dodać, poza tym, że szkołą upartyjnioną, ba! upartyjnionym szkolnictwem łatwiej rządzić. Nawet nie trzeba powoływać sekretarzy podstawowej organizacji partyjnej, bo tylko czekać, aż wymogiem zasadniczym zatrudnienia w szkole będzie przynależność do PiS, no, ostatecznie szczera sympatia.

A priorytety wychowawcze? Szkoła do tej pory zmierzała ku otwartości, ciekawości poznawczej, odkrywaniu świata, racjonalizmowi, umiłowaniu pokoju. Teraz ma się to odwrócić, co widać po podstawach programowych i planach lekcji. Będzie dużo katechizmu, apoteoza wojennego znoju i krwawej ofiary za ojczyznę, pedanteryjna historiografia Polski kosztem wiedzy o świecie, historii powszechnej.

Jaki człowiek zostanie ukształtowany tym sposobem? Wszystko zależy od nauczycieli. Pamiętamy wszak czasy komuny, kiedy także programy były przepełnione ideologią socjalistyczną, a mimo to nie wyrośliśmy na uległych sympatyków reżimu, przeciwnie, wielu z nas upadek komuny przyjął z aplauzem, euforycznie.

Edukatorzy zastanawiają się, na ile możliwe będzie odtworzenie drugiego obiegu edukacyjnego, jak w tamtych czasach, kiedy prawdziwą wiedzę zdobywało się nieoficjalnie, pokątnie. To nasi rodzice i szlachetni nauczyciele przekazywali nam wszystko, czego zabrakło w ówczesnych podręcznikach. Teraz może w tym pomóc internet, który uczynił ze świata globalną wioskę i spowodował, że dostęp do informacji jest daleko łatwiejszy, niż za PRL-u. Może więc nie ma co biadolić, tylko należy zacząć się organizować w dziele usuwania szkód i braków edukacyjnych, jakie zaproponowała min. Zalewska?

Wszyscy wiemy, że architektem wszelkich obecnych zmian w Polsce jest sam Jarosław Kaczyński. Dlaczego zapragnął cofnąć reformę edukacji wprowadzoną przez konserwatywny rząd Jerzego Buzka, który przywrócił gimnazja, i cofnąć szkołę do czasów PRL-u, fundując ośmioletnią podstawówkę?

„Niewiele brakowało, a nie zdałbym”. Tak Kaczyński opisał tajemniczy epizod w szkole.

Okazuje się przy tym, że Jarosław Kaczyński, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, miał dwóje aż z trzech przedmiotów: przysposobienia wojskowego, polskiego i angielskiego:
„Kaczyński miał dwóje i wyrzucili go z liceum? Seweryn: Byliśmy razem w szkole”.

Profesor Andrzej Jaczewski, który pracował wówczas w liceum, do którego uczęszczał Jarosław Kaczyński, opisuje szczegółowo, jak w sprawie jego promocji do następnej klasy interweniował kurator oświaty, sam Jerzy Kuberski (późniejszy minister oświaty):
„Jarosław Kaczyński nie zdał z X do XI klasy liceum. Dlatego mamy deformę szkolnictwa?”

Być może zatem główny architekt „dobrej zmiany” nie ma specjalnego nabożeństwa do edukacji i dlatego postanowił polską szkołę zdewastować.

Od ubiegłego roku śledzę z wielkim niepokojem wszystko, co się dzieje wokół oświaty w naszym kraju, ponieważ z wykształcenia jestem pedagogiem.

Ogólnopolski Dzień Protestu Nauczycieli – to spotkanie, zorganizowane m.in. przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 10 października 2016 roku, z udziałem przedstawicieli ugrupowań politycznych, ale nie tylko: przemawiała wówczas wzruszająco Maja Komorowska.

Nie dla chaosu w szkole! – to protest pod siedzibą MEN, w którym wzięły udział organizacje pozarządowe. 1 września 2016 wykrzyczeliśmy: „Nie dla rewolucji w oświacie, nie dla indoktrynacji politycznej uczniów, nie dla zmian w szkolnictwie, wprowadzanych bez konsultacji z nauczycielami, ekspertami, rodzicami i uczniami, nie dla centralnego ręcznego sterowania edukacją.”

23 sierpnia 2016 – wywiad z Arturem Sierawskim, który współuczestniczył w planach zorganizowania przez Związek Nauczycielstwa Polskiego szerokiej koalicji organizacji edukacyjnych sprzeciwiających się pospiesznej i nieuzasadnionej reformie oświaty zapowiedzianej przez PiS.

