Nauczyciele, walczcie o swoje!

Rozmowa na temat sytuacji polskiej edukacji w drugim miesiącu wdrażania reformy PiS.
Rozmawiają: Maciej Kania, redaktor naczelny „Naszego Czasopisma” i Dominik Linowski, sekretarz .Nowoczesnej ds. edukacji.
Dominik Linowski jest ekspertem ds. edukacji i oświaty, specjalistą z zakresu zarządzania i prawa oświatowego, ma kilkunastoletnie doświadczenie w szkoleniu dyrektorów placówek oświatowych, nauczycieli oraz administracji publicznej. Jest wykładowcą akademickim, autorem licznych publikacji z zakresu zarządzania i oświaty – od „Harvard Business Review” aż po „Dyrektora Szkoły”.
Rozmowę dla serwisu „Na Czatach” zarejestrował Przemysław Wiszniewski.

Cała nadzieja w buncie młodzieży

Na Czatach o reformie edukacji polska szkoła rozwój młodzieży gimnazja

Łukasz Ługowski, dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii Kąt, opowiada o gimnazjach, dlaczego wprowadził je minister Mirosław Handke, i jak tamtą reformę edukacji przygotowywała Irena Dzierzgowska.
Powrót gimnazjów, którego nie byliśmy entuzjastami, okazał się po latach wielce zbawienny dla całego systemu edukacyjnego. Wyodrębniony został bowiem wiek wyjątkowo trudny w toku rozwoju osobowości, stworzone zostały warunki, by uczniów w tym wieku otoczyć właściwą opieką dydaktyczną  wychowawczą, wykształcone zostały kadry pedagogiczne, wyspecjalizowane w tym specyficznym podejściu. To wiek trudny, bo zbuntowany. Cała nadzieja zatem w młodzieży, że się zbuntuje i odrzuci te elementy szkolnych programów, które nachalnie trącą indoktrynacją, narzucane na siłę, prymitywnie krępujące wolność myślenia młodego człowieka.

Katorga w ławkach

Na Czatach PiS rujnuje dorobek polskiej szkoły

Ponad osiem godzin w szkole. Tylu godzin lekcyjnych jednego dnia nie pamiętam. W moim liceum w 40-tysięcznym mieście w latach sześćdziesiątych najdłuższe dni lekcyjne miały po siedem godzin. Na tej ostatniej godzinie byliśmy zmęczeni, skupić się już nam było trudno.

Wtedy nie było wolnych sobót i program tygodniowy rozkładał się na sześć a nie na pięć dni, rozłożyć program było łatwiej. Cztery dni po sześć lekcji, jeden dzień z siedmioma lekcjami, i w soboty ulgowo – pięć lekcji. W dodatku to było w jedenastej klasie, kiedy byliśmy dorośli, mieliśmy po 18 lat.

W klasie było nas dwadzieścia parę osób. W ostatnich dziesięcioleciach mamy klasy szkolne po trzydzieści, a nawet trzydzieści parę osób, mimo mniej licznych roczników. Poprzednie rządy nie zauważyły, albo nie chciały zauważyć, że rosnąca zamożność kraju powinna pozwolić szkołom na mniejsze oddziały. Liczył się rachunek ekonomiczny, a ten wskazywał na mniejszy koszt uczenia w szkołach dużych o licznych klasach.

Wrażliwszym, albo zwyczajnie słabszym dzieciom dzieciom ciężko było w tych warunkach. Nauczycielom też niełatwo. Brakowało czasu na poznanie i rozumienie poszczególnych uczniów, na spokojne wyłożenie lekcyjnego tematu. Stąd miłość do kartkówek, testów i licznych zadań domowych.

Na tę sytuację nałożyła się reforma oświaty minister Zalewskiej. Z reorganizacją sieci szkół i nowymi podstawami programowymi. W tym roku nowymi programami obejmuje klasy pierwsze, czwarte i siódme. Te ostatnie skazuje na wysiłek wyjątkowy: muszą w rok przerobić materiał półtoraroczny. Czternastolatki mają mieć po siedem – osiem lekcji dziennie, żeby z tym zdążyć.

A jeszcze nasze szkoły są przyzwyczajone do zadawania dzieciom prac domowych, kiedy nie zdołają przerobić materiału dostatecznie. Czy ktoś o zdrowych zmysłach może oczekiwać, że uczeń po ośmiu godzinach wysiłku szkolnego jest zdolnym brać się na nowo do nauki wieczorem w domu?

W podstawówkach przybywa uczniów i klas, a budynki pozostają te same. Trzeba upchać te dzieci, nawet na zmiany: jedne od ósmej rano, inne od wpół do ósmej, inne od trzynastej. Jedne kończą naukę po południu, inne wieczorem, i wydaje się, że tym razem najgorzej mają uczniowie w większych miastach.

