Minął rok…

Kiedy Halina Kuczyńska poprosiła mnie, bym podzielił się z Wami swoimi wspomnieniami z minionego roku, zakłopotałem się – działo się przecież tyle, że trudno z mnogości zdarzeń wyekstrahować te najważniejsze, każdy tydzień przynosił zwroty w akcji, których Hitchcock mógłby Obozowi Dobrej Zmiany pozazdrościć. Napięcie ciągle rosło…

Jednak udało się – trzy wątki chciałbym wspomnieć, każdy z nich ma swoje równorzędne dla rozwoju wydarzeń, także w przyszłości, znaczenie.

Skończony demontaż Trybunału Konstytucyjnego

Nie wszystko załatwiono w 2016 roku, gdy w grudniu odszedł po zakończeniu kadencji Andrzej Rzepliński. Na swoim miejscu pozostał wszak znienawidzony przez PiS wiceprezes Stanisław Biernat, którego kadencja upłynąć miała w czerwcu. Powołana przeze prezydenta niezgodnie z PiS-owską ustawą mgr Julia Przyłębska słusznie uznała, że tę przeszkodę trzeba usunąć. Jak? Zgodnie z kodeksem pracy – wysyłając na zaległy urlop. Zaś pozostałym sędziom, tym wybranym zgodnie z konstytucją i ustawami, utrudnił uczestnictwo w orzekaniu prokurator generalny – Zbigniew Ziobro. Też magister. To pewnie duża frajda, gdy słaby magister może pomiatać profesorami. Frajda psychopaty…

Nędza nowego, zdeformowanego Trybunału z całą jaskrawością ukazało postanowienie (nie ma określenia na decyzję nielegalnego, z punktu widzenia litery Konstytucji – rozstrzygnięcia) z 24 października 2017 r. o odrzuceniu wniosku Adama Bodnara o wyłączenie ze składu orzekającego w sprawie K 1/17 dr. hab. Mariusza Muszyńskiego i prof. Henryka Ciocha. Skład z ich udziałem orzekł, że mają dalej orzekać. Inaczej mówiąc Cioch i Muszyński orzekli, że Cioch i Muszyński zostali właściwie wprowadzeni do Trybunału. W ten sposób wyprowadzili nas z europejskiej kultury prawnej, negując podstawową jej zasadę – nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Ma to fundamentalne znaczenie dla innych wyroków, które będą z tego właśnie powodu kwestionowane, jako „non est”.

Wykańczaniu Trybunału, co było warunkiem kolejnych deform państwa coraz wyraźniej zaprowadzających policyjny porządek w państwie, towarzyszyła walka o Sąd Najwyższy, Krajową Radę Sądownictwa i sądy powszechne.

Bez uczciwych, bezstronnych, niezależnych sądów nie ma mowy o pełnej demokracji i przestrzeganiu podstawowych, gwarantowanych przez konstytucję praw obywatelskich. W tym kontekście moja pamięć zatrzymała dwa bardzo ważne wydarzenia: łańcuch światła 21 lipca, który w całym kraju zgromadził setki tysięcy ludzi, manifestujących swoje przywiązanie do równowagi władz, niezawisłości sędziów i zaufanie do takich osób, jak I Prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf, która w swoich wystąpieniach dawała wyraz sprzeciwu wobec planów i czynów Prawa i Sprawiedliwości.

Dlatego tak przykry był ogłoszony jesienią jej projekt wprowadzenia do Sądu Najwyższego ławników, „którymi mogą być również osoby duchowne posiadające odpowiednie kwalifikacje zawodowe.”

Późniejsza rozpaczliwa walka M. Gersdorf z prezydencko-pisowkim projektem ustawy o Sądzie Najwyższym nie mogła zrównoważyć utraty szacunku spowodowanego niewydarzonym i nieprzemyślanym projektem. Zwłaszcza, że został całkowicie zlekceważony i przemilczany przez obóz władzy.