Relacja z Manifestacji ZNP pod hasłem „STOP REFORMIE EDUKACJI!” – przeciwko planom niszczenia dorobku polskiej oświaty, 19 listopada 2016:

Pamiętamy, jak wielu z nas z wielkim zapałem zbierało podpisy pod projektem referendum w sprawie reformy oświaty, a następnie cała ta nasza praca poszła na przemiał. PiS nie życzył sobie referendum w tej sprawie, głos suwerena tym razem został zignorowany, bo nie był zgodny ze stanowiskiem jedynie słusznej partii, która postanowiła jednak tę „deformę” wdrożyć…

Dziś jesteśmy w innej rzeczywistości – polska szkoła zmienia się na naszych oczach, dzięki min. Zalewskiej.

Zdesperowani rodzice, zrzeszeni pod hasłem „Rodzice przeciwko reformie edukacji” piszą: „Niestety nasze obawy się potwierdziły. Mimo protestów, manifestacji, strajków i 910 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum, zła reforma weszła w życie.”

I co dalej?

Zdjęcie pochodzi ze strony „Rodzice przeciwko reformie edukacji” 

Szkoła jest trochę jak teatr

Szkoła nauczyciel uczeń Na Czatach liceum reforma MEN

Likwidacja gimnazjów, a zwłaszcza sposób, w jaki to zrobiono, to niewątpliwie barbarzyństwo. Mam jednak wątpliwości, czy dopiero teraz, wraz z „dobrą zmianą”, zeszliśmy na złą drogę, czy też mocno błądziliśmy już wcześniej.

Bo, z jednej strony, mieliśmy niewątpliwie powody do zadowolenia. Najczęściej powoływaliśmy się na wyniki naszych uczniów w testach PISA, które sprawiły, że byliśmy traktowani jako kraj sukcesu edukacyjnego. Cieszyła nas swoboda, jaką zapewniono nauczycielom w wyborze programów i podręczników. Z zastrzeżeniami co do jej jakości, mogliśmy się też cieszyć z upowszechnienia edukacji na poziomie średnim i wyższym.

Z drugiej strony: co sądzić o wyniku wyborów 2015 r., w których trzy czwarte młodych wyborców, poniżej 30 roku życia, opowiedziało się przeciwko demokracji, przynajmniej w tym kształcie, który zamierzaliśmy przejąć z Zachodu? Co zrobić z faktem, że po dwóch latach, które mijają od wyborów, dwie trzecie obywateli nie zauważyło, że ma do czynienia z zamachem stanu? Że przez ćwierć wieku nie udało się zwiększyć frekwencji wyborczej?

Że poziom czytelnictwa spadł i że za chwilę będziemy mieli więcej obywateli z wyższym wykształceniem niż czytających książki (ściśle mówiąc: tych, którzy mieli w ręku przynajmniej jedną książkę w ciągu roku)? Że nie poprawiła się pozycja najlepszych polskich uniwersytetów w rankingach światowych? Że przybyło nam wprawdzie trochę autostrad, ale nieznacznie tylko zmniejszyła się liczba zabitych na drogach? Tych pytań jest oczywiście więcej.

Bolesną i wstydliwą sprawą jest zwłaszcza nasz stosunek do uchodźców. Można odnieść wrażenie, że sukcesom ekonomicznym i materialnemu unowocześnieniu kraju, nie towarzyszyło unowocześnienie mentalności Polaków.

Kto jest temu winien? Kościół? Politycy? Media? Zapewne, ale chyba jednak przede wszystkim szkoła. Okazało się, że polska szkoła (także szkoły wyższe) nie przygotowała nas do życia w demokracji.

W 2005 r., z okazji jubileuszu stulecia liceum Reytana, zorganizowałem spotkanie osób, które były jakoś związane z tą szkołą (np. uczyły się w niej, bądź nauczały) i które aktywnie uczestniczyły w reformowaniu polskiej oświaty po 1989 r. Wzięli w nim udział, m. in., Anna Radziwiłł, Anna Dzierzgowska, Andrzej Janowski, Włodzimierz Paszyński, Ireneusz Białecki, Tadeusz Morawski i Mirosław Sielatycki. Zadałem uczestnikom trzy pytania: co się udało zrobić, co się nie udało, co jeszcze pozostaje do zrobienia.

Różnice zdań, w każdej nieomal kwestii, były spore, ale jako najważniejsze osiągnięcia wymieniano najczęściej: odrzucenie obowiązującej wcześniej ideologii, upowszechnienie edukacji na poziomie średnim i wyższym, wyrównanie szans (poprzez stworzenie gimnazjów i wydłużenie okresu obowiązkowej nauki), decentralizację oświaty (poprzez oddanie szkół samorządom), stworzenie warunków dla tworzenia szkół społecznych i prywatnych, wprowadzenie egzaminów zewnętrznych, podniesienie poziomu wykształcenia nauczycieli (m. in. poprzez wprowadzenie nowego systemu awansu zawodowego), a także upowszechnienie znajomości języków obcych i technologii komputerowych.