W Warszawie, w nowych dzielnicach, gdzie też i dzieci jest dużo, likwidacja gimnazjów sprawiła, że w podstawówkach nauka trwa od świtu do godzin wieczornych, nawet do osiemnastej. Ograniczane są świetlice, nie ma zajęć dodatkowych, W ostatnich klasach podstawówki dochodzi nowy przedmiot: doradztwo zawodowe. W tym roku w klasie siódmej, w przyszłym także w klasie ósmej, żeby dzieci więcej wiedziały o możliwościach wyboru zawodu. Tylko to jeszcze mocniej przeładowuje program.

W jednej z warszawskich szkół zaproponowano dziewiąte godziny lekcyjne. W innej – naukę w soboty. Będą zebrania i narady z rodzicami. Cokolwiek postanowią, nie zmniejszy to obciążenia dzieci, w siódmej klasie mają od 34 do 40 godzin lekcyjnych w tygodniu, jeżeli doliczy się niby dobrowolne religię albo etykę. W starym systemie czternastolatkowie, czyli pierwsza gimnazjalna klasa, mieli 29 godzin.

Dobrze sumuje sytuację Gazeta Wyborcza z 11 października na pierwszej stronie tytułem: „Przemęczone siódme klasy. Lekcje do upadłego”. Dziennikarka w rozmowie z matką siódmoklasistki z Warszawy dowiaduje się, że jej córka spędza w szkole 10 (słownie: dziesięć) godzin. W tygodniu ma 39 lekcji, do tego dwie godziny religii lub etyki do wyboru, a jeszcze dojdzie to poradnictwo zawodowe…

Tyle godzin w ławkach, jak w dybach. Młode ciało potrzebuje ruchu, powietrza. Nadmierne obciążenie wywołuje bóle głowy, bóle brzucha. Dzieci mają kłopot z zasypianiem wieczornym i porannym wstawaniem. Pojawiają się depresyjne nastroje, kiedy z dnia na dzień się za programem nie nadąża, mnożą się złe oceny, a zaległości narastają. I jeszcze ta groźba, że się nie dostanie do wybranego liceum, bo w przyszłym roku do szkół średnich startować będzie nie trzysta, a siedemset tysięcy uczniów, dwa roczniki.

Na przemęczenie dzieci już zwracają uwagę psycholodzy i rzecznik praw dziecka. Ministerstwo tworząc taki system potraktowało uczniów, jakby wierzyło, że można ich zamienić w odporne na zmęczenie roboty, wkładające do mózgów ciągi informacji.

Zamożniejsi rodzice umieszczają dzieci w mniej licznych klasach szkół prywatnych. Dla rodziców których na prywatne szkoły nie stać, a dziecko w powszechnej szkole cierpi, istnieje system nauki domowej, ostatnio ograniczanej. Niestety, nie nadaje się do zastosowania w domach, w których oboje rodzice pracują i nie ma osoby, zdolnej nad takim nauczaniem czuwać.

Ponieważ jednak pewne jest, że dzieci potrzebujących wyjęcia z systemu będzie więcej, zamieszczamy tu rozmowę z matką trojga dzieci, która po doświadczeniach szkolnych pierwszego dziecka, dwoje pozostałych kształci w systemie domowym. Może jej doświadczenia komuś pomogą.

Reforma edukacji – powrót do PRL

Krystyna Starczewska Halina Flis-Kuczyńska nie dla reformy edukacji Na czatach

„Badania wskazują, że średni poziom agresji w szkołach podstawowych i gimnazjach jest porównywalny, przy czym największy problem z agresją uczniów mają obecnie nauczyciele klas szóstych. Poziom przemocy w gimnazjach stale się zimniejsza, powrót do starego, dwustopniowego systemu szkolnego znowu ją nasili – mówi Krystyna Starczewska, prezes Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej, w wywiadzie udzielonym Krytyce Politycznej.” Krystyna Starczewska: powrót do PRL-owskiego systemu oświaty uważam za szkodliwy.

„System edukacji oparty na trzech zasadach – monopolu państwa w organizacji i kontroli szkół, „jedynie słusznej” ideologii w nauczaniu oraz autorytarnym wychowaniu z elementami militarnymi – jest typowy dla wszystkich reżimów autorytarnych. Występował również w hitlerowskich Niemczech. A teraz usiłuje się przywrócić go w Polsce. Pytanie – w jakim celu.” SZKOŁA HIPOKRYZJI

W rozmowie z Haliną Flis-Kuczyńską, redaktor naczelną serwisu publicystycznego „Na czatach”, Krystyna Starczewska rozwija ten temat. Ale nie tylko. Zaczyna od swoich bogatych doświadczeń zawodowych w szkole, by następnie krytycznie odnieść się do wdrażanej właśnie reformy.

