Katorga w ławkach

Na Czatach PiS rujnuje dorobek polskiej szkoły

Ponad osiem godzin w szkole. Tylu godzin lekcyjnych jednego dnia nie pamiętam. W moim liceum w 40-tysięcznym mieście w latach sześćdziesiątych najdłuższe dni lekcyjne miały po siedem godzin. Na tej ostatniej godzinie byliśmy zmęczeni, skupić się już nam było trudno.

Wtedy nie było wolnych sobót i program tygodniowy rozkładał się na sześć a nie na pięć dni, rozłożyć program było łatwiej. Cztery dni po sześć lekcji, jeden dzień z siedmioma lekcjami, i w soboty ulgowo – pięć lekcji. W dodatku to było w jedenastej klasie, kiedy byliśmy dorośli, mieliśmy po 18 lat.

W klasie było nas dwadzieścia parę osób. W ostatnich dziesięcioleciach mamy klasy szkolne po trzydzieści, a nawet trzydzieści parę osób, mimo mniej licznych roczników. Poprzednie rządy nie zauważyły, albo nie chciały zauważyć, że rosnąca zamożność kraju powinna pozwolić szkołom na mniejsze oddziały. Liczył się rachunek ekonomiczny, a ten wskazywał na mniejszy koszt uczenia w szkołach dużych o licznych klasach.

Wrażliwszym, albo zwyczajnie słabszym dzieciom dzieciom ciężko było w tych warunkach. Nauczycielom też niełatwo. Brakowało czasu na poznanie i rozumienie poszczególnych uczniów, na spokojne wyłożenie lekcyjnego tematu. Stąd miłość do kartkówek, testów i licznych zadań domowych.

Na tę sytuację nałożyła się reforma oświaty minister Zalewskiej. Z reorganizacją sieci szkół i nowymi podstawami programowymi. W tym roku nowymi programami obejmuje klasy pierwsze, czwarte i siódme. Te ostatnie skazuje na wysiłek wyjątkowy: muszą w rok przerobić materiał półtoraroczny. Czternastolatki mają mieć po siedem – osiem lekcji dziennie, żeby z tym zdążyć.

A jeszcze nasze szkoły są przyzwyczajone do zadawania dzieciom prac domowych, kiedy nie zdołają przerobić materiału dostatecznie. Czy ktoś o zdrowych zmysłach może oczekiwać, że uczeń po ośmiu godzinach wysiłku szkolnego jest zdolnym brać się na nowo do nauki wieczorem w domu?

W podstawówkach przybywa uczniów i klas, a budynki pozostają te same. Trzeba upchać te dzieci, nawet na zmiany: jedne od ósmej rano, inne od wpół do ósmej, inne od trzynastej. Jedne kończą naukę po południu, inne wieczorem, i wydaje się, że tym razem najgorzej mają uczniowie w większych miastach.

W Warszawie, w nowych dzielnicach, gdzie też i dzieci jest dużo, likwidacja gimnazjów sprawiła, że w podstawówkach nauka trwa od świtu do godzin wieczornych, nawet do osiemnastej. Ograniczane są świetlice, nie ma zajęć dodatkowych, W ostatnich klasach podstawówki dochodzi nowy przedmiot: doradztwo zawodowe. W tym roku w klasie siódmej, w przyszłym także w klasie ósmej, żeby dzieci więcej wiedziały o możliwościach wyboru zawodu. Tylko to jeszcze mocniej przeładowuje program.

W jednej z warszawskich szkół zaproponowano dziewiąte godziny lekcyjne. W innej – naukę w soboty. Będą zebrania i narady z rodzicami. Cokolwiek postanowią, nie zmniejszy to obciążenia dzieci, w siódmej klasie mają od 34 do 40 godzin lekcyjnych w tygodniu, jeżeli doliczy się niby dobrowolne religię albo etykę. W starym systemie czternastolatkowie, czyli pierwsza gimnazjalna klasa, mieli 29 godzin.

Dobrze sumuje sytuację Gazeta Wyborcza z 11 października na pierwszej stronie tytułem: „Przemęczone siódme klasy. Lekcje do upadłego”. Dziennikarka w rozmowie z matką siódmoklasistki z Warszawy dowiaduje się, że jej córka spędza w szkole 10 (słownie: dziesięć) godzin. W tygodniu ma 39 lekcji, do tego dwie godziny religii lub etyki do wyboru, a jeszcze dojdzie to poradnictwo zawodowe…

Tyle godzin w ławkach, jak w dybach. Młode ciało potrzebuje ruchu, powietrza. Nadmierne obciążenie wywołuje bóle głowy, bóle brzucha. Dzieci mają kłopot z zasypianiem wieczornym i porannym wstawaniem. Pojawiają się depresyjne nastroje, kiedy z dnia na dzień się za programem nie nadąża, mnożą się złe oceny, a zaległości narastają. I jeszcze ta groźba, że się nie dostanie do wybranego liceum, bo w przyszłym roku do szkół średnich startować będzie nie trzysta, a siedemset tysięcy uczniów, dwa roczniki.

Na przemęczenie dzieci już zwracają uwagę psycholodzy i rzecznik praw dziecka. Ministerstwo tworząc taki system potraktowało uczniów, jakby wierzyło, że można ich zamienić w odporne na zmęczenie roboty, wkładające do mózgów ciągi informacji.

Zamożniejsi rodzice umieszczają dzieci w mniej licznych klasach szkół prywatnych. Dla rodziców których na prywatne szkoły nie stać, a dziecko w powszechnej szkole cierpi, istnieje system nauki domowej, ostatnio ograniczanej. Niestety, nie nadaje się do zastosowania w domach, w których oboje rodzice pracują i nie ma osoby, zdolnej nad takim nauczaniem czuwać.

Ponieważ jednak pewne jest, że dzieci potrzebujących wyjęcia z systemu będzie więcej, zamieszczamy tu rozmowę z matką trojga dzieci, która po doświadczeniach szkolnych pierwszego dziecka, dwoje pozostałych kształci w systemie domowym. Może jej doświadczenia komuś pomogą.

Reforma edukacji – powrót do PRL

Krystyna Starczewska Halina Flis-Kuczyńska nie dla reformy edukacji Na czatach

„Badania wskazują, że średni poziom agresji w szkołach podstawowych i gimnazjach jest porównywalny, przy czym największy problem z agresją uczniów mają obecnie nauczyciele klas szóstych. Poziom przemocy w gimnazjach stale się zimniejsza, powrót do starego, dwustopniowego systemu szkolnego znowu ją nasili – mówi Krystyna Starczewska, prezes Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej, w wywiadzie udzielonym Krytyce Politycznej.” Krystyna Starczewska: powrót do PRL-owskiego systemu oświaty uważam za szkodliwy.

„System edukacji oparty na trzech zasadach – monopolu państwa w organizacji i kontroli szkół, „jedynie słusznej” ideologii w nauczaniu oraz autorytarnym wychowaniu z elementami militarnymi – jest typowy dla wszystkich reżimów autorytarnych. Występował również w hitlerowskich Niemczech. A teraz usiłuje się przywrócić go w Polsce. Pytanie – w jakim celu.” SZKOŁA HIPOKRYZJI

W rozmowie z Haliną Flis-Kuczyńską, redaktor naczelną serwisu publicystycznego „Na czatach”, Krystyna Starczewska rozwija ten temat. Ale nie tylko. Zaczyna od swoich bogatych doświadczeń zawodowych w szkole, by następnie krytycznie odnieść się do wdrażanej właśnie reformy.

W lakonicznej jak na tak bogaty życiorys notce biograficznej Krystyny Starczewskiej czytamy:

Ukończyła Wydział Polonistyczny UW. Pracowała m.in. w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego. Doktoryzowała się w Instytucie Filozofii UW w 1971; przez lata pracowała w Polskiej Akademii Nauk. Zajmowała się twórczością Jerzego Szaniawskiego i dziełem Janusza Korczaka; psychologią humanistyczną i feminizmem.
Przed 1989 brała udział w opozycji demokratycznej, współpracowała z KOR-em, od kwietnia 1978 była członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, w latach 1982-1989 redagowała podziemny dwutygodnik KOS. W 1989 brała udział obradach podzespołu do spraw oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki i postępu technicznego w ramach obrad Okrągłego Stołu.
W 1989 poświęciła się tworzeniu „Bednarskiej” – I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie przy ulicy Bednarskiej oraz 20 Społecznego Gimnazjum w Warszawie przy ulicy Raszyńskiej, którego obecnie jest dyrektorką.
21 września 2006 została odznaczona przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od 2007 należy do Rady Programowej reaktywowanego przez Stefana Bratkowskiego Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”.

Rozpinanie kagańca oświaty

Szkoła w domu MEN wychowanie bez stresu stop indoktrynacji

Halina Flis-Kuczyńska rozmawia z Agnieszką K., matką trójki dzieci, z których najstarsze zakosztowało wszystkich niedogodności dużych szkół.

Jak wiele starań i dokumentów trzeba, żeby wyjąć dziecko ze szkoły, w której źle się czuje, i zapewnić mu naukę domową (czy mieszaną, jakkolwiek ona się nazywa)?