Na liście zadań wymagających realizacji znalazło się sześć punktów: zgodzono się, że:
1) musi powstać całościowa wizja szkoły (odpowiedź na pytanie, jakim celom ma ona służyć);
2) trzeba przywrócić szkole jej funkcję wychowawczą;
3) trzeba doprowadzić do spójności programów nauczania, zarówno pomiędzy przedmiotami, jak i kolejnymi etapami kształcenia;
4) zerwać z tradycją przekazywania w szkole encyklopedycznej wiedzy;
5) zmieniać charakter egzaminów zewnętrznych tak, żeby w coraz większym stopniu sprawdzały zdolność samodzielnego myślenia, a nie pamięciowe opanowanie materiału oraz
6) przyznać szkołom i ich dyrektorom znacznie większą autonomię.

Tak oceniło skutki reformy z 1999 r., po sześciu latach od jej rozpoczęcia, grono osób, wśród których byli jej współautorzy. Jaka byłaby ich opinia dzisiaj?

Co do osiągnięć – prawie każdemu z nich przypisać można niestety jakieś „ale”: obowiązującą przed 1989 r. ideologię stopniowo zaczęła zastępować inna, nienowa, znana nam już z okresu międzywojennego, dotąd jeszcze nie deklarowana oficjalnie, wprowadzana „oddolnie”, ale teraz już odgórnie zalecana. W ślad za upowszechnieniem formalnego wykształcenia na poziomie średnim i wyższym nie poszło ani podniesienie, ani nawet utrzymanie jego jakości. Wyrównaniu szans nie towarzyszył dostateczny zapał, by z tych szans korzystać.

Decentralizacja oświaty w praktyce okazała się zastąpieniem jednego despoty drugim – już w 2005 r. używaliśmy terminu „dyktatura magistratu” na określenie stylu zarządzania szkołami, jaki upodobały sobie władze samorządowe. Spośród szkół społecznych i prywatnych tylko nieliczne osiągnęły poziom zbliżony do szkół publicznych.

System awansu zawodowego nauczycieli jako sposób na podniesienie ich kwalifikacji okazał się fikcją. Co do egzaminów zewnętrznych – nie mam wątpliwości, że dobrze się stało, że je wprowadzono, ale muszę uczciwie przyznać, że ich ocena w środowisku nauczycielskim nie jest jednomyślna. Jedno pozostaje poza dyskusją: na pewno dzisiejsza młodzież lepiej zna języki obce i sprawniej porusza się w Internecie. Ale czy jest to zasługa naszych szkół?

Co do zadań, które były do podjęcia, mogę zapewnić, że żadne nie zostało podjęte. Nie zapytano, czemu ma służyć nasz system edukacji. Nie umożliwiono szkołom wywiązywania się z ich zadań wychowawczych; w ogóle nie zadano pytania, czy powinny sobie takie zadania stawiać. Nie zapewniono spójności programów nauczania – nikt nawet nie próbował. Kucie na pamięć kwitnie, na rozumienie czegokolwiek nie ma czasu. Choć, trzeba przyznać, egzaminy zewnętrzne, zwłaszcza maturalne, zmieniają się we właściwym kierunku i niesprawiedliwe byłoby kwitowanie ich pogardliwym słowem: testy.

Najgorzej wypada ocena autonomii szkół. Jest gorzej niż było dwanaście lat temu. Okazuje się, że urzędnikom magistratu nie mieści się w głowie, że szkoły mogłyby sobie radzić bez nich, że oczekują od nich tylko należytej dbałości o ich stan materialny, bo na samym nauczaniu dużo lepiej znają się pracujący w nich nauczyciele i ich dyrektorzy.

Pracownikom kuratoriów rzadko kiedy starcza odwagi, by w rozpatrywaniu skarg kierowanych do nich przez rodziców jako najbardziej kompetentnych konsultantów traktować nauczycieli i dyrektorów szkół. Przełożony oczekuje, że się wykażą, więc nawet najbardziej absurdalne zażalenia – gołym okiem widać, że pisane ręką wariata – traktują serio, bo tak jest łatwiej i bezpieczniej, po co niepotrzebnie popisywać się samodzielnym myśleniem. To jest też kwestia mentalności. Mam pracę, więc muszę zadbać, by jej nie stracić. Mam władzę, więc dlaczego miałbym się nią z kimkolwiek dzielić? Dlaczego miałbym uznać, że ktoś na czymś może się znać lepiej ode mnie?