W lakonicznej jak na tak bogaty życiorys notce biograficznej Krystyny Starczewskiej czytamy:

Ukończyła Wydział Polonistyczny UW. Pracowała m.in. w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego. Doktoryzowała się w Instytucie Filozofii UW w 1971; przez lata pracowała w Polskiej Akademii Nauk. Zajmowała się twórczością Jerzego Szaniawskiego i dziełem Janusza Korczaka; psychologią humanistyczną i feminizmem.
Przed 1989 brała udział w opozycji demokratycznej, współpracowała z KOR-em, od kwietnia 1978 była członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, w latach 1982-1989 redagowała podziemny dwutygodnik KOS. W 1989 brała udział obradach podzespołu do spraw oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki i postępu technicznego w ramach obrad Okrągłego Stołu.
W 1989 poświęciła się tworzeniu „Bednarskiej” – I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie przy ulicy Bednarskiej oraz 20 Społecznego Gimnazjum w Warszawie przy ulicy Raszyńskiej, którego obecnie jest dyrektorką.
21 września 2006 została odznaczona przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od 2007 należy do Rady Programowej reaktywowanego przez Stefana Bratkowskiego Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”.

Nieznane koszty reformy

Na czatach nie dla reformy edukacji Halina Flis-Kuczyńska

Kiedy we wrześniu 2016 roku obradował kongres dyrektorów szkół, minister Zalewska nie mogła im odpowiedzieć na pytania o prognozę kosztów reformy edukacji dla samorządów. Nie odpowiadała też kancelarii premiera o koszty reformy z rozbiciem na powiaty i gminy. Dziś, po półtora miesiąca pracy oświaty według nowych reguł, kosztów reformy także nie zna nikt, gdyż one się dopiero ujawniają.

Miało nie być zwolnień nauczycieli, a są. Według arkuszy organizacyjnych szkół, czyli dokumentów, Związek Nauczycielstwa Polskiego policzył, że już (bo nie wszystkie dokumenty wpłynęły do tej pory) pracę straciło 6500 nauczycieli. Trzeba im wypłacać odprawy, a to jeszcze trwa. Samorządy zamierzają domagać się tych pieniędzy od MEN, nie one są winne redukcjom etatów, tylko reforma ministerialna. Ponad 18 000 pedagogów ma okrojone etaty, albo pracuje w kilku szkołach, żeby uzbierać liczbę godzin do pełnego etatu. To także koszt, tylko rozłożony na budżety domowe nauczycieli, których dotyka.

Jeszcze liczy się koszty materialne. Remonty dostosowawcze szkół do potrzeb zupełnie innych roczników dzieci jeszcze trwają i nie wszędzie mogły zostać policzone. Przestawianie sanitariatów, wyposażanie świetlic, tworzenie i wyposażanie w podstawówkach pracowni fizycznych i chemicznych, które do tej pory były w gimnazjach, zakupy innych wymiarowo mebli…

Samorządy policzyły, że tegoroczny koszt reformy edukacji to suma rzędu miliarda złotych. W większości z funduszy samorządowych, bo przecież – według minister Zalewskiej – reforma miała być prawie bezkosztowa, więc też pieniędzy na nią jest za mało. Warszawa obliczyła wydatki na 70 milionów złotych, przyznano jej zwrot poniżej 80 procent. Trwa spór o pieniądze z Łodzią, która zbuntowała się przeciwko nakazowi kuratorium budowy kilku nowych podstawówek. Także o zwrot już wydanych pieniędzy, np. na wyposażenie nowej szkoły podstawowej miasto wydało 460 tysięcy, a z Ministerstwa dostało 80 tysięcy. Skarżą się Poznań, Gdańsk, Lublin, Częstochowa.

Rząd odpowiada samorządom, że zwiększył subwencję oświatową na 2017 rok o 300 milionów zł, a w ciągu kolejnych dwu lat planuje wzrost o kolejne 159 i 200 milionów. Samorządowcy czują się oszukani. Wskazują, że nie są to subwencje zwiększone, tylko sumy wyjęte z rezerw subwencji oświatowej, przewidzianych na wydatki nadzwyczajne, w rodzaju klęsk żywiołowych.

Bo też istotnie, reforma Zalewskiej jest klęską żywiołową. Dla dzieci, dla nauczycieli, dla samorządów. Reforma miała być bezkosztowa, tymczasem koszty idą w grube miliony, a jeszcze gminy będą musiały wykonywać dalsze przystosowania, żeby w przyszłym roku jak najmniej było klas łączonych. Czasem wystarczy przybudówka do istniejącego budynku, czasem trzeba będzie raz jeszcze przenieść uczniów do innych budynków, albo pozostać z systemem, wydawałoby się, zarzuconym z poprzednim stuleciu, klas łączonych i nauki na zmiany.

Przy takich wydatkach i przy oporze ministerstwa w zwracaniu poniesionych kosztów dojdzie albo do procesów sądowych o pieniądze, albo do sporów grupowych, co samorządy już zapowiadają. Teraz trzeba jakoś rozmieścić dzieci po szkołach i rozplanować im zajęcia, opanować chaos, jaki reforma wprowadziła do szkolnictwa. Rozliczanie reformy dopiero nastąpi.

Miks PRL-u z państwem wyznaniowym

Na czatach Halina Flis-Kuczyńska reforma edukacji PiS

Za komuny mieliśmy siedmio- a potem ośmioklasowe szkoły podstawowe, czteroklasowe licea, pięcioklasowe licea zawodowe. Programy były jednolite, podręczniki jednakowe, wszystko zgodne z linią partii. Do tego systemu wracamy.