Trzeci wątek, który uważam za istotny, to wydarzenie po stronie opozycji – wypadnięcie Komitetu Obrony Demokracji na margines, co kwitowałem swoimi tekstami w Studio Opinii, ale najlepiej – bo skrótowo – w komentarzu pod jednym z nich skomentował „Narciarz”:

„Trzeba zaakceptować fakty. Taki rząd, jacy obywatele. Taka opozycja, jacy obywatele. To dotyczy także KODu. Taki KOD, jacy obywatele. Kłótliwi. Titanic tonie, a oni się sprzeczają o stolik w restauracji z najlepszym widokiem na wodę w sąsiednim pokoju. A powinni razem naprawiać szalupę.”

No właśnie, mam nadzieję, że nie tylko KOD, Obywatele RP, Akcja Demokracja, Odnowa, Inicjatywa Wolne Wybory oraz cała opozycja w 2018 roku ze zdwojoną energią wspólnie zabierze się do naprawy ORP „Polska”.

Rok skończony – rok zaczęty

Rok miniony był tak dobry gospodarczo, jak był zły w polityce. Rok 2018 będzie pierwszym wyborczym sprawdzianem nowej władzy – jesienią wybieramy samorządy.

Od stycznia do grudnia, z przerwami, trwały demonstracje w obronie niezawisłości sądów i niezależności sędziów. Bezskuteczne. Za uczestnictwo w nich kilkuset obywateli zostało ukaranych, dalsi czekają na wynik prowadzonego przeciw nim postępowania, a trybunały poddane zostały rządowej kontroli.

Finał roku 2017 przyniósł nowego premiera i zapowiedź zmian w rządzie . Jednak zanim one na początku stycznia 2018 nastąpiły, premier Mateusz Morawiecki pojechał w pierwszą podróż, do Torunia, do księdza Rydzyka, z prośbą o błogosławieństwo i o dalszą pomoc potęgi medialnej tego redemptorysty.

Potęga ta jest wielka. Sondaż CBOS ogłoszony 4 stycznia, przyniósł glorię dla rządów Prawa i Sprawiedliwości: obywatele obdarzani pieniędzmi z programu 500+, karmieni propagandą Radia Maryja i telewizji Trwam na przemian z rządową telewizją, wierzą, że w kraju dzieje się wspaniale Uznali rok 2017 najlepszym rokiem od przełomu 1989.

Tymczasem w Brukseli tracą do nas cierpliwość, widząc systematyczne naruszanie w Polsce zasad praworządności, dodatkowo obrażani fochami byłej premier Beaty Szydło, pisowskich europarlamentarzystów i znanego już z zamiłowania do brutalnych odezwań ministra Szyszki, w rozprawach o wycinkę Puszczy Białowieskiej przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu obrażającego sędziów.

Jakkolwiek nie należy do obyczaju naszego rządu poczuwać się do winy w sprawach naruszania zasad demokracji, jednak uruchomienie artykułu 7-go przeciwko Polsce jest niewygodne dla rządzących i nowy premier oraz nowy szef dyplomacji starają się posługiwać językiem bardziej kulturalnym. To oczywiście nie wystarczy aby dalsze procedury dyscyplinujące Polskę zatrzymać. Potrzebne jest zyskanie sojuszników. Premier odbył pielgrzymkę do Budapesztu z prośbą o wsparcie.

Przespacerował się po dywaniku przed kompanią honorową wojska i kilka łaskawych słów od Victora Orbana usłyszał.
Tak wygląda znak czasu. Nasi premierzy nie do Moskwy, jak w PRL, nie do Rzymu, jak w III RP, ale do stolicy Węgier jeżdżą z symbolicznymi wizytami, ograniczonej do sfery języka. Polska polityka w rękach dziwnego człowieka z Żoliborza karleje. Czas wystąpienia Lecha Wałęsy przed obiema izbami amerykańskiego parlamentu, zaczynającego dumnymi słowami „My-naród” opowieść o obaleniu komunizmu w Europie środkowej, pozostaje pięknym, ale historycznym wspomnieniem.

Dziś Polska jest kłopotem Europy, a dla nas, obywateli, powodem do obaw i zażenowania.