Trzeba by innej okazji, żeby adekwatnie opisać sposób zarządzania szkołami przez władze samorządowe i państwowe. Pozostając przy kwestii autonomii szkół, a zwłaszcza ich dyrektorów, poprzestać muszę na tym, co najistotniejsze z punktu widzenia jakości edukacji. Chodzi o pytanie, czy po 1989 r. zadbaliśmy o to, żeby nasze dzieci uczyli w szkole właściwi ludzie? Właściwi, to znaczy: najlepsi z możliwych.

Nie sądzę, żebyśmy zrobili w tej sprawie dostatecznie dużo. W dalszym ciągu zawód nauczyciela nie jest przedmiotem marzeń ludzi rozpoczynających studia. Pensja, którą może otrzymać początkujący nauczyciel, w dalszym ciągu nie przyciąga do szkoły najlepszych absolwentów wyższych uczelni. Z kształceniem nauczycieli podczas studiów bywało już lepiej. Nadal obowiązuje i nie został nigdy przez nikogo zakwestionowany szkodliwy przepis mówiący o konieczności posiadania przygotowania pedagogicznego przez osoby gotowe uczyć w szkole (nie znam nikogo, kto by o skończonym przez siebie kursie w tym zakresie miał cokolwiek dobrego do powiedzenia).

Obowiązujący system awansu zawodowego nie wymaga od nauczyciela żadnej rzeczywistej pracy nad sobą – aby w stosunkowo krótkim czasie uzyskać dyplom mistrzowski wystarczy „chęć szczera” i cierpliwość w zbieraniu zaświadczeń o ukończeniu rozmaitych szkoleń (niewiele jest osób, od których słyszałem coś dobrego o szkoleniach, w których uczestniczyły). Co najważniejsze: nadal obowiązuje Karta Nauczyciela (z roku 1982!), która skutecznie uniemożliwia zwalnianie z pracy ludzi, którzy nie powinni mieć kontaktu z dziećmi. Nie jest ich wprawdzie dużo, to najwyżej kilku w przeciętnej szkole. Ale ich szkodliwość jest ogromna, o wiele większa, niżby to wynikało z ich umiarkowanej liczebności.

Proszę sobie wyobrazić teatr. Szkoła jest trochę jak teatr: plan lekcji to repertuar przedstawień; każda sala lekcyjna to widownia i scena. Na scenie staje aktor, który jest też po trosze reżyserem swojego przedstawienia, a po trosze autorem scenariusza. Jeśli ma talent, wciąga do gry publiczność. I proszę sobie wyobrazić dyrektora teatru, który wie, że ma w obsadzie kilku kiepskich aktorów. Że codziennie którąś z głównych ról – a w szkole właściwie wszystkie role są główne – zagra ewidentny patałach. I nic nie może na to poradzić.

Stąd często słyszana opinia: że nasz system edukacji nie służy ani jakości nauczania, ani dobru uczniów i rodziców. Że jest jedynie systemem opieki społecznej nad pewną grupą zawodową. Że ponadto istotą tego systemu jest ochrona najsłabszych w zawodzie, kosztem tych najlepszych.

Dlatego w 1999 r. byłem przeciwnikiem tworzenia gimnazjów, a teraz byłem przeciwnikiem ich likwidacji. Przyczyna była ta sama: przekonanie, że od mieszania herbata nie zrobi się słodsza. Zamiast inwestować duże pieniądze w zmianę struktury, trzeba było zrobić wszystko, żeby dzieci rozpoczynające naukę w szkole miały szansę spotkania w niej właściwych ludzi. Wychowujemy się przecież właśnie w ten sposób: spotykając na swojej drodze właściwych ludzi.

Przypuszczam, że byłaby to kwestia ponad podziałami, że ci, którzy znają się na oświacie, podpisaliby się pod listą najważniejszych postulatów niezależnie od dzielących ich różnic politycznych. Pierwszym z nich byłby ten właśnie: dbając o wysoki status zawodu
nauczyciela, należy dać dyrektorom znacznie większą swobodę w budowaniu zespołów nauczycielskich. Z całą pewnością nie straciliby na tym dobrzy nauczyciele.