Według nowego programu uczyć się będą dzieci z klas pierwszych, czwartych i siódmych. Próg edukacyjny to klasa czwarta. Z historii w klasie czwartej odjęto naukę o starożytności, została sama historia Polski, i to opowiadana przez biografie najsłynniejszych kilkunastu Polaków. Tak trochę bajkowo, bo z naukowców na tej liście są tylko Mikołaj Kopernik i Maria Curie-Skłodowska. Są wybrani władcy Polski. Jest Jan Paweł II. Jest święta Jadwiga i Dobrawa, żona Mieszka I. Dużo wojen. Dużo bitew.

Minister Zalewska powiedziała, że nauka dziejów przez wybrane biografie, to zabieg celowy, żeby dzieci historią zachwycić…

Poloniści stracili swobodę wyboru książek, które omówią z dziećmi. Kanon jest sztywny. Lektur obowiązkowych dużo. Przeważnie tekstów starych. Jedyne, co nauczyciele mogą zmieniać, to kolejność ich omawiania. Jeżeli czas na to pozwoli, (a raczej nie pozwoli), mogą przerabiać z uczniami książki z listy lektur uzupełniających, ale już nie spoza niej.

Przyroda w czwartej klasie będzie, ale już nie będzie jej w dalszych klasach podstawówki, od klasy piątej zastąpi ją biologia. Dobrze jednak, że przez ten jeden rok, przy mądrym nauczycielu, mogą się dowiedzieć dużo o środowisku przyrodniczym kraju i bliskiej okolicy, o miejscu człowieka, czyli także ucznia, w tym złożonym systemie, jakim jest otaczająca nas przyroda. To ważne, bo te dzieci, jako dorośli, zmierzą się z problemami przeludnienia planety Ziemi i niszczenia środowiska. Dobrze byłoby, żeby to uwzględniono w programach biologii nauczanych w dalszych klasach. Tego, czy tak będzie, jeszcze nie wiemy.

W ogóle sporo jest rzeczy, o których jeszcze nie wiemy. Ma być więcej lekcji historii, ale jakiej? Mniej lekcji z nauk przyrodniczych, w dodatku z jeszcze mniejszą niż dotąd liczbą doświadczeń, a większą wiedzą encyklopedyczną.

Jak mówi Dorota Łoboda z ruchu Rodzice Przeciw Reformie Edukacji:
„ W ogóle nauki przyrodnicze zostały potraktowane po macoszemu. Nie mam nic przeciwko zwiększaniu liczby godzin historii, ale dlaczego kosztem geografii czy biologii? Liczba godzin biologii, geografii, fizyki i chemii razem wziętych jest w całym cyklu nauczania mniejsza, niż liczba godzin religii.”
(Wysokie Obcasy 02.09).

Na liczbę etatów przekłada się to tak, że tylko co drugi z 12 tysięcy nauczycieli chemii będzie miał pełny etat, podobna ilość etatów (ponad 6000) jest dla informatyków i biologów, ale ponad 23 000 dla nauczycieli religii. Nauczyciele – poloniści, w których rękach jest całe nauczanie kulturowe, mają etatów nieco ponad 40 tysięcy, zaledwie dwa razy więcej niż katecheci.

Właściwie to o religii wiadomo najwięcej. Tu na razie podstawa programowa pozostaje niezmieniona, podręczniki również. Według nich przenikanie kultur, oczywiste w dzisiejszym świecie, może zagrażać tożsamości człowieka, cokolwiek by to miało znaczyć. Naszą tożsamością jest polskość, a polskość – to katolicyzm.

Podręcznik religii dla klasy siódmej naucza:
„Dziedzictwo mego Narodu kształtowało moje myśli, chleb polskiej ziemi żywił moje ciało. Nie mogę kochać Twojego świata, nie kochając na pierwszym miejscu mojej Ojczyzny.”

A co, jeżeli uczeń sądzi, że świat jest jednością, każda kultura wymaga zrozumienia, a myśl powinna być wolna?

Zmienia się treść przekazywana dzieciom na lekcjach Wychowania o Życiu w Rodzinie – według podstaw stworzonych przez teolog Urszulę Dudziak z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wszystko ma być po chrześcijańsku, seks tylko w małżeństwie, jedyna antykoncepcja to naturalne planowanie rodziny itd. Co o tym sądzą Polacy, dowodzą sondaże, mówiące że w kwestii życia seksualnego większość wierzących nie przestrzega kościelnych zaleceń, bo one zwyczajnie nie przystają do rzeczywistości.

Jesteśmy społeczeństwem otwartym, nie ma już analfabetyzmu, internet daje szansę na dotarcie do każdej potrzebnej wiadomości. Wtłaczanie dzieci w sztywne i nienaturalne kanony naucza je fałszu: inaczej piszesz na kartkówce z religii, dla stopnia, inaczej myślisz ty i twoi rodzice.

