Miks PRL-u z państwem wyznaniowym

Na czatach Halina Flis-Kuczyńska reforma edukacji PiS

Za komuny mieliśmy siedmio- a potem ośmioklasowe szkoły podstawowe, czteroklasowe licea, pięcioklasowe licea zawodowe. Programy były jednolite, podręczniki jednakowe, wszystko zgodne z linią partii. Do tego systemu wracamy.

Według nowego programu uczyć się będą dzieci z klas pierwszych, czwartych i siódmych. Próg edukacyjny to klasa czwarta. Z historii w klasie czwartej odjęto naukę o starożytności, została sama historia Polski, i to opowiadana przez biografie najsłynniejszych kilkunastu Polaków. Tak trochę bajkowo, bo z naukowców na tej liście są tylko Mikołaj Kopernik i Maria Curie-Skłodowska. Są wybrani władcy Polski. Jest Jan Paweł II. Jest święta Jadwiga i Dobrawa, żona Mieszka I. Dużo wojen. Dużo bitew.

Minister Zalewska powiedziała, że nauka dziejów przez wybrane biografie, to zabieg celowy, żeby dzieci historią zachwycić…

Poloniści stracili swobodę wyboru książek, które omówią z dziećmi. Kanon jest sztywny. Lektur obowiązkowych dużo. Przeważnie tekstów starych. Jedyne, co nauczyciele mogą zmieniać, to kolejność ich omawiania. Jeżeli czas na to pozwoli, (a raczej nie pozwoli), mogą przerabiać z uczniami książki z listy lektur uzupełniających, ale już nie spoza niej.

Przyroda w czwartej klasie będzie, ale już nie będzie jej w dalszych klasach podstawówki, od klasy piątej zastąpi ją biologia. Dobrze jednak, że przez ten jeden rok, przy mądrym nauczycielu, mogą się dowiedzieć dużo o środowisku przyrodniczym kraju i bliskiej okolicy, o miejscu człowieka, czyli także ucznia, w tym złożonym systemie, jakim jest otaczająca nas przyroda. To ważne, bo te dzieci, jako dorośli, zmierzą się z problemami przeludnienia planety Ziemi i niszczenia środowiska. Dobrze byłoby, żeby to uwzględniono w programach biologii nauczanych w dalszych klasach. Tego, czy tak będzie, jeszcze nie wiemy.

W ogóle sporo jest rzeczy, o których jeszcze nie wiemy. Ma być więcej lekcji historii, ale jakiej? Mniej lekcji z nauk przyrodniczych, w dodatku z jeszcze mniejszą niż dotąd liczbą doświadczeń, a większą wiedzą encyklopedyczną.

Jak mówi Dorota Łoboda z ruchu Rodzice Przeciw Reformie Edukacji:
„ W ogóle nauki przyrodnicze zostały potraktowane po macoszemu. Nie mam nic przeciwko zwiększaniu liczby godzin historii, ale dlaczego kosztem geografii czy biologii? Liczba godzin biologii, geografii, fizyki i chemii razem wziętych jest w całym cyklu nauczania mniejsza, niż liczba godzin religii.”
(Wysokie Obcasy 02.09).

Na liczbę etatów przekłada się to tak, że tylko co drugi z 12 tysięcy nauczycieli chemii będzie miał pełny etat, podobna ilość etatów (ponad 6000) jest dla informatyków i biologów, ale ponad 23 000 dla nauczycieli religii. Nauczyciele – poloniści, w których rękach jest całe nauczanie kulturowe, mają etatów nieco ponad 40 tysięcy, zaledwie dwa razy więcej niż katecheci.

Właściwie to o religii wiadomo najwięcej. Tu na razie podstawa programowa pozostaje niezmieniona, podręczniki również. Według nich przenikanie kultur, oczywiste w dzisiejszym świecie, może zagrażać tożsamości człowieka, cokolwiek by to miało znaczyć. Naszą tożsamością jest polskość, a polskość – to katolicyzm.

Podręcznik religii dla klasy siódmej naucza:
„Dziedzictwo mego Narodu kształtowało moje myśli, chleb polskiej ziemi żywił moje ciało. Nie mogę kochać Twojego świata, nie kochając na pierwszym miejscu mojej Ojczyzny.”

A co, jeżeli uczeń sądzi, że świat jest jednością, każda kultura wymaga zrozumienia, a myśl powinna być wolna?

Zmienia się treść przekazywana dzieciom na lekcjach Wychowania o Życiu w Rodzinie – według podstaw stworzonych przez teolog Urszulę Dudziak z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wszystko ma być po chrześcijańsku, seks tylko w małżeństwie, jedyna antykoncepcja to naturalne planowanie rodziny itd. Co o tym sądzą Polacy, dowodzą sondaże, mówiące że w kwestii życia seksualnego większość wierzących nie przestrzega kościelnych zaleceń, bo one zwyczajnie nie przystają do rzeczywistości.