Jeżeli szkoła ma uczyć myślenia, a tym samym przygotowywać do życia w demokracji, w ślad za niezbędnymi zmianami w Karcie Nauczyciela, powinny pójść następne kroki: należałoby znacząco odchudzić programy nauczania, dać czas na dyskusję na lekcjach, na myślenie, na ćwiczenia, na rozwój wyobraźni. W dalszym ciągu zmieniać wymagania egzaminacyjne tak, aby sprawdzały stopień rozumienia przedmiotu a nie sprawność pamięci uczniów. Należałoby zmniejszać liczebność klas, by umożliwić nauczycielom bardziej indywidualne relacje z uczniami.

Gdyby przykładem miał być język polski, chodziłoby m. in. o stworzenie szansy na częstsze zadawanie uczniom prac pisemnych i częstsze ich, i bardziej staranne, ocenianie przez nauczycieli. O więcej swobodnej dyskusji na lekcjach. Gdyby przykładem miały być przedmioty przyrodnicze, chodziłoby o czas na większą liczbę ćwiczeń i eksperymentów. Lekcje wiedzy o społeczeństwie powinny być okazją do ćwiczenia się w sztuce argumentacji, udziału w debacie, prezentacji siebie i własnego punktu widzenia, ale też na przykład zadawania pytań, szukania dziury w całym, krytycznej analizy życia publicznego. Wychowanie szkolne powinno polegać na podejmowaniu działalności społecznej i obywatelskiej w praktyce. Można by przy tym sprawić, że wraz z innymi ocenami na świadectwie, ocena takich działań miałaby jakieś znaczenie w rekrutacji na studia.

Przeważają w tym podsumowaniu rzeczy niezrobione, niepodjęte i zaniechane.

Dlaczego? Może naiwnie, ale wierzę, że można było zdziałać dużo więcej, gdybyśmy chcieli i umieli ze sobą rozmawiać. Gdybyśmy potrafili znaleźć czas i poświęcić go na działanie dla dobra wspólnego, rezygnując w jakiejś mierze z własnych ambicji. Potrzebna była, już w 1989 r., jakaś nowa Komisja Edukacji Narodowej, która działając stale, przez lata, niezależnie od zmieniających się rządów, w porę podsuwałaby kolejnym ministrom edukacji wypracowane już i przedyskutowane w gronie fachowców rozwiązania. Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu.
No trudno, nie stało się. I pewnie już się nie stanie.

***

Nagrania archiwalne z udziałem dra Seweryna Szatkowskiego:

Sąd Najwyższy i Krajowa Rada Sądownictwa według Prezydenta Andrzeja Dudy

Reforma sądownictwa pacyfikacja wolnych sądów

W dniu 26 września 2017 r. Prezydent Andrzej Duda przedstawił projekt ustawy o Sądzie Najwyższym (SN) oraz projekt ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS). Zaproponował wprowadzenie w SN instytucji korygującej prawomocne orzeczenia sądowe w postaci skargi nadzwyczajnej. Wyodrębnione zostałyby dwie nowe Izby SN: Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Izba Dyscyplinarna. Zmieniłby się także tryb wyłaniania kandydatów na stanowisko
sędziego SN oraz wiek, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku, czyli 65 lat. Przyspieszony byłby również tryb uchylenia immunitetu.

W przypadku KRS zmiany dotyczyłyby sposobu wyboru spośród sędziów członków KRS. Prawo zgłaszania kandydatów miałaby grupa obywateli (co najmniej dwa tysiące) oraz grupa sędziów (co najmniej dwudziestu pięciu). Sędziowie KRS wybierani byliby przez Sejm kwalifikowaną większością 3/5 głosów, a w przypadku konieczności przeprowadzenia drugiej tury – w głosowaniu imiennym. Transmisje obrad KRS odbywałyby się przez Internet.

Czy te zmiany są dobre? Przyjrzyjmy się im.

Sąd Najwyższy (SN)

Pierwsze wrażenie. Jest to projekt zadziwiający. Z jednej strony zawiera rozwiązania ewidentnie polityczne, dążące do zmiany składu kadry sędziowskiej, a z drugiej irracjonalne, chyba nie do końca przemyślane.

Rozwiązaniem politycznym jest art. 36 paragraf 1 projektu ustalający, że sędzia przechodzi w stan spoczynku z dniem ukończenia 65 roku życia, chyba że Prezydent wyrazi zgodę na dalsze zajmowanie stanowiska. Literalne brzmienie przepisu może sugerować możliwość skrócenia kadencji Pierwszego Prezesa SN, a tym samym naruszenie art. 183 ust. 3 Konstytucji, który stanowi, że Pierwszy Prezes SN jest powołany na sześcioletnią kadencję. Uchwalony przepis nie wywołałby jednak skutków prawnych, gdyż ustawą nie można zmieniać Konstytucji. Byłoby to ustawowe bezprawie. Projekt w art. 108 § 4 wydaje się dopuszczać tego rodzaju interpretację art. 36, ale jego realizacja byłaby w praktyce działaniem siłowym, bez podstawy prawnej.