Kościół powinien dostrzec w tym niebezpieczeństwo dla wiary, ale jakoś go nie widzi. Istnieje Dyrektorium Katechetyczne Kościoła Katolickiego, podstawa tworzenia programów nauczania religii, gdzie mówi się jasno, że wiedza ma charakter służebny wobec wiary.

Rzeczywistość jest taka, że programy nauczania religii są zależne tylko od kościoła. Nikt inny nie ma na nie wpływu. Przekształca się nawet programy innych przedmiotów, żeby głoszone tam prawdy nie wchodziły w kolizję z doktryną Kościoła, zwłaszcza mocno dotknęło to naukę o życiu w rodzinie. To patologia. Trudno godzić się z głoszoną przez księży tezą, że Kościół jest nieomylny.

Polistrefa, Fundacja na Rzecz Różnorodności, przeprowadziła badania w szkołach na południu Polski. Blisko co piąty dyrektor przyznał, że katecheci mają wpływ na treść programów innych przedmiotów zatwierdzanych w ich szkole na radach pedagogicznych.

W każdej klasie krzyż, w każde święto oprawa religijna. Rekolekcje, spowiedzi, posłuszeństwo. To już państwo religijne. Tak uczone dzieci mają wszelkie szanse wyrosnąć na ateistów i odwrócić się od kościoła z obrzydzeniem.

O edukacji, jak ją reformować należy, a jak nie należy

Na czatach reforma edukacji psycholog społeczny

O reformie edukacji min. Zalewskiej z PiS-u rozmawiają Barbara Malak-Minkiewicz i Jerzy Wiśniewski.
Barbara Malak-Minkiewicz jest pracowniczką International Association for the Evaluation of Educational Achievement z siedzibą w Amsterdamie, koordynatorka międzynarodowych badań porównawczych nad efektywnością edukacji (więcej: Encyklopedia Solidarności).
Jerzy Wiśniewski jest prezesem Evidence Institute ekspertem w dziedzinie edukacji, pełnił funkcję dyrektora generalnego MEN w czasach pierwszej reformy edukacji, wprowadzającej m.in. gimnazja, które teraz są likwidowane (więcej: Evidence Institute).

Rozmówcy omawiają problematykę edukacji w perspektywie szerszej, aniżeli tylko zawężona do krajowej, w kontekście europejskim, a nawet światowym. Wskazują na podobieństwa różnych problemów występujących w szkołach niezależnie od miejsca, problemów, które udaje się rozwiązać w różny sposób, reformując szkolnictwo. Rzadko jednak zdarza się, by reforma, tak jak to się dzieje obecnie w Polsce, zamiast rozwiązywać problemy, tylko je pogłębiała i stwarzała kolejne.

Rozpinanie kagańca oświaty

Szkoła w domu MEN wychowanie bez stresu stop indoktrynacji

Halina Flis-Kuczyńska rozmawia z Agnieszką K., matką trójki dzieci, z których najstarsze zakosztowało wszystkich niedogodności dużych szkół.

Jak wiele starań i dokumentów trzeba, żeby wyjąć dziecko ze szkoły, w której źle się czuje, i zapewnić mu naukę domową (czy mieszaną, jakkolwiek ona się nazywa)?

Najpierw trzeba znaleźć szkołę, która będzie chętna, żeby opiekować się dzieckiem w nauczaniu domowym. Bo chociaż uczymy się w domu to szkoła musi zorganizować egzaminy, wystawić legitymację szkolną itp. Najlepsze są szkoły, które się w tym specjalizują, ale wtedy trzeba nieraz daleko jeździć na egzaminy. Są też państwowe i prywatne szkoły pozytywnie nastawione do takich uczniów, ale zdarzają się też miejsca gdzie na homeschoolersów patrzą krzywo i te trzeba omijać. Ja mam starsze dziecko w szkole, która specjalizuje się w takim nauczaniu, a młodsze w małej prywatnej szkole, gdzie np. WF możemy mieć z klasą.

Kiedy pierwszy etap, czyli poszukiwanie szkoły mamy za sobą, trzeba przekonać poradnię psychologiczno – pedagogiczną, żeby wydała pozwolenie. To jest kilka wizyt u specjalistów i trochę papierkowej roboty. Słyszałam o osobach, które miały z tym jakieś trudności, ale ja nie spotkałam się z tym osobiście, więc niewiele na ten temat wiem. Potem jeszcze formalnie składa się podanie do dyrekcji umówionej wcześniej szkoły i już można się czuć na swobodzie.

Tych zabiegów jest sporo, więc pytam, dlaczego zdecydowała się pani na taki trud. Co się działo z dziećmi w szkole zwyczajnej, powszechnej, że się pani na to zdecydowała?

Tu powiem krótko. Przemoc rówieśników, w tym taka, która mogła się skończyć poważnymi urazami. Spychanie dużej i coraz większej części nauki na dom. W tej chwili przerobienie CAŁEGO dziennego programu zabiera nam tyle, ile przedtem odrabianie samej pracy domowej!

