Teraz też, nie może nam być wszystko jedno

Krótko przed rozpoczęciem obrad „Okrągłego Stołu”, w których brałem udział w pracach Podzespołu ds. Górnictwa, odpiąłem opornik zapięty w klapie marynarki i schowałem do szuflady. Uznałem wówczas, podobnie jak miliony Polaków i tysiące opozycjonistów i działaczy Solidarności, że dokonują się rzeczy wielkie w Polsce, a człowiek miał poczucie, że uczestniczy w tworzeniu czegoś niezwykłego. Jeszcze nie byliśmy pewni, że rozpoczynamy proces ustrojowej transformacji i budowania demokratycznego państwa prawa, obywatelskiego społeczeństwa i gospodarki rynkowej. Ale czuliśmy, że idziemy drogą, na której gdzieś na końcu widnieje tabliczka z napisem „wolność”, choć pewności, że tam dojdziemy nie było żadnej.

Po 27 latach od tamtych historycznych wydarzeń, nie sądziłem, nawet w snach, że sięgnę po ten opornik, jako symbol sprzeciwu i protestu raz jeszcze dziś, w wolnej i demokratycznej Polsce. Piszę o tym nie dlatego bym w jakimkolwiek stopniu porównywał, bo tego nie wolno czynić, dzisiejszą Polskę i to co się dziś dzieje, z tamtymi historycznymi i dramatycznymi wydarzeniami. To co się wówczas wydarzyło, czyli obalenie systemu totalitarnego, dające początek budowania demokracji, z czego ogromna większość Polaków jest od lat dumna, a co także doceniła Europa i świat, to wielkie święto demokracji, które mocno zostało zakodowane w świadomości Polaków, zwłaszcza mojego pokolenia.

Minął rok 2017. To już ponad 2 lata rządów #dobrejzmiany. Ale dla bardzo wielu Polaków, dla większości moich Rodaków, to żadna dobra zmiana. Oceniając rząd Premier Beaty Szydło niesuwerennej przecież w swych decyzjach, zasadnym byłoby użycie kilku przymiotników. Z jednej strony, że jest to od 2 lat rząd fatalny dla Polski, najgorszy po 1989, a z drugiej racje będą mieli ci, którzy twierdzą, że był doskonały dla PiS-u i #misiewiczów.

Podsumowując miniony rok, a trudno to uczynić w oderwanie od całościowego bilansu rządów PiS, osobiście najbardziej odpowiada mi przyrównanie tego, co wyrabiają rządzący do PRL-PiS. Przeżyłem w tzw. Komunie 35 lat i wiem, że rzeczywistą władzę w PRL-u sprawował I-wszy Sekretarz PZPR. Dziś od 2 lat sprawuje ją Prezes Kaczyński. I to sprawuje pozakonstytucyjnie, bez jakiejkolwiek odpowiedzialności, chcąc za pomocą 19 % wyborców, stworzyć dla wszystkich Polaków, od podstaw zupełnie nowe państwo, zupełnie inne niż to, które od 28 lat budujemy. Skrojone według jego własnych urazów, wyobrażeń i mitów. To próba zawłaszczenia państwa, które miało służyć wszystkim obywatelom, czyli taki PRL-PiS.

Jak w PRL-u naruszono trójpodział władzy, zniszczono niezależność TK i sądów, przeprowadzono kadrową wymianę i upartyjnienie państwa. Jak w PRL-u podporządkowano prokuraturę rządowi i zawładnięto mediami publicznymi. Komunistyczny slogan „dyktatura proletariatu” PiS zastępuje figurą „suwerena”. Tak jak w PRL-u nie liczy się fachowość, ale partyjna rekomendacja. Minione 2 lata, to czas #misiewiczów i #pisiewiczów i to w najbardziej pazernym wymiarze. Widzimy promocję miernot, inwazję chamstwa, zemsty. pogardy i lumpiarstwa. Jak za PRL-u nastąpiła samoizolacja i utrata pozycji Polski w UE i na świecie. Polska dyplomacja okazała się totalną klęskę. Wystarczyły zaledwie 2 lata, by rząd polski, bo przecież nie Polska, swym nieodpowiedzialnym, nieprzewidywalnym i aroganckim postępowaniem zdemolował pozycję i wizerunek Polski. Obraził, zlekceważył i poniżył najważniejszych partnerów we Wspólnocie Europejskiej i na świecie.

Rządzący dziś Polską w sojuszu z większością kościoła katolickiego stali się w ciągu minionych 2 lat gigantycznym rozczarowaniem, żenadą, głupotą, zagrożeniem i głównym problemem UE, która, reagując na łamanie zasad stanowiących jej fundament, będzie ograniczała dotacje, a może nawet nałoży sankcje, bo procedury już rozpoczęła. W polityce wewnętrznej przy pomocy teoretycznego prezydenta, PiS zniszczył budowane przez dziesięciolecia instytucje polskiej demokracji, gwałcąc Konstytucje i dewastując państwo prawa. A zatem podsumowując, minione 2 lata, to nie był dobry okres dla Polski, to w praktyce jest restytucja PRL-u w jego skrajnej narodowo-populistycznej odmianie. Od wprowadzenia bowiem #dobrejzmiany i „podnoszenia Polski z kolan” następuje de facto zwijanie Polski, a nie jej rozwój, co było naszą specjalnością przez 27 lat. Obawiam się i obym się mylił, że program PiS, konsekwentnie realizowany oznacza #polskęwruinie.

Przed 28 laty, nam Polakom się udało, dlatego, że nigdy nie było nam wszystko jedno. Dziś w obliczu śmiertelnego zagrożenia dla demokracji i naszej wolności, też nie może nam być wszystko jedno. Nie możemy pozwolić, aby zmarnowano wysiłek milionów Polaków i cofnięto Polskę z drogi ustrojowej transformacji, z drogi dobrej zmiany, na którą weszliśmy przed laty. Jesteśmy to winni historii i odpowiedzialni przed przyszłymi pokoleniami.

———————————————
Odpowiadałem niedawno Znajomej na facebooku na pytanie dlaczego tylu katolików krytykuje kościół i od niego odchodzi. Każdy ma prawo do swojej oceny, bo ma oczy i widzi, ma uszy i słyszy. Problem polega na tym, co chce widzieć i co chce słyszeć. Bo można mieć zmysły, ale być ślepym i głuchym na to, co się dzieje wokół nas. Na zło, które się panoszy. Istotne jest także to , że skalę odchodzenia od kościoła podał nie kto inny, tylko Katolicki Instytut Statystyki działający przy polskim episkopacie. Dane są za 2016, a za 2017 będą jeszcze gorsze zapewne. Na dziś tylko 36,7% katolików chodzi do kościoła. Rodzi się pytanie co jest powodem i dlaczego ludzie odchodzą od kościoła ?