Mając zgodę prezesa na zmiany w rządzie, Mateusz Morawiecki zdymisjonował najbardziej szkodliwych i mocno znienawidzonych ministrów, w tym niesławną trójcę : Antoniego Macierewicza, ministra Obrony, Konstantego Radziwiłła, ministra Zdrowia, oraz Jana Szyszkę od Środowiska. Ci trzej wyrządzili duże szkody powierzonym im : Armii, Służbie Zdrowia i Przyrodzie.

Nie zmienia to niczego, gdyż wybrani nowi nominaci są tą samą kierowani ręką i będą postępowali tak, jak poprzednicy. Widać to z ich pierwszych poczynań i wypowiedzi.

Wrażenie zmiany, ograniczone de sfery języka, powstało na propagandowy użytek . Krajowy, dla ocieplenia wizerunku przed wyborami, zagraniczny – dla złagodzenia nastrojów niesmaku w Brukseli… Dla nas, tubylców, stare dzieje. Zakończono prace nad ordynacją wyborczą, dającą pełny nadzór nad przebiegiem i liczeniem wyników wyborów – politykom rządzącej partii.

Nie kończy się prac na budżetem . Zapewne celowo . Sondaże są tak dla PiS korzystne (ponad 40 procent poparcia!), że może zamiarem rządzących jest niezatwierdzenie budżetu, aby skorzystać z okazji rozwiązania parlamentu? Nowe wybory przy tak wysokim społecznym poparciu mogą dać większość konstytucyjną. Nowa konstytucja, to koniec wypominania władzy, że poprzednią nieustająco łamała… Nęcące to rzeczy, chociaż ryzykowne, i być może są nam szykowane.

Przeszkód nie widać. Opozycja nie jest w stanie nawet zagłosować nad projektem obywatelskim w sprawie edukacji seksualnej, dostępności antykoncepcji oraz liberalizacji przepisów aborcyjnych. Zabrakło 9 głosów, aby projekt przeszedł do dalszych nad nim prac w komisjach. Praca tysięcy kobiet nad zbieraniem podpisów poszła na marne. Jednym posłom się głosować nie chciało, inni się bali, choć nie wiadomo, czego?

Zapytaliśmy naszych czytelników o ich ocenę minionego roku i o przewidywania, co też nam przyniesie rok zaczęty. Sporo osób odmówiło, obawiając się utraty pracy, albo innych represji. Inni, bo nie uznali za ważne napisanie do tak skromnego medium. To także znak czasu. Wiadomo, że kiedy umiera wolność, jej miejsce zajmuje strach, a ludzie muszą żyć i chronić swoje rodziny. Trudno mieć o to do nich pretensje.

Trochę osób jednak odpowiedziało. Przeczytajcie, bo to ciekawe teraz, a będzie jeszcze ciekawsze za rok.

Piątka na Czatach (3)

Kolejne wydanie NaCzatach.pl mówi o destrukcji systemu edukacji zaserwowanej nam przez partię rządzącą dla niepoznaki nazywaną reformą edukacji. To trzecie wydanie naszego serwisu publicystycznego. Proponujemy Państwu rzetelną informację i pogłębioną analizę. W świecie pędzących newsów i kilkugodzinnych sensacji chcemy lepiej zrozumieć ważne sprawy, które się wokoło nas dzieją. Chcemy je zrozumieć razem z Państwem.

Wierzymy że razem, zatrzymując się na chwilę i podejmując pogłębioną refleksję, możemy zbliżyć się do prawdy. Zwłaszcza, że do współpracy udaje nam się zaprosić osoby, które poruszane tematy znają naprawdę dogłębnie i od wielu lat.

Liczymy, że zostaniecie Państwo z nami, mimo że nasze wydawnictwo nie jest na razie regularne. Zaczęliśmy jako piątka znajomych, którzy uznali, że trzeba się sprzeciwić zalewowi pseudo-informacji i manipulacji podpieranej ideologią.