To był chyba główny powód. Ale mniejsza ilość infekcji i więcej czasu na inne zajęcia, to też wielki plus, a nie targanie ciężkiego plecaka – to przysłowiowa wisienka na torcie. Dla mnie stres spowodowany tym, że to na mnie spoczywa obowiązek przerobienia programu jest o wiele mniejszy, niż odpowiedzialność wobec szkoły, czyli wywiadówki, lasy jedynek za nieodrobione prace domowe (czasem po trzy jedynki za jedno zadanie), stałe straszenie za niską frekwencją, obowiązkowe dni galowe itp.

Ani ja, ani dzieci za żadne skarby nie wrócimy do zrywania się o świcie i przesiadywania wielu godzin w ławce. Do tego (przynajmniej w przypadku moich dzieci) wiadomości nauczone w domu okazują się trwalsze, nie trzeba na początku następnego roku robić powtórek z poprzedniego.

Jak wygląda nauka w domu?

U każdego trochę inaczej. U nas dzieci wybierają, czego się uczymy danego dnia, według własnego „apetytu na wiedzę”. Z reguły
uczymy się rano, ale dzień można też ustawić inaczej. Z młodszym (pierwszoklasistą) często lekcja odbywa się na dworze. Piszemy na ziemi, czytamy na szyldach i autobusach, a liczymy monety w sklepie.

Starszy syn (druga klasa gimnazjum) wymaga tylko wytłumaczenia tematu. Potem odpalamy platformę edukacyjną Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, która sama zadaje zadania, sprawdza je i zlicza ilość przerobionego programu.

Tak sobie radzimy z przedmiotami ścisłymi. W przedmiotach humanistycznych wspieramy się nauczycielami. Rosyjski mamy prywatnie, angielski z komputera, w polskim jest możliwa wsparcie nauczycieli ze szkoły. Nasza szkoła (Szkoły Moracza) ma system wsparcia nauczycieli szkolnych dla rodziców. Można też być homeschoolersem i w ogóle nie uczyć własnych dzieci. Społeczności rodziców budują w oparciu o ten system tzw. Szkoły demokratyczne, gdzie dzieci przychodzą codziennie, mają stołówkę i nauczycieli, ale też bardzo duży luz i rok kończy się egzaminami. U nas w sąsiedniej dzielnicy jest taka „Wolna Szkoła Ogórkowa”. Pewnie byśmy tam byli gdyby nie to że dojazd niewygodny. Inną opcją są szkoły, które organizują dla swoich uczniów zajęcia w trybie uniwersyteckim. Tak robi warszawski zespół szkół Benedykta. Są wykłady i zajęcia, na których można się uczyć, ale nie ma obowiązku. Obowiązkiem jest zdanie egzaminu.

Co dziecko zyskuje?

Gigantyczne odciążenie. Zamiast 30 lub więcej godzin tygodniowo przesiedzianych w szkole, wystarcza dwanaście. Zauważyłam, że tyle dokładnie się dostaje, kiedy dziecko zachoruje i przysługuje mu nauczanie indywidualne i to się sprawdziło – tyle rzeczywiście wystarcza. To oznacza około trzech godzin dziennie i to bez „prac domowych” po południu.

Oprócz tego ma wybór w uprawianym sporcie i w grupie rówieśniczej, w której przebywa. Mój starszy syn zdecydowanie woli tych kilku kolegów, z którymi ma wspólne zainteresowania i razem chodzą na modelarnię, niż kilkusetosobowy tłum w szkole.

Myślę też, że trening zdawania egzaminów przyda się później na studiach. Bo dla gimnazjalisty to są naprawdę wielogodzinne i wyczerpujące egzaminy, tyle że w przyjaznej atmosferze.

Czy ten typ nauki jest dostępny teraz, w szkole po reformie?

Jest, ale z ograniczeniami. Jest rejonizacja, pozwolenie można dostać tylko w państwowej poradni psychologiczno – pedagogicznej, a
nie – jak wcześniej – w każdej. Szkoła za ucznia w tym trybie dostaje mniej pieniędzy od Państwa.

Ale ponieważ homeschoolersów przybywa, szkoły wyspecjalizowane sobie radzą i ciągle można to robić nieodpłatnie, nawet z dodatkowym wsparciem i zajęciami.

Dziękuję. To może być pomocne rodzinom, które nie wiedzą, jak mogą pomóc swoim dzieciom, ujętym w karby systemu, który je dławi jak kaganiec…

Zdjęcie – z archiwum domowego naszej rozmówczyni. Podpis pod zdjęciem:
„Jak prawidłowo kreślić ósemkę? Pedagodzy zalecają najpierw zaczynać od dużych ósemek a potem stawiać coraz mniejsze. My dla hecy zajęliśmy całą podłogę i ćwiczyliśmy biegając. Była świetna zabawa.”

Byle jakie będą Rzeczypospolite

Na czatach reforma edukacji likwidacja gimnazjów

O planach PiS-u dotyczących polskiej szkoły wiadomo było niemal od początku. Wiadomo było, że PiS te plany wdroży pomimo permanentnego ich nieprzygotowania. Jest bowiem w projektach partii rządzącej coś na kształt nonszalancji, pewnej takiej dezynwoltury: co dla innych byłoby zaledwie wstępnym pomysłem czy zarysem idei, dla PiS jest dopiętym na ostatni guzik projektem gotowym do realizacji. Stąd hasło „Nie dla chaosu w szkole!”, które towarzyszyło od początku tym projektom, krzyk rozpaczy nauczycieli, rodziców, ekspertów od edukacji i samych uczniów.