W mojej ocenie głównie dlatego, że katolicy w swej większości, z roku na rok coraz większej, nie utożsamiają polskiego kościoła hierarchicznego z nauczaniem Chrystusa. Nawet wielu twierdzi, że postawa większość duchowieństwa niewiele ma wspólnego z nauczaniem Syna ubogiego Cieśli z Nazaretu. Wielu także podkreśla, że niektóre postawy i działania są nawet zaprzeczeniem wiary, sprowadzanej na manowce. Jak się słyszy biskupów: Jędraszewskiego, Głódzia, Ryczana, Meringa, Hosera, Długosza, czasami także Gądeckiego, a także Rydzyka, Kneblowskiego, Wachowiaka, czy innych kapłanów, to trudno odmówić racji tym, którzy krytykują kościół, jako instytucję. Dla wielu katolików, jak sądzę w ich osobistej relacji z Bogiem, tacy pośrednicy są absolutnie niepotrzebni, a nawet stanowią zagrożenie dla ich wiary. Zapewne większość katolików, podobnie jak Ks. Adam Boniecki wierzy w Kościół Powszechny, ale nie wierzy już dziś w polski Episkopat.

Moim zdaniem, i nie tylko, postawa większości duchowieństwa od wielu lat, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej maluje obraz chrześcijaństwa wbrew Ewangelii, gdzie prymat Miłosierdzia Bożego nad sprawiedliwością jest wyłożony jak na dłoni. Papież Franciszek od początku swego pontyfikatu o tym mówi i naucza, ale polski kościół katolicki wie swoje. A przecież ludzie to widzą, że w wielu kwestiach większość polskiego duchowieństwa nie mówi jednym głosem z Papieżem, którego z kolei ogromna większość Polaków podziwia i szanuje, bo pokazuje kościół w innym niż dotychczas wydaniu, pokazuje światu inną jego misję duszpasterską, kościół który mówi innym językiem, który częściej odwołuje się do moralności miłości i przebaczenia, niż do moralności przykazań i zakazów.

Wszystkim moim adwersarzom chcę powiedzieć, że ja nie tyle krytykuję kościół, co postawy i działania poszczególnych jego członków, zwłaszcza tych, którym więcej dano i od których się więcej wymaga. Skoro hierarchowie milczą wobec zła, które niszczy od 2 lat dobro wspólne, jakim jest demokratyczne państwo prawa i obywatelskie wolności, depcząc Konstytucję, to ja, jako obywatel i katolik mam wręcz obowiązek, głośno i publicznie im to wykrzyczeć i bronić kościoła, jako wspólnoty wszystkich chrześcijan, bez względu na światopogląd, wyznanie, status społeczny, czy orientację seksualną, także tych z „gorszego sortu”, nazywając zło po imieniu, skoro nie czyni zobowiązany do tego biskup, czy kapłan. Młode lata swego życia, podobnie jak tysiące moich Rodaków poświęciłem na drodze ku wolności, tak ciężko wywalczonej i nie zamierzam milczeć, wobec tych, którzy chcą nam to dziś odebrać i zniszczyć.

To prawda, że dla chrześcijan i katolików Chrystus to kościół z całym Jego dziedzictwem i ewangelicznym nauczaniem. Tyle tylko, że chyba takiego Chrystusowego Kościoła w Polsce nie ma. Miał zapewne rację śp. Ksiądz Prof. Józef Tischner, mówiąc, że prawdziwe chrześcijaństwo dopiero chyba przed nami.

O. Wiśniewski: Oskarżam

Ten głos nie został napisany specjalnie dla nas, ale – także dla nas. Dlatego cytuję kilka jego fragmentów, zachęcając do lektury całości… Pod tytułem „Oskarżam” ojciec Ludwik Wiśniewski w Tygodniku Powszechnym z datą 21 stycznia napisał:
„W Polsce umiera chrześcijaństwo. Wykorzeniają je gorliwi członkowie Kościoła. Biskupi milczą, niestety.”

Chrześcijaństwo jest religią miłości. Tymczasem my wprowadziliśmy do naszej religijności wrogość. „Tam gdzie jest wrogość – tam jest nienawiść – wroga przecież należy zniszczyć. Można więc pluć, i drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie, i równocześnie powoływać się na Ewangelię , stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i
Kościoła, odbywać pielgrzymki na Jasną Górę, składać świątobliwie ręce do modlitwy i ukazywać w mediach rozmodloną twarz.”

To wszystko robią dziś politycy z partii rządzącej, pielgrzymując do Torunia, do księdza Tadeusza Rydzyka, którego imperium medialne taką właśnie formę katolicyzmu nienawiści uprawia i propaguje.

Poglądy głoszone przez toruńskie media pomagają rządzącej partii utrzymywać a nawet powiększać ufny elektorat, wierzący iż kraj nasz otoczony jest wrogimi siłami , pragnącymi zalać Polskę falą wygłodniałych, niosących zarazę i chęć mordu wrogów chrześcijaństwa.

„…Najlepszym , choć godnym potępienia sposobem integrowania grupy jest wymyślenie zewnętrznych wrogów i nieustanne straszenie nimi. Mistrzem świata w tej kategorii jest o. Tadeusz Rydzyk. W jego wystąpieniach stale przewijają się zdania: jesteśmy prześladowani , chcą nas zniszczyć, bo kochamy Polskę i Kościół, nieustannie nas atakują…”

„To również trzeba powiedzieć pełnym głosem; Radio Maryja, Telewizja Trwam i „Nasz Dziennik” sączą od lat truciznę, nazywając to ewangelizacją. Ta trucizna jest tym bardziej jadowita, że jej rozprzestrzenianie popiera wielu biskupów. Tylko nieodżałowany abp Józef Życiński miał odwagę powiedzieć, że te dzieła są dalekie od chrześcijaństwa i wypędzają ludzi z Kościoła.
Jestem przekonany , że wielu biskupów podziela stanowisko abp Życińskiego , ale milczą. Nie milczą natomiast ci biskupi, którzy jeżdżą do Torunia i wychwalają „wielkiego ewangelizatora narodu”… uwiarygodniając poczynania o. Rydzyka.”

Dodam do tych kilku cytatów końcowy apel o. Wiśniewskiego:

„Jedyną siłą, która w Polsce dysponuje jeszcze pewnym autorytetem, jest Episkopat. Dlatego ośmielam się prosić, zresztą w imieniu wielu myślących podobnie: Księża Biskupi, wkroczcie na publiczną arenę. Wybiła godzina, kiedy jesteście bardzo, ale to bardzo potrzebni – Kościołowi, lecz również Polsce.”