Edukacja to przyszłość społeczeństwa. Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie – mówił w XVI wieku Jan Zamoyski. Czy uda się partii i politykom wychować nowego człowieka, uformowanego na ideologiczne zamówienie, na podstawie zmanipulowanej informacji i programów nauczania podporządkowanych dążeniu do władzy i poszerzaniu wpływów. Nie pierwszy to raz w historii Polski ktoś próbuje nas w ten sposób uformować. W czasie zaborów to rodzice uczyli swoje dzieci prawdy, kultury, języka. Podczas okupacji organizowano tajne komplety. W PRL-u prawda była przekazywana przez podziemne wydawnictwa, pamięć rodziców i dziadków, nielicznych odważniejszych nauczycieli.

Jak będziemy sobie radzić teraz? To się okaże. Ale jedno już wiemy z doświadczenia – na pewno nie damy się uformować. Homo sovieticus u nas się nie uformuje. Bo wolność i niezależność mamy w genach.

A jednak warto wiedzieć, co nam rządzący szykują. Nam, naszym dzieciom i wnukom. Tak łatwiej będzie się nam przygotować i ochronić to, co najważniejsze. Dlatego przedstawiamy Państwu rzetelne opracowania na temat faktycznego kierunku zmian w systemie edukacji narzuconych nam przez partię wbrew woli rodziców, nauczycieli i dzieci.

A kim my jesteśmy? Oto nasza piątka:
Halina Flis-Kuczyńska – redaktor naczelna
Danuta Kuroń – patronat
Mateusz Kijowski – redaktor prowadzący
Paweł Barański – sekretarz redakcji
Przemysław Wiszniewski – wydawca

Reforma czy gra o tron?

Na czatach Jacek Dubois o reformie sądownictwa PiS

Prezydent złożył Marszałkowi Sejmu dwa projekty ustaw: projekt ustawy o Sądzie Najwyższym oraz projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. O potrzebie reformy sądów mówi się po obu stronach politycznej barykady. Reforma z definicji ma na celu ulepszenie istniejącego stanu rzeczy. Czy rozwiązania zaproponowane przez Prezydenta zapewniają zmianę na lepsze? Przyjrzyjmy się, jakie będą skutki wejścia w życie takich rozwiązań prawnych.

W projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym zaproponowano regulację, zgodnie z którą sędzia Sądu Najwyższego przechodzi w stan spoczynku, co do zasady, w wieku 65 lat. Nie budzi to najlepszych skojarzeń. W 1983 r. wybitny adwokat Władysław Siła-Nowicki – członek Komitetu Obrony Więźniów powołanego przez Komisję Koordynacyjną Porozumiewawczą „Solidarności”, ekspert Krajowej Komisji i doradca Lecha Wałęsy, obrońca w licznych procesach politycznych – zmuszony został przez ówczesną władzę do przejścia na emeryturę po ukończeniu 70. roku życia.

Po 34 latach w ten sam sposób Prezydent usiłuje pozbyć się I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która została powołana na sześcioletnią kadencję w 2014 r. Skrócenie kadencji I Prezes Sądu Najwyższego jest niekonstytucyjne (zob. art. 183 ust. 3 Konstytucji) i tworzy niepokojący precedens, na mocy którego można skrócić kadencję dowolnego organu państwowego. Bliźniaczo podobna sytuacja miała miejsce nie tak dawno na Węgrzech, gdzie na mocy przepisów wprowadzających nową ustawę zasadniczą z dniem jej wejścia w życie na trzy i pół roku przed terminem wygasła kadencja prezesa Sądu Najwyższego Andrása Baka. Sprawa została rozpatrzona przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu (Baka przeciwko Węgrom – wyrok Wielkiej Izby ETPC z dnia 23 czerwca 2016 r., skarga nr 20261/12). Trybunał w swoim rozstrzygnięciu stwierdził m. in., że z zasad niezawisłości i bezstronności sądów oraz nieusuwalności sędziów wynika domniemanie ochrony prawa sędziego do pełnienia swych funkcji przez całą kadencję, na którą został powołany. Trudno takie stanowisko Trybunału podważać. Doświadczony i mądry sędzia powinien mieć możliwość sprawowania swojej funkcji jak najdłużej.