Reforma min. Zalewskiej ma chyba nie tylko w moim skromnym odczuciu trzy zasadnicze cele – oszczędność, upartyjnienie szkolnictwa – od poziomu kuratoryjnego, poprzez dyrektorski, aż po nauczycielski, oraz zmiana priorytetów wychowawczych i pryncypiów edukacyjnych.

Oszczędność jest już dziś widoczna gołym okiem – zwalnia się tłumy nauczycieli i terroryzuje ich groźbą dalszych zwolnień. Powszechne nauczanie redukuje się o 1 rok (była sześcioletnia szkoła podstawowa plus trzyletnie gimnazjum, teraz będzie ośmioletnia podstawówka)… Oszczędność na edukacji oznacza krótszą i gorszą szkołę dla Polaków, co podnoszą wszystkie autorytety bijące na alarm przeciwko tej reformie.

O upartyjnieniu trudno cokolwiek dodać, poza tym, że szkołą upartyjnioną, ba! upartyjnionym szkolnictwem łatwiej rządzić. Nawet nie trzeba powoływać sekretarzy podstawowej organizacji partyjnej, bo tylko czekać, aż wymogiem zasadniczym zatrudnienia w szkole będzie przynależność do PiS, no, ostatecznie szczera sympatia.

A priorytety wychowawcze? Szkoła do tej pory zmierzała ku otwartości, ciekawości poznawczej, odkrywaniu świata, racjonalizmowi, umiłowaniu pokoju. Teraz ma się to odwrócić, co widać po podstawach programowych i planach lekcji. Będzie dużo katechizmu, apoteoza wojennego znoju i krwawej ofiary za ojczyznę, pedanteryjna historiografia Polski kosztem wiedzy o świecie, historii powszechnej.

Jaki człowiek zostanie ukształtowany tym sposobem? Wszystko zależy od nauczycieli. Pamiętamy wszak czasy komuny, kiedy także programy były przepełnione ideologią socjalistyczną, a mimo to nie wyrośliśmy na uległych sympatyków reżimu, przeciwnie, wielu z nas upadek komuny przyjął z aplauzem, euforycznie.

Edukatorzy zastanawiają się, na ile możliwe będzie odtworzenie drugiego obiegu edukacyjnego, jak w tamtych czasach, kiedy prawdziwą wiedzę zdobywało się nieoficjalnie, pokątnie. To nasi rodzice i szlachetni nauczyciele przekazywali nam wszystko, czego zabrakło w ówczesnych podręcznikach. Teraz może w tym pomóc internet, który uczynił ze świata globalną wioskę i spowodował, że dostęp do informacji jest daleko łatwiejszy, niż za PRL-u. Może więc nie ma co biadolić, tylko należy zacząć się organizować w dziele usuwania szkód i braków edukacyjnych, jakie zaproponowała min. Zalewska?

Wszyscy wiemy, że architektem wszelkich obecnych zmian w Polsce jest sam Jarosław Kaczyński. Dlaczego zapragnął cofnąć reformę edukacji wprowadzoną przez konserwatywny rząd Jerzego Buzka, który przywrócił gimnazja, i cofnąć szkołę do czasów PRL-u, fundując ośmioletnią podstawówkę?

„Niewiele brakowało, a nie zdałbym”. Tak Kaczyński opisał tajemniczy epizod w szkole.

Okazuje się przy tym, że Jarosław Kaczyński, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, miał dwóje aż z trzech przedmiotów: przysposobienia wojskowego, polskiego i angielskiego:
„Kaczyński miał dwóje i wyrzucili go z liceum? Seweryn: Byliśmy razem w szkole”.

Profesor Andrzej Jaczewski, który pracował wówczas w liceum, do którego uczęszczał Jarosław Kaczyński, opisuje szczegółowo, jak w sprawie jego promocji do następnej klasy interweniował kurator oświaty, sam Jerzy Kuberski (późniejszy minister oświaty):
„Jarosław Kaczyński nie zdał z X do XI klasy liceum. Dlatego mamy deformę szkolnictwa?”

Być może zatem główny architekt „dobrej zmiany” nie ma specjalnego nabożeństwa do edukacji i dlatego postanowił polską szkołę zdewastować.

Od ubiegłego roku śledzę z wielkim niepokojem wszystko, co się dzieje wokół oświaty w naszym kraju, ponieważ z wykształcenia jestem pedagogiem.

Ogólnopolski Dzień Protestu Nauczycieli – to spotkanie, zorganizowane m.in. przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 10 października 2016 roku, z udziałem przedstawicieli ugrupowań politycznych, ale nie tylko: przemawiała wówczas wzruszająco Maja Komorowska.