Przy tak słabej opozycji parlamentarnej, przy tak skromnych zasobach organizacji pozarządowych, głos prawdy ze strony Kościoła, gdyby zabrzmiał, miałby duże znaczenie, wszak w kościołach tak wielu z nas szuka wskazówki, jak żyć i komu ufać.
Gdyby zabrzmiał…

 

Rok to nie wyrok…

…ale ten był dla Polski całkiem wyjątkowy. Myślę, że każdy zgodzi się ze mną, że 2017 był rokiem zdecydowanej ofensywy Partii. Zaczęło się tak naprawdę w grudniu 2016, kiedy profesor Andrzej Rzepliński zakończył swoją kadencję prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Niezwykle skutecznie pogrążyło nas też umiejętne rozegranie przez rządzących protestu posłów opozycji w Sejmie. W zasadzie wtedy opozycja zaczęła tracić poparcie a jednocześnie wpływ na bieg spraw.

Daleki jestem od nazywania Jarosława Kaczyńskiego genialnym strategiem. Jednak z całą pewnością zatrudniona przez PiS duża zagraniczna firma doradzająca w kwestiach PR (o czym się wiele mówi od miesięcy w kuluarach – chociaż ja sam nie sprawdzałem) pomaga zsynchronizować nastroje społeczne z podejmowanymi działaniami. Do tego sprawdzone od lat media sprzyjające tej Partii doskonale budują tak zwaną narrację. Bo przecież każde zdarzenie, każdą decyzję, każdą wypowiedź można zinterpretować i przedstawić na różne sposoby. Każdy błąd zamieni się medialnie w sukces, a każdą niezręczność w perfekcję. Najlepszym przykładem było świętowanie sławnego głosowania przegranego 27:1.

Na tej ponurej perspektywie 2017 roku mamy jeden jaśniejszy punkt. Koniec lipca i protesty przeciwko zniszczeniu sądownictwa w Polsce. Protesty masowe. Protesty w nowej formule. Protesty, które przyciągnęły nowych ludzi, głównie młodych. Protesty estetyczne i dopracowane w formie. A jednak… pozostaje po nich jakaś pustka. Bo ci ludzie nie wrócili już, kiedy partia ponownie ruszyła niszczyć sądownictwo. Zrozumieli, że ich protest nic nie zmienia? A może po prostu skończyło się lato, wróciły zajęcia i wykłady, a pogoda nie skłania do wieczornych spacerów…

Tak czy inaczej faktem jest, że demokracja się w Polsce skończyła w minionym roku. Powszechne rozumienie demokracji zakłada trójpodział władz – a dzisiaj został przywrócony system z czasów PRL-u, gdzie konstytucyjne organa Państwa służą jedynie realizowaniu woli ośrodka politycznego i wszystkie są od tego ośrodka zależne. Długo będziemy pamiętać ten rok. Tak, jak pamiętamy lata: 1772, 1793, 1795, 1939 czy 1946. Lata, w których traciliśmy niepodległość, traciliśmy wolność, traciliśmy państwowość. W 2017 straciliśmy ostatecznie to wszystko, co od 1989 roku budowaliśmy wspólnie, bo chcieliśmy dołączyć do grona nowoczesnych europejskich demokracji. W kategoriach politycznych, w kategoriach gospodarczych, w kategoriach społecznych cofnęliśmy się o wiele lat.

Najbardziej jednak ucierpiała tkanka społeczna. Zostaliśmy podzieleni. Najniższe instynkty podniesiono do rangi cnoty a cnoty prawdziwe stały się obciążeniem. Czasem nawet pretekstem do pogardy czy nienawiści. Zagościła wśród nas nieufność. Zamykamy się i odcinamy od otoczenia. Boimy się szczerze rozmawiać i otwarcie działać. I nagle ze społeczeństwa otwartego i śmiało patrzącego w przyszłość, aspirującego do czołówki światowej cofamy się do kręgów kultury wschodniej, folwarcznej, pańszczyźnianej. Do kultury, gdzie prawa człowieka, konstytucyjne swobody i wolności zastępowane są klientelizmem i mechanizmami klanowymi lub nawet znanymi ze świata gangów i subkultur. Autorytety moralne i intelektualne zastępowane są przez sprytnych watażków a szczytne idee przez interesy wąskiej grupy.

Tak. W roku 2017 upadła w Polsce demokracja. Ale przede wszystkim zabite zostało społeczeństwo obywatelskie. Wcześniej nie było wystarczająco silne, aby się bronić. Ale wzrastało i krzepło. Powoli budowały się więzi, relacje i poczucie wspólnoty. Jak tkanka, która powoli wypełnia ranę w procesie gojenia i przywraca właściwe funkcjonowanie organizmu, tak te rodzące i wzmacniające się więzi umacniały i łączyły nasze społeczeństwo. Kiedy zostaliśmy podzieleni i posortowani, pozostały jedynie niewielkie wysepki. Grupki ludzi aktywnych, zaangażowanych, zapraszających innych do wspólnego działania. Ich przykład kiedyś pociągnie innych i rany ponownie zaczną się goić. Na razie jednak więzi społeczne są niszczone a społeczeństwo jako całość nie funkcjonuje.

A Partia? Doskonali sztukę prestidigitatorską. Jak sprawny sztukmistrz odwraca uwagę publiczności, kiedy przecina kobietę na pół. Wypuszcza gołębia, aby włożyć królika do kapelusza. Uczy się mówić bez poruszania ustami oraz bezgłośnie przemieszczać. Kiedyś byliśmy podobno najweselszym barakiem w obozie KDL (krajów demokracji ludowej). Dzisiaj stajemy się największym cyrkiem w regionie. Jest sztukmistrz, są klauny, zaczyna się tresura dzikich zwierząt. A my, obywatele, musimy zacząć się uczyć chodzić po linie bez asekuracji. Kto się nie nauczy będzie musiał skakać przez ogień i stać na piłce. Oraz pięknie służyć na dwóch łapach. No bo przecież wstajemy z kolan!

Rok 2017 to rok ponury. Należy się cieszyć, że odszedł do historii. Oby historia go uczciwie i rzetelnie oceniła. Na nowy, 2018 rok, trzeba życzyć wszystkim przede wszystkim odwrócenia trendów. Trudno oczekiwać gwałtownego przełomu i natychmiastowej poprawy. Ponieważ jednak znowu mamy wiele lat do nadrobienia, to czas już zaczynać.

I oby ten nowy początek nie był jak początek drogi Syzyfa z kamieniem na szczyt. Tego sobie i Państwu życzę, jak pisał niezapomniany Kisiel.

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

2017 rok był dramatem także dla opozycji ulicznej (chodnikowej). Pamiętamy liczne podziały w obrębie środowisk opozycji pozaparlamentarnej, dewastację KOD-u. Ale przede wszystkim pamiętamy akt samospalenia Piotra Szczęsnego.

„I nikt za to nie odpowie: w środku miasta spłonął człowiek” – Marsz Milczenia i song Piotra Bukartyka

„Nie krzyczmy więc tego dnia „mordercy!”, choć Piotr Szczęsny pisał, że jego krew plami ręce tej władzy. Sprawmy zamiast tego, żeby dotarł do tych ludzi najgłębszy sens jego przesłania.” – apelowali Obywatele RP.