Z kolei pomysł wprowadzenia skargi nadzwyczajnej od każdego prawomocnego orzeczenia to nie tylko przedłużenie postępowań poprzez stworzenie „czwartej instancji”. To przede wszystkim zniweczenie jakiejkolwiek pewności obrotu. Po co sądy mają orzekać, skoro żaden wyrok „prawomocny” nie będzie trwały? Objęcie skargą nadzwyczajną orzeczeń sprzed wejścia w życie ustawy jest natomiast świetnym narzędziem politycznej walki. Przy jego wykorzystaniu można w zależności od potrzeby chwili doprowadzić do skazania niewinnych i ułaskawienia skazanych. Co za tym idzie można tworzyć historię na nowo. W świetle proponowanych zmian czymś zupełnie normalnym stanie się czwartoinstancyjne rozpoznanie dawno zakończonych procesów. Jeśli prezydencka ustawa wejdzie w życie, usłyszymy o ludziach, którzy na podstawie zapadłych wyroków ułożyli sobie wszelakie stosunki, w tym majątkowe i rodzinne, a teraz są przejęci trwogą, że wszystko to mogą utracić w majestacie prawa.

Wprowadzając element społeczny Prezydent proponuje, by w Sądzie Najwyższym orzekali także ławnicy. Co do zasady instytucja ławników to dobry pomysł, pod warunkiem jednak, że – jak w Stanach Zjednoczonych ława przysięgłych – ławnicy zajmują się oceną faktów. Tymczasem Sąd Najwyższy jest sądem prawa. Ławnicy jako niefachowcy nie będą kompetentni, by oceniać sprawy z perspektywy naruszenia prawa, podobnie jak hydraulicy (za wyjątkiem Leonarda Susskinda, profesora fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Stanforda, który zaczynał jako hydraulik) nie będą kompetentni do oceny osiągnięć Alberta Einsteina.

Najważniejszą z perspektywy władzy planowaną zmianą jest jednak powołanie nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. To właśnie ta izba, kadrowo zbudowana przez nową upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa – będzie rozstrzygać o ważności wyborów. A to pachnie już gomułkowskim: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, ale w białych rękawiczkach.

W prezydenckim projekcie nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa mowa jest o wybieraniu członków tego gremium większością 3/5 głosów w Sejmie. Gdy w terminie 2 miesięcy Sejm nie wybierze kandydatów do KRS, wyboru spośród zgłoszonych kandydatów ma dokonać prezydent. Niekonstytucyjność zmian dotyczących Krajowej Rady Sądownictwa zauważył sam Prezydent i zaproponował, że w związku z tym zmieni także ustawę zasadniczą. Jasne jest zatem, że Konstytucja w jego mniemaniu jest de facto aktem niższego rzędu, skoro można ją dowolnie zmieniać pod dyktando – pisanej „na kolanie” i bez konsultacji ze środowiskiem prawniczym – ustawy. Jest to kolejna odsłona niebezpiecznej idei prof. Stanisława Ehrlicha, który źródła legitymizacji władzy upatrywał w woli politycznej, a nie w prawie, któremu nawet władza musi się bezwarunkowo poddać.

Należy sobie jednak zadać pytanie o cel takich zmian w trybie wyboru członków KRS. Posłużmy się wymowną analogią: w jaki sposób dochodzi do ustawiania wyników meczów piłkarskich? Najczęściej poprzez ulokowanie na boisku „swojego” sędziego. A zatem celem władzy jest wstawienie do KRS „swoich” funkcjonariuszy. Odpowie ktoś: przecież to wciąż są sędziowie, ludzie o nieskazitelnym charakterze i najwyższych przymiotów moralnych! Tak, należy jednak pamiętać, że – jak zauważyła prof. Ewa Łętowska – sędziowie są krew z krwi kość z kości narodu polskiego. Nie mówimy, że każdy sędzia zachowa się niegodziwie po wejściu w życie proponowanych przez Prezydenta zmian. Mówimy jedynie o zwiększeniu prawdopodobieństwa zachowania się przez sędziego w sposób nielicujący z jego niezawisłością.