Poza politycznymi, brak jest innych argumentów sugerujących konieczność obniżenia wieku, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku.

Także rozwiązaniem politycznym, naruszającym art. 10 Konstytucji jest art. 4 projektu przekazujący władzę nad wewnętrznym funkcjonowaniem Sądu w ręce Prezydenta, a więc także polityka.

Szczególnie bulwersującym zapisem jest art. 88 § 2 projektu stanowiący, że jeżeli SN przy rozpoznawaniu skargi nadzwyczajnej uzna, że przyczyną naruszenia przez orzeczenie zasad lub wolności i praw człowieka i obywatela określonych w Konstytucji jest niezgodność ustawy z Konstytucją, występuje z pytaniem prawnym do Trybunału Konstytucyjnego. Rozwiązanie to jest rażącym naruszeniem art. 8 i art. 178 ust. 1 Konstytucji, które stanowią, że Konstytucję stosuje się bezpośrednio a sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom. Powyższy zapis stanowi przykład ubezwłasnowolnienia sądów i myślenia mającego na celu podporządkowanie sądów władzy wykonawczej.

Ponadto projekt zawiera propozycje zarówno dyskusyjne, jak i zadziwiające. Oto jedne z nich:

 Art. 3 projektu tworzy dwie nowe Izby: Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Izbę Dyscyplinarną.
 W art. 11 paragrafie 1 jest zapis, iż Pierwszy Prezes jest powoływany przez Prezydenta na 6-letnią kadencję spośród pięciu kandydatów wybranych przez Zgromadzenie Ogólne. Obecnie spośród dwóch.
 Art. 58 wprowadza do SN instytucję ławników ludowych. Zabieg czysto populistyczny, a tym samym irracjonalny.
 Art. 72 określa w sposób zadziwiający skład sądu dyscyplinarnego.
 Art. 86 wprowadza czysto populistyczną instytucję skargi nadzwyczajnej obejmującą orzeczenia, które uprawomocniły się po 17 października 1997 roku.

Analizując powyższe zapisy projektu a zwłaszcza propozycję powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych należy mieć na uwadze treść art. 183 ust. 1 Konstytucji stanowiący, że SN sprawuje nadzór nad działalnością sądów powszechnych i wojskowych w zakresie orzekania. Obecnie przepis ten jest przepisem martwym. Istniejące narzędzia prawne nie pozwalają SN na sprawne realizowanie wskazanego obowiązku. Dlatego jest potrzebne nowe narzędzie, o charakterze nadzwyczajnym, które umożliwiłoby SN efektywne sprawowanie nadzoru. W narzędzie to powinien być wyposażony wyłącznie Pierwszy Prezes SN, a nie podmioty wymienione w art. 86 § 2 projektu. Sprawą do dyskusji jest jego budowa.

W każdym razie nie może zawierać sformułowania zawartego w art. 86 projektu, że „od każdego prawomocnego orzeczenia kończącego postępowanie w sprawie, może być wniesiona skarga nadzwyczajna, jeżeli jest to konieczne dla zapewnienia praworządności i sprawiedliwości społecznej”. Panu Prezydentowi chyba pomyliły się epoki. Zapis godny początkowych lat Polski Ludowej. Ale koncepcja, aby Pierwszy Prezes SN mógł wnosić, na podstawie określonych przesłanek, nadzwyczajny środek zaskarżenia w ciągu na przykład 6 miesięcy od uprawomocnienia się wyroku, godny rozważenia. Sprawy oczywiście powinny być rozpatrywane w trybie zwyczajnym, bez konieczności tworzenia osobnej Izby i bez ławników.

Postulat tworzenia osobnej Izby Dyscyplinarnej także jest postulatem czysto populistycznym, całkowicie niepotrzebnym. Jeżeli jednak jest taka potrzeba polityczna, bo hasło „kasta sędziów sama się sądzi” jest hasłem nośnym, można ją utworzyć, ale w innej koncepcji. Projekt w art. 72 zakłada, dwuinstancyjny sąd dyscyplinarny. W pierwszej instancji sąd by sądził w składzie dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jeden ławnik a w drugiej trzech sędziów Izby Dyscyplinarnej i dwóch ławników.