MOTTO: „Czemu nie to śpiewał śpiewak pięć lat wcześniej ??!!” … ktoś zawoła… Tamci to zrobili sobie… Piotr dla wszystkich dookoła.
Jacek Kleyff „Piotr S.”

„Niech się Polska przyśni Tobie”, Piotrze! – życzył – przecież nam wszystkim, żałobnikom – podczas pogrzebu ks. Adam Boniecki.

Byłem u Pana Piotra.Mariusz Malinowski

Opublikowany przez Video-KOD Piątek, 19 stycznia 2018

Eto był siemnatsatij god

Eto był siemnatsatij god… Apokalipsy przychodzą cyklicznie?

To był la Polski okropny rok, ale kolejne będą jeszcze gorsze. 2017 był lepszy od 2018.

Był zły także dla Ameryki, dla Austrii, Czech, Serbii i dla dziesiątek innych krajów; ale tam jest źle zawsze, więc nie zwracamy już uwagi: Somalia, Jemen, Sudan Południowy, Korea Północna, Kuba, Wenezuela, Syria, Irak, birmański stan Rakhine… I na nas niedługo przestaną zwracać uwagę: przyzwyczają się. Kto? Ci jeszcze wolni.

Dziś, w sto lat po bolszewickiej rewolucji podręczniki do historii zgodnie opisują przyczyny załamania się ówczesnego „świata”, tj. Europy, bo w tych szerokościach geograficznych panuje krótkowzroczność, uniemożliwiająca wyściubianie nosa poza Europę.

Mam wrażenie, że dziś nie rozumiemy, a może nie chcemy dociec przyczyn załamywania się świata dzisiejszego.

Tak, jak wówczas powtarzamy: jak to? Przecież jeszcze nigdy Europejczycy nie żyli w podobnym dostatku; czemu więc chcą pogrzebać panujący obecnie porządek? Dlaczego obracają się przeciwko gwarantującej pokój, swobody i dostatek liberalnej demokracji? Nie znajdujemy odpowiedzi, choć tyle nas kosztuje utrzymywanie Wydziałów Socjologii na Uniwersytetach.

Kto ma 60 lat, przeżył najdłuższy w historii okres pokoju w Europie. Kto ma 80, ten przeżył zmiany granic, upokorzenie sowieckiej niewoli, desperackie zrywy, przełom roku 1989 (znowu nie my decydowaliśmy o zmianach systemowych, ale Rosjanie), entuzjazm budowy wspaniałej Polski…

I teraz żyje w desperacji, patrząc jak jest ona niszczona; znowu przez tę samą orientację polityczną, która oddała nas w pacht zaborcom, a później doprowadziła do klęski 1939 r.

Tak, rok 2017 był rokiem klęski dobra, rokiem triumfu zła.

Zło istnieje od zawsze, często triumfuje, teraz znów.

Kościół do połowy pełny czy pusty?

Od paru dni zbierałem się do napisania krótkiego podsumowania zakończonego już roku ciągle zostawiając to na później aż tu nagle pojawiły się kościelne (co podkreślam) badania dotyczące religijności Polaków de facto za miniony rok, bo zbierane pod koniec 2016. I cóż z nich wynika? Bardzo wiele!

Choć wzrosła ilość chrztów a nawet ślubów w liczbach bezwzględnych to po raz pierwszy liczba katolików regularnie chodzących co niedzielę do kościoła spadła poniżej 40%, a dokładniej do 36,7 %. Powie ktoś – nadal nie jest źle, zwłaszcza na tle innych krajów europejskich. Jednak, patrząc bez emocji i taniego pocieszania się trzeba zauważyć, że rok do roku jest to spadek o blisko 9 procent.

To tak jakby ktoś w ciągu roku z każdego kościoła „przepędził” co dziesiątego katolika. Jak popatrzymy na dane w szerszej perspektywie, choćby biorąc pod uwagę tylko lata XXI wieku, spadek jest więcej niż zauważalny a nawet, śmiem twierdzić, wręcz alarmujący: to już ponad 10 punktów procentowych co przekłada się na mniejszą niedzielną frekwencję o blisko 2,5 mln ludzi! Tyle twarde i – podkreślam to jeszcze raz – wewnątrzkościelne dane.

A teraz parę (subiektywnych) opinii na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Oczywiście dość powszechne prądy kulturowe, „rozjechanie się” (w sensie dosłownym i w przenośni) rzesz naszych rodaków, a także zupełnie inny stosunek do instytucji kościelnych ze strony tzw. młodego pokolenia prędzej czy później musiały spowodować „przerzedzenie” w kościelnych ławach.

Ale jest jeszcze druga grupa czynników, te o charakterze wewnątrzkościelnym, a nawet często wręcz przez samych ludzi Kościoła uruchamianych i mocno promowanych. To pewien nasz rodzimy „polsko-kościelny ekskluzywizm” polegający najpierw na licytowaniu się na „arcykatolicyzm”, kto jest lepszy i bardziej papieski, a potem na demonstracyjne wręcz odsuwanie wszystkich, którzy nie pasują do tego rodzimego modelu religijności i katolicyzmu.

Na koniec odwrotnie niż w znanym powiedzeniu, do tej beczki dziegciu wleję trochę miodu – miniony rok był być może pierwszym w czasach (także kościelnej) dobrej zmiany kiedy w różnych katolickich i kościelnych środowiskach wyraźnie zaczęto mówić o potrzebie nowego otwarcia, szerszego spojrzenia na to co nowe i inne, dostrzeżenia, że ci którzy stoją pod chórem a często już nawet fizycznie poza murami świątyni też mają czasem rację i warto ich posłuchać.

Tak odbieram głos zarówno kilku biskupów jak i paru środowisk katolików świeckich. Że to mało? Że większość myśli i działa inaczej? Nic podobnego. W historii biblijnej a także chrześcijańskiej tradycji bardziej od ilości liczyła się zawsze jakość.

I to jest dla mnie powód do myślenia, że może jednak ten mój Kościół jest do połowy pełen…

Ks. Kazimierz Sowa, duchowny i publicysta

Rok Emmanuela Macrona

Dziennikarzowi pracującemu we Francji trudno wspominać 2017 rok inaczej niż jako rok Emmanuela Macrona.

Były bankier, milioner, minister w rządzie socjalistycznym, startuje do wyborów jako outsider, bez własnej partii i jej aparatu, nie pełniąc nigdy żadnej funkcji z wyboru, odmawiając udziału w jakichkolwiek partyjnych prawyborach – i w wieku 39 lat zostaje prezydentem Francji, zostawiając w pobitym polu wszystkich rywali z lewicy i prawicy. No i, last but not least, ratując Francję przed widmem rządów skrajnej prawicy pod wodzą Marine Le Pen, która przeszła do drugiej tury, ale Macronowi nie dała rady.