Nie dla chaosu w szkole! – to protest pod siedzibą MEN, w którym wzięły udział organizacje pozarządowe. 1 września 2016 wykrzyczeliśmy: „Nie dla rewolucji w oświacie, nie dla indoktrynacji politycznej uczniów, nie dla zmian w szkolnictwie, wprowadzanych bez konsultacji z nauczycielami, ekspertami, rodzicami i uczniami, nie dla centralnego ręcznego sterowania edukacją.”

23 sierpnia 2016 – wywiad z Arturem Sierawskim, który współuczestniczył w planach zorganizowania przez Związek Nauczycielstwa Polskiego szerokiej koalicji organizacji edukacyjnych sprzeciwiających się pospiesznej i nieuzasadnionej reformie oświaty zapowiedzianej przez PiS.

Relacja z Manifestacji ZNP pod hasłem „STOP REFORMIE EDUKACJI!” – przeciwko planom niszczenia dorobku polskiej oświaty, 19 listopada 2016:

Pamiętamy, jak wielu z nas z wielkim zapałem zbierało podpisy pod projektem referendum w sprawie reformy oświaty, a następnie cała ta nasza praca poszła na przemiał. PiS nie życzył sobie referendum w tej sprawie, głos suwerena tym razem został zignorowany, bo nie był zgodny ze stanowiskiem jedynie słusznej partii, która postanowiła jednak tę „deformę” wdrożyć…

Dziś jesteśmy w innej rzeczywistości – polska szkoła zmienia się na naszych oczach, dzięki min. Zalewskiej.

Zdesperowani rodzice, zrzeszeni pod hasłem „Rodzice przeciwko reformie edukacji” piszą: „Niestety nasze obawy się potwierdziły. Mimo protestów, manifestacji, strajków i 910 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum, zła reforma weszła w życie.”

I co dalej?

Zdjęcie pochodzi ze strony „Rodzice przeciwko reformie edukacji” 

Religia i martyrologia zamiast wiedzy o świecie

Nie dla czaosu w szkole w obronie nauczycieli ZNP Na czatach

Dziś przedstawiamy to, co zebraliśmy dla was na temat reformy szkolnej, według której od sześciu tygodni pracują polskie szkoły podstawowe, resztki klas gimnazjalnych i licea. Zamieszanie duże, koszt niemały , rezultat mocno wątpliwy. Przemieszczenia uczniów, zamęt wśród nauczycieli, niepotrzebne wydatki, to po jakimś czasie zostanie opanowane.

Pozostaną nowe programy, które przestraszają. Dużo religii, dużo martyrologii, mało wiedzy o świecie i przyrodniczej. Nie tak kształcone dzieci i młodzież chcielibyśmy mieć. Protesty były? Były.

W październiku 2016 Związek Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Nie – dla chaosu w szkole” zorganizował protest w miastach wojewódzkich. Protestujący żądali odstąpienia od likwidacji gimnazjów i od powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej, argumentując, że po początkowym zamieszaniu gimnazja okrzepły, zostały dobrze wyposażone i nie stanowią obciążenia. Przeciwnie, stały się wartością powszechnej oświaty.

Reformy to nie zatrzymało. Kolejny protest odbył się wiosną tego roku. W ogólnopolskim strajku. Podobnie jak za rządów ministra Giertycha przed 10 laty, kiedy strajkowało 60 procent szkół.

Tym razem decydować się na udział w strajku było trudniej. W szkołach na Pomorzu dawano nauczycielom do podpisania oświadczenia, że do strajku nie przystąpią. Wiadomo było od razu, że kto nie podpisał, ten wróg. Nauczycielska Solidarność była przeciw strajkującym, oskarżając ich w niektórych oświadczeniach, np. w liście do nauczycieli w Radomsku, że strajkując są przeciwko rządowi, czyli przeciwko naprawie państwa. Na Śląsku do szkół w przeddzień strajku zaglądała policja.

Kuratoria domagały się list strajkujących, przecież nie po to, żeby ich pochwalić. Ostatecznie dużo szkół się wycofało, szczególnie na Podkarpaciu, bastionie PiS.

Ostatniego dnia marca tego roku, mimo nacisków na dyrektorów szkół i nauczycieli, mimo gróźb pod ich adresem, zastrajkowało 7 tysięcy szkół, czyli 37 procent placówek. Opór nauczycieli przeciw reformie łamano nie tylko groźbami. Zapowiadano też marchewkę – 15 procentowe podwyżki płac. Ale nie będzie ich od razu. Mają być na razie 5 procentowe. Dla najlepszych nauczycieli dyplomowanych z dłuższym stażem przewidziane były nagrody w wysokości 500 złotych, czyli nauczycielskie 500+. I mają być, ale też później, dopiero od 2022 roku. Ci nauczyciele, których obietnice zniechęciły do narażania się oporem przeciw reformie, czują się dotknięci, omamieni
zapowiedziami raju, którego nie ma.

Środowisko nauczycielskie realizuje teraz reformę, w której sens wątpi i której skutków się obawia. Opowiemy wam o niej wszystko, co dostrzegliśmy z naszej małej czatowni.