Krok w stronę upolitycznienia sądów może skończyć się bardzo źle. Przykładem stalinowskie sądy, gdzie również orzekali sędziowie. Wystarczy zajrzeć do książki „Widziane z ławy obrończej” Anieli Steinbergowej, by zobaczyć, jak asystent na Wydziale Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, radca prawny Banku Dyskontowego, adwokat i przedwojenny sędzia zamieniają się w zbierających śmiertelne żniwo sędziów-funkcjonariuszy w powojennych procesach politycznych, w których naruszenie praworządności sądzenia jest tak oczywiste, że aż kłuje w oczy. Ideałem dla władzy tego rodzaju jest sytuacja, w której nie ma nawet potrzeby wywierania nacisków na sędziów. Wystarczy, że atmosfera jest jasna, a wymagania stawiane im przez władzę – znane. Wówczas sędziowie wykonują swoją pracę w sposób pozornie niezawisły, jak Grimaud – pachołek Atosa w słynnej powieści płaszcza i szpady, którego pan nauczył spełniać rozkazy „za najmniejszym gestem lub ust poruszeniem”.

Tymczasem Sądy są strażnikiem obywatela i chronią przed wszechmocą państwa. Mają za zadanie reagować wówczas, gdy władza narusza elementarne zasady. Prezydenckie ustawy stanowią zagrożenie dla tego modelu, skoro sądy będą uzależnione od władzy ustawodawczej i wykonawczej.

***

Po zawetowaniu dwóch ustaw dotyczących polskiego sądownictwa, przyjętych głosami parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, Prezydent zapowiedział, że przedstawi własną wizję. Mówiąc obrazowo, o ile rozwiązania zawarte w projektach poselskich mordowały Konstytucję, o tyle regulacje opracowane przez Prezydenta pozostawiają ustawę zasadniczą dotkliwie pobitą. Niestety zaproponowane przez Prezydenta zmiany legislacyjne są próbą totalnego przejęcia władzy sądowniczej i podporządkowania jej, wbrew monteskiuszowskiej idei, legislatywie i egzekutywie. Z całą pewnością takie działania nie mogą być nazwane reformą, a negatywne skutki wejścia w życie opisanych rozwiązań prawnych dotknąć mogą każdego, kto zetknie się z sądami.

Koszt wyjścia z UE. Przykład Wielkiej Brytanii

Halina Flis-Kuczyńska ostrzega przed samoizolacją Polski w Unii

Zaczęło się od narzekań na niedobre ograniczenia narzucane przez Brukselę, na zalew kraju przez imigrantów. Na wysokie koszty funkcjonowania Anglii w Unii Europejskiej. Referendum za wyjściem czy pozostaniem, przy mocno rozgrzanych nastrojach, dało wynik ponad 51 procent za wyjściem. Prawie natychmiast Anglicy chwycili się za głowy: co myśmy najlepszego zrobili? Ale Brexit został postanowiony i procedury wyjścia trwają.

Według doniesień prasowych z zeszłego roku brytyjskie ministerstwo finansów przewidziało , że w zależności od korzystniejszych lub mniej życzliwych dla Anglii wyników negocjacji rozwodowych z Europą, czyli od miękkiego lub twardego Brexitu, gospodarka może stracić od 38 do 66 miliardów funtów rocznie, a jej PKB spadnie o 5 do 9 procent w stosunku do poziomu, jaki osiągałaby pozostając w UE.

Dostęp do wspólnego rynku jest dla gospodarki konieczny. Korzystanie z jego przywilejów wymaga od krajów spoza wspólnoty wnoszenia opłat. Płacą Szwajcaria i Norwegia, podporządkowując się jednocześnie regułom tego obszaru, chociaż nie będąc członkami wspólnoty nie mają głosu w tworzeniu jej reguł. Do takiego statusu spadnie Anglia.

Ponadto istnieją podjęte wcześniej zobowiązania, takie jak składka za lata 2014-20, z okresem płatności do 2023 roku, kiedy to przewidziane jest ostateczne wyjście Wielkiej Brytanii z UE. To są dalsze dziesiątki miliardów euro.

Dwie dotychczasowe tury rokowań rozwodowych nie były łatwe dla żadnej ze stron. Jednak nawet gospodarczo tracąc wiele, Wielka Brytania z arsenałem atomowym, w swojej wspaniałej izolacji na wyspie, o bezpieczeństwo granic czy sąsiedzki atak martwić się nie musi.

Z nami jest inaczej. Dla nas w perspektywie krótszej ważny jest i dostęp do wspólnego rynku, i fundusze płynące do gospodarki, szczególnie szczodrze do rolnictwa. Jednak najważniejszą korzyścią z członkostwa w Unii Europejskiej, o której mniej się myśli na co dzień, jest bezpieczeństwo kraju.

Będąc w Sojuszu Atlantyckim i w Unii jesteśmy bezpieczni. Poza Unią – osamotnieni. I nie wiadomo, czy nie bezbronni. Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa w pełni przewidywalne nie są. Z programu tarczy antyrakietowej wycofały się dawno, mamy jedynie obietnice sprzedania Patriotów. Z zalążków tworzącej się armii europejskiej wycofaliśmy naszych oficerów. Armia polska nie rośnie w siłę, wszystkie modernizacje sprzętowe pochodzą z czasu poprzednich rządów. PiS unieważniło przetarg na śmigłowce, nie ma łodzi podwodnych ani nowocześniejszych czołgów.

Trwają dziwne zmiany kadrowe. Wyrzucono z wojska wielu doświadczonych oficerów, kilkuset pułkowników, 36 generałów, jedną trzecią generalskiego korpusu. Zmiany i szybkie awanse nowych ludzi dzieją się na wszystkich szczeblach wojska.

Spod wpływów Rosji wydobyliśmy się niedawno i nie ma powodu sądzić, że ten wielki kraj pogodził się z tym i nie miałby ochoty podporządkować nas sobie ponownie. Niekoniecznie zbrojnie. Może wpływać, i są powody sądzić, że już w strefie obronności wpływa, na polskich decydentów i na naszą opinię publiczną. Poza Unią jak moglibyśmy się temu przeciwstawić? Wołając na pomoc Amerykę? Ale i w Ameryce mają kłopot z rosyjskimi wpływami.

Pojawiła się mocarstwowa teoria Trójmorza. Nie da się stworzyć potęgi militarnej i gospodarczej z 12 niewielkich państw, zwłaszcza że nie byłby to twór spójny, np. Słowacja już się od niego odcina. Może to być porozumienie państw korzystne gospodarczo w przyszłości, po wykonaniu dużej pracy nad tym związkiem, i bez intencji stawania przeciw Europie.

Ile byśmy na opuszczeniu Unii gospodarczo stracili? Podobnie jak Brytyjczycy, tylko proporcjonalnie więcej. Anglia to płatnik netto, wychodząc z Unii coś traci, ale i coś zaoszczędza. My wychodząc tylko byśmy tracili. Jesteśmy biorcą pieniędzy. Więcej z Europy dostajemy, niż do niej wpłacamy.

Na Brexicie, sami nie wychodząc ze wspólnoty, gospodarczo tracimy już. Podmuch tamtego rozdarcia sięga nas tym, że nowy europejski budżet będzie mniejszy, mniejsza też cząstka przypadająca nam. W dodatku wojując uparcie z Brukselą o Trybunał Konstytucyjny, o imigrantów, o nieprzedłużanie kadencji Donalda Tuska, o sądy, wreszcie sprzeciwiając się postanowieniom Trybunału Europejskiego z Luksemburga w sprawie wyrąbywania Puszczy Białowieskiej, tracimy sympatie i wpływy.

Przy dzieleniu pieniędzy na następne okresy nikt nie będzie miał powodu sprzyjać naszemu dotychczasowemu uprzywilejowaniu, wypracowanemu przez poprzednią ekipę rządzącą.