Najpierw trzeba znaleźć szkołę, która będzie chętna, żeby opiekować się dzieckiem w nauczaniu domowym. Bo chociaż uczymy się w domu to szkoła musi zorganizować egzaminy, wystawić legitymację szkolną itp. Najlepsze są szkoły, które się w tym specjalizują, ale wtedy trzeba nieraz daleko jeździć na egzaminy. Są też państwowe i prywatne szkoły pozytywnie nastawione do takich uczniów, ale zdarzają się też miejsca gdzie na homeschoolersów patrzą krzywo i te trzeba omijać. Ja mam starsze dziecko w szkole, która specjalizuje się w takim nauczaniu, a młodsze w małej prywatnej szkole, gdzie np. WF możemy mieć z klasą.

Kiedy pierwszy etap, czyli poszukiwanie szkoły mamy za sobą, trzeba przekonać poradnię psychologiczno – pedagogiczną, żeby wydała pozwolenie. To jest kilka wizyt u specjalistów i trochę papierkowej roboty. Słyszałam o osobach, które miały z tym jakieś trudności, ale ja nie spotkałam się z tym osobiście, więc niewiele na ten temat wiem. Potem jeszcze formalnie składa się podanie do dyrekcji umówionej wcześniej szkoły i już można się czuć na swobodzie.

Tych zabiegów jest sporo, więc pytam, dlaczego zdecydowała się pani na taki trud. Co się działo z dziećmi w szkole zwyczajnej, powszechnej, że się pani na to zdecydowała?

Tu powiem krótko. Przemoc rówieśników, w tym taka, która mogła się skończyć poważnymi urazami. Spychanie dużej i coraz większej części nauki na dom. W tej chwili przerobienie CAŁEGO dziennego programu zabiera nam tyle, ile przedtem odrabianie samej pracy domowej!

To był chyba główny powód. Ale mniejsza ilość infekcji i więcej czasu na inne zajęcia, to też wielki plus, a nie targanie ciężkiego plecaka – to przysłowiowa wisienka na torcie. Dla mnie stres spowodowany tym, że to na mnie spoczywa obowiązek przerobienia programu jest o wiele mniejszy, niż odpowiedzialność wobec szkoły, czyli wywiadówki, lasy jedynek za nieodrobione prace domowe (czasem po trzy jedynki za jedno zadanie), stałe straszenie za niską frekwencją, obowiązkowe dni galowe itp.

Ani ja, ani dzieci za żadne skarby nie wrócimy do zrywania się o świcie i przesiadywania wielu godzin w ławce. Do tego (przynajmniej w przypadku moich dzieci) wiadomości nauczone w domu okazują się trwalsze, nie trzeba na początku następnego roku robić powtórek z poprzedniego.

Jak wygląda nauka w domu?

U każdego trochę inaczej. U nas dzieci wybierają, czego się uczymy danego dnia, według własnego „apetytu na wiedzę”. Z reguły
uczymy się rano, ale dzień można też ustawić inaczej. Z młodszym (pierwszoklasistą) często lekcja odbywa się na dworze. Piszemy na ziemi, czytamy na szyldach i autobusach, a liczymy monety w sklepie.

Starszy syn (druga klasa gimnazjum) wymaga tylko wytłumaczenia tematu. Potem odpalamy platformę edukacyjną Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, która sama zadaje zadania, sprawdza je i zlicza ilość przerobionego programu.

Tak sobie radzimy z przedmiotami ścisłymi. W przedmiotach humanistycznych wspieramy się nauczycielami. Rosyjski mamy prywatnie, angielski z komputera, w polskim jest możliwa wsparcie nauczycieli ze szkoły. Nasza szkoła (Szkoły Moracza) ma system wsparcia nauczycieli szkolnych dla rodziców. Można też być homeschoolersem i w ogóle nie uczyć własnych dzieci. Społeczności rodziców budują w oparciu o ten system tzw. Szkoły demokratyczne, gdzie dzieci przychodzą codziennie, mają stołówkę i nauczycieli, ale też bardzo duży luz i rok kończy się egzaminami. U nas w sąsiedniej dzielnicy jest taka „Wolna Szkoła Ogórkowa”. Pewnie byśmy tam byli gdyby nie to że dojazd niewygodny. Inną opcją są szkoły, które organizują dla swoich uczniów zajęcia w trybie uniwersyteckim. Tak robi warszawski zespół szkół Benedykta. Są wykłady i zajęcia, na których można się uczyć, ale nie ma obowiązku. Obowiązkiem jest zdanie egzaminu.

Co dziecko zyskuje?

Gigantyczne odciążenie. Zamiast 30 lub więcej godzin tygodniowo przesiedzianych w szkole, wystarcza dwanaście. Zauważyłam, że tyle dokładnie się dostaje, kiedy dziecko zachoruje i przysługuje mu nauczanie indywidualne i to się sprawdziło – tyle rzeczywiście wystarcza. To oznacza około trzech godzin dziennie i to bez „prac domowych” po południu.

Oprócz tego ma wybór w uprawianym sporcie i w grupie rówieśniczej, w której przebywa. Mój starszy syn zdecydowanie woli tych kilku kolegów, z którymi ma wspólne zainteresowania i razem chodzą na modelarnię, niż kilkusetosobowy tłum w szkole.

Myślę też, że trening zdawania egzaminów przyda się później na studiach. Bo dla gimnazjalisty to są naprawdę wielogodzinne i wyczerpujące egzaminy, tyle że w przyjaznej atmosferze.

Czy ten typ nauki jest dostępny teraz, w szkole po reformie?

Jest, ale z ograniczeniami. Jest rejonizacja, pozwolenie można dostać tylko w państwowej poradni psychologiczno – pedagogicznej, a
nie – jak wcześniej – w każdej. Szkoła za ucznia w tym trybie dostaje mniej pieniędzy od Państwa.

Ale ponieważ homeschoolersów przybywa, szkoły wyspecjalizowane sobie radzą i ciągle można to robić nieodpłatnie, nawet z dodatkowym wsparciem i zajęciami.

Dziękuję. To może być pomocne rodzinom, które nie wiedzą, jak mogą pomóc swoim dzieciom, ujętym w karby systemu, który je dławi jak kaganiec…

Zdjęcie – z archiwum domowego naszej rozmówczyni. Podpis pod zdjęciem:
„Jak prawidłowo kreślić ósemkę? Pedagodzy zalecają najpierw zaczynać od dużych ósemek a potem stawiać coraz mniejsze. My dla hecy zajęliśmy całą podłogę i ćwiczyliśmy biegając. Była świetna zabawa.”

Religia i martyrologia zamiast wiedzy o świecie

Nie dla czaosu w szkole w obronie nauczycieli ZNP Na czatach

Dziś przedstawiamy to, co zebraliśmy dla was na temat reformy szkolnej, według której od sześciu tygodni pracują polskie szkoły podstawowe, resztki klas gimnazjalnych i licea. Zamieszanie duże, koszt niemały , rezultat mocno wątpliwy. Przemieszczenia uczniów, zamęt wśród nauczycieli, niepotrzebne wydatki, to po jakimś czasie zostanie opanowane.

Pozostaną nowe programy, które przestraszają. Dużo religii, dużo martyrologii, mało wiedzy o świecie i przyrodniczej. Nie tak kształcone dzieci i młodzież chcielibyśmy mieć. Protesty były? Były.

W październiku 2016 Związek Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Nie – dla chaosu w szkole” zorganizował protest w miastach wojewódzkich. Protestujący żądali odstąpienia od likwidacji gimnazjów i od powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej, argumentując, że po początkowym zamieszaniu gimnazja okrzepły, zostały dobrze wyposażone i nie stanowią obciążenia. Przeciwnie, stały się wartością powszechnej oświaty.

Reformy to nie zatrzymało. Kolejny protest odbył się wiosną tego roku. W ogólnopolskim strajku. Podobnie jak za rządów ministra Giertycha przed 10 laty, kiedy strajkowało 60 procent szkół.

Tym razem decydować się na udział w strajku było trudniej. W szkołach na Pomorzu dawano nauczycielom do podpisania oświadczenia, że do strajku nie przystąpią. Wiadomo było od razu, że kto nie podpisał, ten wróg. Nauczycielska Solidarność była przeciw strajkującym, oskarżając ich w niektórych oświadczeniach, np. w liście do nauczycieli w Radomsku, że strajkując są przeciwko rządowi, czyli przeciwko naprawie państwa. Na Śląsku do szkół w przeddzień strajku zaglądała policja.

Kuratoria domagały się list strajkujących, przecież nie po to, żeby ich pochwalić. Ostatecznie dużo szkół się wycofało, szczególnie na Podkarpaciu, bastionie PiS.

Ostatniego dnia marca tego roku, mimo nacisków na dyrektorów szkół i nauczycieli, mimo gróźb pod ich adresem, zastrajkowało 7 tysięcy szkół, czyli 37 procent placówek. Opór nauczycieli przeciw reformie łamano nie tylko groźbami. Zapowiadano też marchewkę – 15 procentowe podwyżki płac. Ale nie będzie ich od razu. Mają być na razie 5 procentowe. Dla najlepszych nauczycieli dyplomowanych z dłuższym stażem przewidziane były nagrody w wysokości 500 złotych, czyli nauczycielskie 500+. I mają być, ale też później, dopiero od 2022 roku. Ci nauczyciele, których obietnice zniechęciły do narażania się oporem przeciw reformie, czują się dotknięci, omamieni
zapowiedziami raju, którego nie ma.

Środowisko nauczycielskie realizuje teraz reformę, w której sens wątpi i której skutków się obawia. Opowiemy wam o niej wszystko, co dostrzegliśmy z naszej małej czatowni.