Macron, to polityczny kosmita. Wyłonił się znikąd i w krótkim czasie zbudował wokół siebie nowy potężny ruch, który nie tylko pomógł mu wygrać wybory prezydenckie, ale także w parlamentarnych zgarnął większość, pozwalającą mu samodzielnie rządzić. Macron osiągnął ten niebywały sukces, wysyłając swoich ludzi nie do telewizji, tylko na bezpośrednie rozmowy i spotkania z wyborcami. Oczywiście, ruch Macrona był także obecny w internecie, ale, jak się wydaje, metoda „puk, puk!” przyniosła mu największe korzyści. Puk, puk do drzwi, rozmowa o stanie kraju i programie Macrona – i oto kolejny wyborca pozyskany.

Początkowo śmiano się z niego i nie dawano mu żadnych szans na sukces. Tym bardziej, że wśród głównych tematów kampanii umieścił stan i przyszłość UE, podczas gdy wszystkie inne sztaby wyborcze uważały, że eksponowanie spraw Europy w kampanii krajowej, to gwarantowana porażka. Macron udowodnił jednak, że w społeczeństwie istnieje bardzo głębokie zapotrzebowanie na rozmowę o Europie – pod warunkiem, że o jej wizji mówi się rozsądnie, zrozumiale, bez nerwów, stereotypów, uprzedzeń, uproszczeń lub zgoła kłamstw.

Macron wykorzystał także inne oczekiwanie: na pojawienie się kogoś spoza utrwalonych od dziesięcioleci partyjnych układów, spoza dotychczasowej, mocno już „opatrzonej” i w dużej mierze skompromitowanej klasy politycznej.

Kiedy obserwuje się działania Macrona, nie sposób opędzić się od myśli o Polsce. To jeden z powodów, dla których z taką uwagą tym działaniom się przyglądam. Polacy mają przecież podobne oczekiwania, a przed wyborami tak samo się radykalizowali i szukali alternatywy dla coraz bardziej odrzucanej umiarkowanej klasy politycznej.

Tyle tylko, że Francuzi znaleźli rozwiązanie alternatywne w osobie Macrona, a Polacy nie znaleźli żadnego i zagłosowali na szowinistycznych demagogów i radykałów podobnych do pokonanej przez Macrona Marine Le Pen i jej Frontu Narodowego. Gdyby nie wejście Macrona do gry, Francuzi z pewnością zagłosowaliby tak samo i spowodowaliby podobną katastrofę, tylko w jeszcze większej skali.

Myślę, że 2018 rok będzie ważny i trudny. To będzie rok decyzji, w którym z możliwych kierunków pójdzie Polska, ale także Europa, a może nawet świat. Jeżeli nie uda nam się w porę ocknąć, by powstrzymać proces rozkładu ustroju, prawa i naszego wspólnego państwa, to Europa wkrótce nam ucieknie. Macron i Merkel przygotowują inicjatywy w sprawie wzmocnienia i usprawnienia Unii już od miesięcy, a ich ogłoszenie powstrzymują tylko długie i skomplikowane negocjacje w sprawie utworzenia koalicji rządowej w Niemczech.

Jeśli nic się nie zmieni, wprowadzenie tych inicjatyw w życie będzie oznaczało ostateczne powstanie Europy kilku prędkości, ze strefą euro jako centrum i awangardą. A w takim wypadku Polska na pewno nie znajdzie się w tej awangardzie i stanie wobec ryzyka trwałej marginalizacji. I tak się skończą szumne sny o potędze ludzi pozbawionych wyobraźni, w których myśleniu strategicznym najdalszą znaną perspektywą są co najwyżej opłotki Warszawy.

Czeka nas wyjątkowo ważny, trudny, ciężki, niebezpieczny, decydujący rok. Rok wymagający odwagi i brania naszych spraw w nasze ręce w poczuciu odpowiedzialności za kraj i jego mieszkańców. Zgoda, może to brzmi patetycznie.

Ale tak jest.

Rok Szarego Obywatela

Jeśli ktoś mnie pyta, co było najważniejszym wydarzeniem minionego roku, od razu przychodzi mi na myśl tragiczna śmierć Piotra Szczęsnego. W akcie samospalenia zawarł to wszystko, co trawi nas samych… Bo cały nasz świat, o którym zawsze marzyliśmy w czasach komuny, został wywalony do góry nogami, Konstytucja zredukowana do roli nieistotnej dla władzy „małej książeczki”, autorytety zbrukane, ludzie napiętnowani i ukamienowani słowem, gdy nie biją brawa coraz bardziej totalitarnej władzy…

Piotr Szczęsny zaprotestował. Tragicznie. Ale tym protestem zobowiązał nas do jednego – żeby Jego ofiara nie poszła na marne.

Kryzys w KOD, podeptanie trójpodziału władzy, zawłaszczenie wszystkich instytucji państwowych w prymitywnym stylu i pod koniec roku ta straszna śmierć… Trwamy w osłupieniu… Dojmujące poczucie to bezsilność, rozpacz, niedowierzanie, że wszystko, co z takim mozołem budowaliśmy od 1989 roku – zostało w minionym czasie podeptane, wyśmiane i wyszydzone. Inwektywy i obelgi są nową formą retoryki, którą posługuje się władza w walce z opozycją poza parlamentarną i parlamentarną. W „trybie” i „poza trybem”. Kto mocniej zaatakuje, kto brutalniej obrazi to może liczyć na przychylność władzy i poczesne miejsce w nowej elicie, tworzonej naprędce w oparciu o rzesze Misiewiczów.

Stara elita musi odejść, by zrobić miejsce nowej – to fundamentalna doktryna obecnej władzy. Nieważne, jaki ma dorobek, co sobą stanowi – jeśli nie jest „nasza”, musi zniknąć. Polska chamieje więc zastraszającym tempie, a retoryka rządzących przekracza coraz to nowe, wydawać by się mogło, że nieprzekraczalne – granice. Patrzymy i nie wierzymy, że to jest naprawdę.

Wielu z nas musi ukrywać się ze swoimi poglądami, bojąc się utraty pracy i donosów do przełożonych, nie wiemy, kiedy po nas przyjdą, bo staliśmy, na przykład, pod Sejmem albo na Krakowskim z białą różą w ręku i w milczeniu patrzyliśmy na „cykliczną imprezę masową”. Aż się wierzyć nie chce, że w tak błyskawicznym tempie cofnęliśmy się w rozwoju kulturowym. A dokładniej – zostaliśmy cofnięci.
Piotr tego nie wytrzymał. Ale my musimy i co więcej – jesteśmy Mu to winni.

Opresja, w jakiej w tej chwili żyjemy kiedyś przeminie. Dlatego już teraz musimy się przygotować na wielkie sprzątanie po tym prostackim tsunami. Wyciągnijmy najpierw wnioski z własnych błędów, a potem zabierzmy się za resztę. Nie chodzi o zwykłą zemstę za krzywdy, które teraz mają miejsce, ale o uczciwy osąd i karę dla tych, którzy podnieśli rękę na Demokrację i sprzeniewierzyli się własnej przysiędze, składanej na Konstytucję.