Art. 58 § 2 określa kryteria wymagane do objęcia urzędu ławnika a w art. 59 jest podane, kto nie może być ławnikiem. Aby zostać ławnikiem, między innymi, należy posiadać co najmniej wykształcenie średnie lub średnie branżowe, co może przypominać wczesny PRL, zaś ławnikami generalnie nie mogą być prawnicy. Można byłoby powyższe odwrócić i przyjąć, że ławnikami mogą być adwokaci lub radcowie prawni. Wówczas sąd w pierwszej instancji mógłby orzekać w składzie jeden sędzia Izby Dyscyplinarnej i dwóch ławników. W Izbie orzekaliby delegowani sędziowie z innych Izb, a sama Izba pod względem organizacyjnym byłaby Izbą analogiczną do Izb pozostałych.

Natomiast należałoby rozważyć wykreślenie z art. 43 § 1 ust. 1 zezwalającemu sędziemu na zatrudnienie na stanowisku dydaktycznym naukowo – dydaktycznym lub naukowym. Sędziowie SN na ogół rozstrzygają sprawy i roztrząsają zagadnienia prawne. Sędzia, który jednocześnie prowadzi zajęcia dydaktyczne lub prace naukowe, posiada określone poglądy i stanowiska. Jeżeli także sądzi, jego poglądy naukowe przenoszą się na treść rozstrzygnięć sądu, co powoduje obawy w zakresie jego bezstronności.

Projekt dokonuje także zmian w przepisach szeregu ustaw jak prawo o ustroju sądów powszechnych czy ustawa o prokuraturze rozbudowując postępowanie dyscyplinarne. Jest to przejaw zaburzonego myślenia, którego przejawem są także uregulowania spraw dyscyplinarnych w projekcie ustawy o komornikach sądowych, a które zakłada, że na wszelkie bolączki wymiaru sprawiedliwości należy odpowiedzieć postępowaniami dyscyplinarnymi.

Wnioski:
 Przedmiotowy projekt ustawy o SN jest generalnie zbędny. Realizuje jedynie zamówienie polityczne mające na celu rozbudzanie emocji społecznych.
 Można rozważyć nowelizację obecnej ustawy o SN w kierunku wyposażenia Pierwszego Prezesa Sądu w nadzwyczajny instrument do zaskarżania prawomocnych orzeczeń sądowych oraz zmiany składów sądzących sprawy dyscyplinarne poprzez udział w pierwszej instancji ławników – przedstawicieli innych zawodów prawniczych.

Krajowa Rada Sądownictwa (KRS)

Zgodnie z art. 186 ust. 1 Konstytucji RP Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Art. 187 ust. 1 pkt. 2) Konstytucji stanowi, że KRS składa się, między innymi, z piętnastu członków wybranych spośród sędziów SN, sądów powszechnych, sądów administracyjnych i sądów wojskowych. Kadencja wybranych członków KRS trwa cztery lata (art. 187 ust. 3), zaś sposób wyboru jej członków określa ustawa (art. 187 ust. 4).

Z powyższych przepisów wynika konstytucyjny zakaz skracania kadencji członków Rady. Powyższy zakaz w szczególności dotyczy piętnastu członków wybranych spośród sędziów. Wszelkie próby skracania czy wygaszania kadencji członków należy uznać za sprzeczne z Konstytucją.

Konstytucja nie określa organu i sposobu wyboru wskazanych piętnastu członków Rady. Według aktualnie obowiązującej ustawy o KRS wyboru wskazanych piętnastu członków dokonują samorządy sędziowskie.

Analizując powyższe należy mieć na uwadze art. 186 ust. 1 w związku z art. 10 Konstytucji, który stanowi, że ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, wykonawczej i władzy sądowniczej. Można więc stwierdzić, że projekt Pana Prezydenta w praktyce władzę w KRS przekazuje w ręce polityków. Powyższe wynika z art. 1 ust. 1 pkt 1 projektu, który stanowi, że to Sejm wybiera wskazanych piętnastu członków Rady. Określony w projekcie sposób wyboru, osławione 3/5, czy też inne propozycje, nie naruszają podstawowej zasady sprowadzającej się do stwierdzenia – piętnastu członków KRS wybierają politycy, czyli przedstawiciele dwóch pozostałych władz. Rozwiązanie to, jako nie konstytucyjne, nie może zostać zaaprobowane.

Podobnie nie może zostać zaakceptowana propozycja zakończenia kadencji Rady z momentem rozpoczęcia kadencji nowych członków Rady (art. 1 ust. 1 pkt. 3. i art. 6 projektu).

Konstytucja nie określa także podmiotu uprawnionego do zgłaszana kandydatur na członków Rady. Projekt w art. 1 ust. 2 pkt. 1 i 2) określa, iż podmiotami uprawnionymi do zgłaszania kandydata na członka Rady jest grupa co najmniej dwóch tysięcy obywateli Rzeczypospolitej Polskiej oraz grupa co najmniej dwudziestu pięciu sędziów. Wydaje się, że to rozwiązanie także narusza konstytucyjną zasadę podziału władz oraz jest irracjonalne. Nie ma racjonalnego powodu, aby kandydatów na członków KRS miała prawo zgłaszać grupa obywateli lub sędziów. Jest to propozycja populistyczna, na zasadzie „cała władza w ręce rad”. Raz już było i wystarczy.

W art. 3 projekt zmienia prawo o ustrojów sądów powszechnych w ten sposób, iż asesor sądowy w określonych warunkach pełni obowiązki sędziego przez okres 4 lat. Wydaje się, iż jest to termin stanowczo za długi. Maksymalny termin pełnienia przez asesora obowiązków sędziego powinien wynosić dwa lata z ewentualną możliwością przedłużenia o pół roku.

Wnioski:
 Projekt, jako niekonstytucyjny w swoich podstawowych propozycjach oraz nieracjonalny, nie zasługuje na uwzględnienie.
 Istniejący stan prawny w zakresie obsadzenia piętnastu członków KRS należy uznać za zadowalający.
 Osobnym problemem jest dobór kandydatów na stanowiska sędziowskie i tym samym dobór kandydatów na członków KRS. W tym zakresie należy dokonać zasadniczych zmian, poprzez oparcie kształcenia przyszłych sędziów na zasadzie mistrz – uczeń oraz ułatwienie przechodzenia do stanu sędziowskiego przedstawicielom innych zawodów prawniczych.
 Ważnym jest wprowadzenie do orzekania w sądach pierwszej instancji ławników.

Autor, Andrzej Zaleski, jest adwokatem współpracującym z miesięcznikiem „Nasze Czasopismo”

Obywatele bronią sądów

Na czatach nie dla reformy sądownictwa według PiS

Już od tygodnia w wielu miastach Polski odbywają się demonstracje w obronie sądów oraz jako sprzeciw wobec projektów ustaw prezydenckich. Gdyby prezydent odważył się przedstawić poprawne konstytucyjnie ustawy, miałby historyczną szansę na zatrzymanie postępów w przekształcaniu Polski w państwo dyktatorskie, państwo jednej partii, a właściwie – jednej osoby. PiS ustawy te by odrzuciło, przedstawiło własne, prezydent by je znowu wetował… zyskiwalibyśmy czas.

20 lipca Sejm uchwalił pisowską ustawę o SN i KRS, dwa dni później przyklepał ją Senat. I nagle Prezydent zgłosił weto. Już tym samym udało mu się zatrzymać wprowadzanie w życie dwu ustaw sądowych, na razie na dwa miesiące.

Wszystko było rozpisane w czasie. Żeby nie robić wyborów samorządowych w dzień 11 listopada 2018 roku, PiS proponowało zmianę ordynacji wyborczej, przy okazji modelując ją według swoich potrzeb. A więc nie jedna, a dwie komisje wyborcze. Ta pierwsza, do pracy przy przebiegu wyborów, ta druga, do liczenia głosów. Mówił o tym Jarosław Kaczyński na kongresie partii 1 lipca.

Wicemarszałek Sejmu z kolei głosił, że będą możliwe jeszcze głębsze zmiany ordynacji wyborczej, jeśli nic nie stanie Prawu i Sprawiedliwości na przeszkodzie, to znaczy, jeżeli w terminie i sposobie przewidzianym odbędzie się reforma sądownictwa.

Chadzają słuchy o przygotowywanych zmianach granic okręgów wyborczych, dla poprawy wyników kandydatów PiS. O zakazie startu w wyborach kandydatów bezpartyjnych. O zmasowanym szukaniu pretekstów do wszczęcia postępowań prokuratorskich wobec kandydatów niewygodnych dla PiS. O zmianie liczby mandatów w okręgach wyborczych, zależnie od prognozy wyników. PiS chce być absolutnie pewne wygranej w wyborach samorządowych. Plan jest przemyślany, przygotowany. Na to wszystko potrzeba czasu, stąd złość PiS na prezydenta, który robi jakieś przeszkody na drodze ku ostatecznego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, czyli do zmiany ustroju kraju.

Rozczarował nas prezydent swoimi ustawami, ale żal można mieć również  do naszej opozycji – parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Nie widać programu, nawet na najbliższe miesiące, a co dopiero na rok przedwyborczy.

Przy okazji manifestacji w obronie sądów dobrze byłoby opozycji to czekanie obywateli na program przypominać.