Jesteśmy społeczeństwem otwartym, nie ma już analfabetyzmu, internet daje szansę na dotarcie do każdej potrzebnej wiadomości. Wtłaczanie dzieci w sztywne i nienaturalne kanony naucza je fałszu: inaczej piszesz na kartkówce z religii, dla stopnia, inaczej myślisz ty i twoi rodzice.

Kościół powinien dostrzec w tym niebezpieczeństwo dla wiary, ale jakoś go nie widzi. Istnieje Dyrektorium Katechetyczne Kościoła Katolickiego, podstawa tworzenia programów nauczania religii, gdzie mówi się jasno, że wiedza ma charakter służebny wobec wiary.

Rzeczywistość jest taka, że programy nauczania religii są zależne tylko od kościoła. Nikt inny nie ma na nie wpływu. Przekształca się nawet programy innych przedmiotów, żeby głoszone tam prawdy nie wchodziły w kolizję z doktryną Kościoła, zwłaszcza mocno dotknęło to naukę o życiu w rodzinie. To patologia. Trudno godzić się z głoszoną przez księży tezą, że Kościół jest nieomylny.

Polistrefa, Fundacja na Rzecz Różnorodności, przeprowadziła badania w szkołach na południu Polski. Blisko co piąty dyrektor przyznał, że katecheci mają wpływ na treść programów innych przedmiotów zatwierdzanych w ich szkole na radach pedagogicznych.

W każdej klasie krzyż, w każde święto oprawa religijna. Rekolekcje, spowiedzi, posłuszeństwo. To już państwo religijne. Tak uczone dzieci mają wszelkie szanse wyrosnąć na ateistów i odwrócić się od kościoła z obrzydzeniem.

Religia i martyrologia zamiast wiedzy o świecie

Nie dla czaosu w szkole w obronie nauczycieli ZNP Na czatach

Dziś przedstawiamy to, co zebraliśmy dla was na temat reformy szkolnej, według której od sześciu tygodni pracują polskie szkoły podstawowe, resztki klas gimnazjalnych i licea. Zamieszanie duże, koszt niemały , rezultat mocno wątpliwy. Przemieszczenia uczniów, zamęt wśród nauczycieli, niepotrzebne wydatki, to po jakimś czasie zostanie opanowane.

Pozostaną nowe programy, które przestraszają. Dużo religii, dużo martyrologii, mało wiedzy o świecie i przyrodniczej. Nie tak kształcone dzieci i młodzież chcielibyśmy mieć. Protesty były? Były.

W październiku 2016 Związek Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Nie – dla chaosu w szkole” zorganizował protest w miastach wojewódzkich. Protestujący żądali odstąpienia od likwidacji gimnazjów i od powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej, argumentując, że po początkowym zamieszaniu gimnazja okrzepły, zostały dobrze wyposażone i nie stanowią obciążenia. Przeciwnie, stały się wartością powszechnej oświaty.

Reformy to nie zatrzymało. Kolejny protest odbył się wiosną tego roku. W ogólnopolskim strajku. Podobnie jak za rządów ministra Giertycha przed 10 laty, kiedy strajkowało 60 procent szkół.

Tym razem decydować się na udział w strajku było trudniej. W szkołach na Pomorzu dawano nauczycielom do podpisania oświadczenia, że do strajku nie przystąpią. Wiadomo było od razu, że kto nie podpisał, ten wróg. Nauczycielska Solidarność była przeciw strajkującym, oskarżając ich w niektórych oświadczeniach, np. w liście do nauczycieli w Radomsku, że strajkując są przeciwko rządowi, czyli przeciwko naprawie państwa. Na Śląsku do szkół w przeddzień strajku zaglądała policja.

Kuratoria domagały się list strajkujących, przecież nie po to, żeby ich pochwalić. Ostatecznie dużo szkół się wycofało, szczególnie na Podkarpaciu, bastionie PiS.

Ostatniego dnia marca tego roku, mimo nacisków na dyrektorów szkół i nauczycieli, mimo gróźb pod ich adresem, zastrajkowało 7 tysięcy szkół, czyli 37 procent placówek. Opór nauczycieli przeciw reformie łamano nie tylko groźbami. Zapowiadano też marchewkę – 15 procentowe podwyżki płac. Ale nie będzie ich od razu. Mają być na razie 5 procentowe. Dla najlepszych nauczycieli dyplomowanych z dłuższym stażem przewidziane były nagrody w wysokości 500 złotych, czyli nauczycielskie 500+. I mają być, ale też później, dopiero od 2022 roku. Ci nauczyciele, których obietnice zniechęciły do narażania się oporem przeciw reformie, czują się dotknięci, omamieni
zapowiedziami raju, którego nie ma.

Środowisko nauczycielskie realizuje teraz reformę, w której sens wątpi i której skutków się obawia. Opowiemy wam o niej wszystko, co dostrzegliśmy z naszej małej czatowni.