Rozmawiajmy z ludźmi, tłumaczmy im, że w polityce nie wolno kłamać, oszukiwać i kupować kogokolwiek, by realizować swoje własne, partyjne interesy bez oglądania się na ogół obywateli. Tłumaczmy, jak ważny jest udział w wyborach i głosowanie na tych, których znamy, a nie na tych, których ten czy inny partyjny przywódca łaskawie nam wskaże. Może to czas, by aktywnie samemu włączyć się w życie naszych społeczności? Wyjdźmy z domów. Do ludzi. Bo taka jest rola szeroko rozumianej inteligencji.

Nie zasypiajmy, nie odpuszczajmy. Winniśmy to Piotrowi.

Minął rok…

Kiedy Halina Kuczyńska poprosiła mnie, bym podzielił się z Wami swoimi wspomnieniami z minionego roku, zakłopotałem się – działo się przecież tyle, że trudno z mnogości zdarzeń wyekstrahować te najważniejsze, każdy tydzień przynosił zwroty w akcji, których Hitchcock mógłby Obozowi Dobrej Zmiany pozazdrościć. Napięcie ciągle rosło…

Jednak udało się – trzy wątki chciałbym wspomnieć, każdy z nich ma swoje równorzędne dla rozwoju wydarzeń, także w przyszłości, znaczenie.

Skończony demontaż Trybunału Konstytucyjnego

Nie wszystko załatwiono w 2016 roku, gdy w grudniu odszedł po zakończeniu kadencji Andrzej Rzepliński. Na swoim miejscu pozostał wszak znienawidzony przez PiS wiceprezes Stanisław Biernat, którego kadencja upłynąć miała w czerwcu. Powołana przeze prezydenta niezgodnie z PiS-owską ustawą mgr Julia Przyłębska słusznie uznała, że tę przeszkodę trzeba usunąć. Jak? Zgodnie z kodeksem pracy – wysyłając na zaległy urlop. Zaś pozostałym sędziom, tym wybranym zgodnie z konstytucją i ustawami, utrudnił uczestnictwo w orzekaniu prokurator generalny – Zbigniew Ziobro. Też magister. To pewnie duża frajda, gdy słaby magister może pomiatać profesorami. Frajda psychopaty…

Nędza nowego, zdeformowanego Trybunału z całą jaskrawością ukazało postanowienie (nie ma określenia na decyzję nielegalnego, z punktu widzenia litery Konstytucji – rozstrzygnięcia) z 24 października 2017 r. o odrzuceniu wniosku Adama Bodnara o wyłączenie ze składu orzekającego w sprawie K 1/17 dr. hab. Mariusza Muszyńskiego i prof. Henryka Ciocha. Skład z ich udziałem orzekł, że mają dalej orzekać. Inaczej mówiąc Cioch i Muszyński orzekli, że Cioch i Muszyński zostali właściwie wprowadzeni do Trybunału. W ten sposób wyprowadzili nas z europejskiej kultury prawnej, negując podstawową jej zasadę – nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Ma to fundamentalne znaczenie dla innych wyroków, które będą z tego właśnie powodu kwestionowane, jako „non est”.

Wykańczaniu Trybunału, co było warunkiem kolejnych deform państwa coraz wyraźniej zaprowadzających policyjny porządek w państwie, towarzyszyła walka o Sąd Najwyższy, Krajową Radę Sądownictwa i sądy powszechne.

Bez uczciwych, bezstronnych, niezależnych sądów nie ma mowy o pełnej demokracji i przestrzeganiu podstawowych, gwarantowanych przez konstytucję praw obywatelskich. W tym kontekście moja pamięć zatrzymała dwa bardzo ważne wydarzenia: łańcuch światła 21 lipca, który w całym kraju zgromadził setki tysięcy ludzi, manifestujących swoje przywiązanie do równowagi władz, niezawisłości sędziów i zaufanie do takich osób, jak I Prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf, która w swoich wystąpieniach dawała wyraz sprzeciwu wobec planów i czynów Prawa i Sprawiedliwości.

Dlatego tak przykry był ogłoszony jesienią jej projekt wprowadzenia do Sądu Najwyższego ławników, „którymi mogą być również osoby duchowne posiadające odpowiednie kwalifikacje zawodowe.”

Późniejsza rozpaczliwa walka M. Gersdorf z prezydencko-pisowkim projektem ustawy o Sądzie Najwyższym nie mogła zrównoważyć utraty szacunku spowodowanego niewydarzonym i nieprzemyślanym projektem. Zwłaszcza, że został całkowicie zlekceważony i przemilczany przez obóz władzy.

Trzeci wątek, który uważam za istotny, to wydarzenie po stronie opozycji – wypadnięcie Komitetu Obrony Demokracji na margines, co kwitowałem swoimi tekstami w Studio Opinii, ale najlepiej – bo skrótowo – w komentarzu pod jednym z nich skomentował „Narciarz”:

„Trzeba zaakceptować fakty. Taki rząd, jacy obywatele. Taka opozycja, jacy obywatele. To dotyczy także KODu. Taki KOD, jacy obywatele. Kłótliwi. Titanic tonie, a oni się sprzeczają o stolik w restauracji z najlepszym widokiem na wodę w sąsiednim pokoju. A powinni razem naprawiać szalupę.”

No właśnie, mam nadzieję, że nie tylko KOD, Obywatele RP, Akcja Demokracja, Odnowa, Inicjatywa Wolne Wybory oraz cała opozycja w 2018 roku ze zdwojoną energią wspólnie zabierze się do naprawy ORP „Polska”.

Szkoła jest trochę jak teatr

Szkoła nauczyciel uczeń Na Czatach liceum reforma MEN

Likwidacja gimnazjów, a zwłaszcza sposób, w jaki to zrobiono, to niewątpliwie barbarzyństwo. Mam jednak wątpliwości, czy dopiero teraz, wraz z „dobrą zmianą”, zeszliśmy na złą drogę, czy też mocno błądziliśmy już wcześniej.

Bo, z jednej strony, mieliśmy niewątpliwie powody do zadowolenia. Najczęściej powoływaliśmy się na wyniki naszych uczniów w testach PISA, które sprawiły, że byliśmy traktowani jako kraj sukcesu edukacyjnego. Cieszyła nas swoboda, jaką zapewniono nauczycielom w wyborze programów i podręczników. Z zastrzeżeniami co do jej jakości, mogliśmy się też cieszyć z upowszechnienia edukacji na poziomie średnim i wyższym.

Z drugiej strony: co sądzić o wyniku wyborów 2015 r., w których trzy czwarte młodych wyborców, poniżej 30 roku życia, opowiedziało się przeciwko demokracji, przynajmniej w tym kształcie, który zamierzaliśmy przejąć z Zachodu? Co zrobić z faktem, że po dwóch latach, które mijają od wyborów, dwie trzecie obywateli nie zauważyło, że ma do czynienia z zamachem stanu? Że przez ćwierć wieku nie udało się zwiększyć frekwencji wyborczej?

Że poziom czytelnictwa spadł i że za chwilę będziemy mieli więcej obywateli z wyższym wykształceniem niż czytających książki (ściśle mówiąc: tych, którzy mieli w ręku przynajmniej jedną książkę w ciągu roku)? Że nie poprawiła się pozycja najlepszych polskich uniwersytetów w rankingach światowych? Że przybyło nam wprawdzie trochę autostrad, ale nieznacznie tylko zmniejszyła się liczba zabitych na drogach? Tych pytań jest oczywiście więcej.

Bolesną i wstydliwą sprawą jest zwłaszcza nasz stosunek do uchodźców. Można odnieść wrażenie, że sukcesom ekonomicznym i materialnemu unowocześnieniu kraju, nie towarzyszyło unowocześnienie mentalności Polaków.

Kto jest temu winien? Kościół? Politycy? Media? Zapewne, ale chyba jednak przede wszystkim szkoła. Okazało się, że polska szkoła (także szkoły wyższe) nie przygotowała nas do życia w demokracji.

W 2005 r., z okazji jubileuszu stulecia liceum Reytana, zorganizowałem spotkanie osób, które były jakoś związane z tą szkołą (np. uczyły się w niej, bądź nauczały) i które aktywnie uczestniczyły w reformowaniu polskiej oświaty po 1989 r. Wzięli w nim udział, m. in., Anna Radziwiłł, Anna Dzierzgowska, Andrzej Janowski, Włodzimierz Paszyński, Ireneusz Białecki, Tadeusz Morawski i Mirosław Sielatycki. Zadałem uczestnikom trzy pytania: co się udało zrobić, co się nie udało, co jeszcze pozostaje do zrobienia.

Różnice zdań, w każdej nieomal kwestii, były spore, ale jako najważniejsze osiągnięcia wymieniano najczęściej: odrzucenie obowiązującej wcześniej ideologii, upowszechnienie edukacji na poziomie średnim i wyższym, wyrównanie szans (poprzez stworzenie gimnazjów i wydłużenie okresu obowiązkowej nauki), decentralizację oświaty (poprzez oddanie szkół samorządom), stworzenie warunków dla tworzenia szkół społecznych i prywatnych, wprowadzenie egzaminów zewnętrznych, podniesienie poziomu wykształcenia nauczycieli (m. in. poprzez wprowadzenie nowego systemu awansu zawodowego), a także upowszechnienie znajomości języków obcych i technologii komputerowych.

Na liście zadań wymagających realizacji znalazło się sześć punktów: zgodzono się, że:
1) musi powstać całościowa wizja szkoły (odpowiedź na pytanie, jakim celom ma ona służyć);
2) trzeba przywrócić szkole jej funkcję wychowawczą;
3) trzeba doprowadzić do spójności programów nauczania, zarówno pomiędzy przedmiotami, jak i kolejnymi etapami kształcenia;
4) zerwać z tradycją przekazywania w szkole encyklopedycznej wiedzy;
5) zmieniać charakter egzaminów zewnętrznych tak, żeby w coraz większym stopniu sprawdzały zdolność samodzielnego myślenia, a nie pamięciowe opanowanie materiału oraz
6) przyznać szkołom i ich dyrektorom znacznie większą autonomię.

Tak oceniło skutki reformy z 1999 r., po sześciu latach od jej rozpoczęcia, grono osób, wśród których byli jej współautorzy. Jaka byłaby ich opinia dzisiaj?

Co do osiągnięć – prawie każdemu z nich przypisać można niestety jakieś „ale”: obowiązującą przed 1989 r. ideologię stopniowo zaczęła zastępować inna, nienowa, znana nam już z okresu międzywojennego, dotąd jeszcze nie deklarowana oficjalnie, wprowadzana „oddolnie”, ale teraz już odgórnie zalecana. W ślad za upowszechnieniem formalnego wykształcenia na poziomie średnim i wyższym nie poszło ani podniesienie, ani nawet utrzymanie jego jakości. Wyrównaniu szans nie towarzyszył dostateczny zapał, by z tych szans korzystać.

Decentralizacja oświaty w praktyce okazała się zastąpieniem jednego despoty drugim – już w 2005 r. używaliśmy terminu „dyktatura magistratu” na określenie stylu zarządzania szkołami, jaki upodobały sobie władze samorządowe. Spośród szkół społecznych i prywatnych tylko nieliczne osiągnęły poziom zbliżony do szkół publicznych.

System awansu zawodowego nauczycieli jako sposób na podniesienie ich kwalifikacji okazał się fikcją. Co do egzaminów zewnętrznych – nie mam wątpliwości, że dobrze się stało, że je wprowadzono, ale muszę uczciwie przyznać, że ich ocena w środowisku nauczycielskim nie jest jednomyślna. Jedno pozostaje poza dyskusją: na pewno dzisiejsza młodzież lepiej zna języki obce i sprawniej porusza się w Internecie. Ale czy jest to zasługa naszych szkół?

Co do zadań, które były do podjęcia, mogę zapewnić, że żadne nie zostało podjęte. Nie zapytano, czemu ma służyć nasz system edukacji. Nie umożliwiono szkołom wywiązywania się z ich zadań wychowawczych; w ogóle nie zadano pytania, czy powinny sobie takie zadania stawiać. Nie zapewniono spójności programów nauczania – nikt nawet nie próbował. Kucie na pamięć kwitnie, na rozumienie czegokolwiek nie ma czasu. Choć, trzeba przyznać, egzaminy zewnętrzne, zwłaszcza maturalne, zmieniają się we właściwym kierunku i niesprawiedliwe byłoby kwitowanie ich pogardliwym słowem: testy.

Najgorzej wypada ocena autonomii szkół. Jest gorzej niż było dwanaście lat temu. Okazuje się, że urzędnikom magistratu nie mieści się w głowie, że szkoły mogłyby sobie radzić bez nich, że oczekują od nich tylko należytej dbałości o ich stan materialny, bo na samym nauczaniu dużo lepiej znają się pracujący w nich nauczyciele i ich dyrektorzy.

Pracownikom kuratoriów rzadko kiedy starcza odwagi, by w rozpatrywaniu skarg kierowanych do nich przez rodziców jako najbardziej kompetentnych konsultantów traktować nauczycieli i dyrektorów szkół. Przełożony oczekuje, że się wykażą, więc nawet najbardziej absurdalne zażalenia – gołym okiem widać, że pisane ręką wariata – traktują serio, bo tak jest łatwiej i bezpieczniej, po co niepotrzebnie popisywać się samodzielnym myśleniem. To jest też kwestia mentalności. Mam pracę, więc muszę zadbać, by jej nie stracić. Mam władzę, więc dlaczego miałbym się nią z kimkolwiek dzielić? Dlaczego miałbym uznać, że ktoś na czymś może się znać lepiej ode mnie?

Trzeba by innej okazji, żeby adekwatnie opisać sposób zarządzania szkołami przez władze samorządowe i państwowe. Pozostając przy kwestii autonomii szkół, a zwłaszcza ich dyrektorów, poprzestać muszę na tym, co najistotniejsze z punktu widzenia jakości edukacji. Chodzi o pytanie, czy po 1989 r. zadbaliśmy o to, żeby nasze dzieci uczyli w szkole właściwi ludzie? Właściwi, to znaczy: najlepsi z możliwych.

Nie sądzę, żebyśmy zrobili w tej sprawie dostatecznie dużo. W dalszym ciągu zawód nauczyciela nie jest przedmiotem marzeń ludzi rozpoczynających studia. Pensja, którą może otrzymać początkujący nauczyciel, w dalszym ciągu nie przyciąga do szkoły najlepszych absolwentów wyższych uczelni. Z kształceniem nauczycieli podczas studiów bywało już lepiej. Nadal obowiązuje i nie został nigdy przez nikogo zakwestionowany szkodliwy przepis mówiący o konieczności posiadania przygotowania pedagogicznego przez osoby gotowe uczyć w szkole (nie znam nikogo, kto by o skończonym przez siebie kursie w tym zakresie miał cokolwiek dobrego do powiedzenia).

Obowiązujący system awansu zawodowego nie wymaga od nauczyciela żadnej rzeczywistej pracy nad sobą – aby w stosunkowo krótkim czasie uzyskać dyplom mistrzowski wystarczy „chęć szczera” i cierpliwość w zbieraniu zaświadczeń o ukończeniu rozmaitych szkoleń (niewiele jest osób, od których słyszałem coś dobrego o szkoleniach, w których uczestniczyły). Co najważniejsze: nadal obowiązuje Karta Nauczyciela (z roku 1982!), która skutecznie uniemożliwia zwalnianie z pracy ludzi, którzy nie powinni mieć kontaktu z dziećmi. Nie jest ich wprawdzie dużo, to najwyżej kilku w przeciętnej szkole. Ale ich szkodliwość jest ogromna, o wiele większa, niżby to wynikało z ich umiarkowanej liczebności.

Proszę sobie wyobrazić teatr. Szkoła jest trochę jak teatr: plan lekcji to repertuar przedstawień; każda sala lekcyjna to widownia i scena. Na scenie staje aktor, który jest też po trosze reżyserem swojego przedstawienia, a po trosze autorem scenariusza. Jeśli ma talent, wciąga do gry publiczność. I proszę sobie wyobrazić dyrektora teatru, który wie, że ma w obsadzie kilku kiepskich aktorów. Że codziennie którąś z głównych ról – a w szkole właściwie wszystkie role są główne – zagra ewidentny patałach. I nic nie może na to poradzić.

Stąd często słyszana opinia: że nasz system edukacji nie służy ani jakości nauczania, ani dobru uczniów i rodziców. Że jest jedynie systemem opieki społecznej nad pewną grupą zawodową. Że ponadto istotą tego systemu jest ochrona najsłabszych w zawodzie, kosztem tych najlepszych.

Dlatego w 1999 r. byłem przeciwnikiem tworzenia gimnazjów, a teraz byłem przeciwnikiem ich likwidacji. Przyczyna była ta sama: przekonanie, że od mieszania herbata nie zrobi się słodsza. Zamiast inwestować duże pieniądze w zmianę struktury, trzeba było zrobić wszystko, żeby dzieci rozpoczynające naukę w szkole miały szansę spotkania w niej właściwych ludzi. Wychowujemy się przecież właśnie w ten sposób: spotykając na swojej drodze właściwych ludzi.

Przypuszczam, że byłaby to kwestia ponad podziałami, że ci, którzy znają się na oświacie, podpisaliby się pod listą najważniejszych postulatów niezależnie od dzielących ich różnic politycznych. Pierwszym z nich byłby ten właśnie: dbając o wysoki status zawodu
nauczyciela, należy dać dyrektorom znacznie większą swobodę w budowaniu zespołów nauczycielskich. Z całą pewnością nie straciliby na tym dobrzy nauczyciele.

Jeżeli szkoła ma uczyć myślenia, a tym samym przygotowywać do życia w demokracji, w ślad za niezbędnymi zmianami w Karcie Nauczyciela, powinny pójść następne kroki: należałoby znacząco odchudzić programy nauczania, dać czas na dyskusję na lekcjach, na myślenie, na ćwiczenia, na rozwój wyobraźni. W dalszym ciągu zmieniać wymagania egzaminacyjne tak, aby sprawdzały stopień rozumienia przedmiotu a nie sprawność pamięci uczniów. Należałoby zmniejszać liczebność klas, by umożliwić nauczycielom bardziej indywidualne relacje z uczniami.

Gdyby przykładem miał być język polski, chodziłoby m. in. o stworzenie szansy na częstsze zadawanie uczniom prac pisemnych i częstsze ich, i bardziej staranne, ocenianie przez nauczycieli. O więcej swobodnej dyskusji na lekcjach. Gdyby przykładem miały być przedmioty przyrodnicze, chodziłoby o czas na większą liczbę ćwiczeń i eksperymentów. Lekcje wiedzy o społeczeństwie powinny być okazją do ćwiczenia się w sztuce argumentacji, udziału w debacie, prezentacji siebie i własnego punktu widzenia, ale też na przykład zadawania pytań, szukania dziury w całym, krytycznej analizy życia publicznego. Wychowanie szkolne powinno polegać na podejmowaniu działalności społecznej i obywatelskiej w praktyce. Można by przy tym sprawić, że wraz z innymi ocenami na świadectwie, ocena takich działań miałaby jakieś znaczenie w rekrutacji na studia.

Przeważają w tym podsumowaniu rzeczy niezrobione, niepodjęte i zaniechane.

Dlaczego? Może naiwnie, ale wierzę, że można było zdziałać dużo więcej, gdybyśmy chcieli i umieli ze sobą rozmawiać. Gdybyśmy potrafili znaleźć czas i poświęcić go na działanie dla dobra wspólnego, rezygnując w jakiejś mierze z własnych ambicji. Potrzebna była, już w 1989 r., jakaś nowa Komisja Edukacji Narodowej, która działając stale, przez lata, niezależnie od zmieniających się rządów, w porę podsuwałaby kolejnym ministrom edukacji wypracowane już i przedyskutowane w gronie fachowców rozwiązania. Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu.
No trudno, nie stało się. I pewnie już się nie stanie.

***

Nagrania archiwalne z udziałem dra Seweryna Szatkowskiego: