Teraz też, nie może nam być wszystko jedno

Krótko przed rozpoczęciem obrad „Okrągłego Stołu”, w których brałem udział w pracach Podzespołu ds. Górnictwa, odpiąłem opornik zapięty w klapie marynarki i schowałem do szuflady. Uznałem wówczas, podobnie jak miliony Polaków i tysiące opozycjonistów i działaczy Solidarności, że dokonują się rzeczy wielkie w Polsce, a człowiek miał poczucie, że uczestniczy w tworzeniu czegoś niezwykłego. Jeszcze nie byliśmy pewni, że rozpoczynamy proces ustrojowej transformacji i budowania demokratycznego państwa prawa, obywatelskiego społeczeństwa i gospodarki rynkowej. Ale czuliśmy, że idziemy drogą, na której gdzieś na końcu widnieje tabliczka z napisem „wolność”, choć pewności, że tam dojdziemy nie było żadnej.

Po 27 latach od tamtych historycznych wydarzeń, nie sądziłem, nawet w snach, że sięgnę po ten opornik, jako symbol sprzeciwu i protestu raz jeszcze dziś, w wolnej i demokratycznej Polsce. Piszę o tym nie dlatego bym w jakimkolwiek stopniu porównywał, bo tego nie wolno czynić, dzisiejszą Polskę i to co się dziś dzieje, z tamtymi historycznymi i dramatycznymi wydarzeniami. To co się wówczas wydarzyło, czyli obalenie systemu totalitarnego, dające początek budowania demokracji, z czego ogromna większość Polaków jest od lat dumna, a co także doceniła Europa i świat, to wielkie święto demokracji, które mocno zostało zakodowane w świadomości Polaków, zwłaszcza mojego pokolenia.

Minął rok 2017. To już ponad 2 lata rządów #dobrejzmiany. Ale dla bardzo wielu Polaków, dla większości moich Rodaków, to żadna dobra zmiana. Oceniając rząd Premier Beaty Szydło niesuwerennej przecież w swych decyzjach, zasadnym byłoby użycie kilku przymiotników. Z jednej strony, że jest to od 2 lat rząd fatalny dla Polski, najgorszy po 1989, a z drugiej racje będą mieli ci, którzy twierdzą, że był doskonały dla PiS-u i #misiewiczów.

Podsumowując miniony rok, a trudno to uczynić w oderwanie od całościowego bilansu rządów PiS, osobiście najbardziej odpowiada mi przyrównanie tego, co wyrabiają rządzący do PRL-PiS. Przeżyłem w tzw. Komunie 35 lat i wiem, że rzeczywistą władzę w PRL-u sprawował I-wszy Sekretarz PZPR. Dziś od 2 lat sprawuje ją Prezes Kaczyński. I to sprawuje pozakonstytucyjnie, bez jakiejkolwiek odpowiedzialności, chcąc za pomocą 19 % wyborców, stworzyć dla wszystkich Polaków, od podstaw zupełnie nowe państwo, zupełnie inne niż to, które od 28 lat budujemy. Skrojone według jego własnych urazów, wyobrażeń i mitów. To próba zawłaszczenia państwa, które miało służyć wszystkim obywatelom, czyli taki PRL-PiS.

Jak w PRL-u naruszono trójpodział władzy, zniszczono niezależność TK i sądów, przeprowadzono kadrową wymianę i upartyjnienie państwa. Jak w PRL-u podporządkowano prokuraturę rządowi i zawładnięto mediami publicznymi. Komunistyczny slogan „dyktatura proletariatu” PiS zastępuje figurą „suwerena”. Tak jak w PRL-u nie liczy się fachowość, ale partyjna rekomendacja. Minione 2 lata, to czas #misiewiczów i #pisiewiczów i to w najbardziej pazernym wymiarze. Widzimy promocję miernot, inwazję chamstwa, zemsty. pogardy i lumpiarstwa. Jak za PRL-u nastąpiła samoizolacja i utrata pozycji Polski w UE i na świecie. Polska dyplomacja okazała się totalną klęskę. Wystarczyły zaledwie 2 lata, by rząd polski, bo przecież nie Polska, swym nieodpowiedzialnym, nieprzewidywalnym i aroganckim postępowaniem zdemolował pozycję i wizerunek Polski. Obraził, zlekceważył i poniżył najważniejszych partnerów we Wspólnocie Europejskiej i na świecie.

Rządzący dziś Polską w sojuszu z większością kościoła katolickiego stali się w ciągu minionych 2 lat gigantycznym rozczarowaniem, żenadą, głupotą, zagrożeniem i głównym problemem UE, która, reagując na łamanie zasad stanowiących jej fundament, będzie ograniczała dotacje, a może nawet nałoży sankcje, bo procedury już rozpoczęła. W polityce wewnętrznej przy pomocy teoretycznego prezydenta, PiS zniszczył budowane przez dziesięciolecia instytucje polskiej demokracji, gwałcąc Konstytucje i dewastując państwo prawa. A zatem podsumowując, minione 2 lata, to nie był dobry okres dla Polski, to w praktyce jest restytucja PRL-u w jego skrajnej narodowo-populistycznej odmianie. Od wprowadzenia bowiem #dobrejzmiany i „podnoszenia Polski z kolan” następuje de facto zwijanie Polski, a nie jej rozwój, co było naszą specjalnością przez 27 lat. Obawiam się i obym się mylił, że program PiS, konsekwentnie realizowany oznacza #polskęwruinie.

Przed 28 laty, nam Polakom się udało, dlatego, że nigdy nie było nam wszystko jedno. Dziś w obliczu śmiertelnego zagrożenia dla demokracji i naszej wolności, też nie może nam być wszystko jedno. Nie możemy pozwolić, aby zmarnowano wysiłek milionów Polaków i cofnięto Polskę z drogi ustrojowej transformacji, z drogi dobrej zmiany, na którą weszliśmy przed laty. Jesteśmy to winni historii i odpowiedzialni przed przyszłymi pokoleniami.

———————————————
Odpowiadałem niedawno Znajomej na facebooku na pytanie dlaczego tylu katolików krytykuje kościół i od niego odchodzi. Każdy ma prawo do swojej oceny, bo ma oczy i widzi, ma uszy i słyszy. Problem polega na tym, co chce widzieć i co chce słyszeć. Bo można mieć zmysły, ale być ślepym i głuchym na to, co się dzieje wokół nas. Na zło, które się panoszy. Istotne jest także to , że skalę odchodzenia od kościoła podał nie kto inny, tylko Katolicki Instytut Statystyki działający przy polskim episkopacie. Dane są za 2016, a za 2017 będą jeszcze gorsze zapewne. Na dziś tylko 36,7% katolików chodzi do kościoła. Rodzi się pytanie co jest powodem i dlaczego ludzie odchodzą od kościoła ?

W mojej ocenie głównie dlatego, że katolicy w swej większości, z roku na rok coraz większej, nie utożsamiają polskiego kościoła hierarchicznego z nauczaniem Chrystusa. Nawet wielu twierdzi, że postawa większość duchowieństwa niewiele ma wspólnego z nauczaniem Syna ubogiego Cieśli z Nazaretu. Wielu także podkreśla, że niektóre postawy i działania są nawet zaprzeczeniem wiary, sprowadzanej na manowce. Jak się słyszy biskupów: Jędraszewskiego, Głódzia, Ryczana, Meringa, Hosera, Długosza, czasami także Gądeckiego, a także Rydzyka, Kneblowskiego, Wachowiaka, czy innych kapłanów, to trudno odmówić racji tym, którzy krytykują kościół, jako instytucję. Dla wielu katolików, jak sądzę w ich osobistej relacji z Bogiem, tacy pośrednicy są absolutnie niepotrzebni, a nawet stanowią zagrożenie dla ich wiary. Zapewne większość katolików, podobnie jak Ks. Adam Boniecki wierzy w Kościół Powszechny, ale nie wierzy już dziś w polski Episkopat.

Moim zdaniem, i nie tylko, postawa większości duchowieństwa od wielu lat, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej maluje obraz chrześcijaństwa wbrew Ewangelii, gdzie prymat Miłosierdzia Bożego nad sprawiedliwością jest wyłożony jak na dłoni. Papież Franciszek od początku swego pontyfikatu o tym mówi i naucza, ale polski kościół katolicki wie swoje. A przecież ludzie to widzą, że w wielu kwestiach większość polskiego duchowieństwa nie mówi jednym głosem z Papieżem, którego z kolei ogromna większość Polaków podziwia i szanuje, bo pokazuje kościół w innym niż dotychczas wydaniu, pokazuje światu inną jego misję duszpasterską, kościół który mówi innym językiem, który częściej odwołuje się do moralności miłości i przebaczenia, niż do moralności przykazań i zakazów.

Wszystkim moim adwersarzom chcę powiedzieć, że ja nie tyle krytykuję kościół, co postawy i działania poszczególnych jego członków, zwłaszcza tych, którym więcej dano i od których się więcej wymaga. Skoro hierarchowie milczą wobec zła, które niszczy od 2 lat dobro wspólne, jakim jest demokratyczne państwo prawa i obywatelskie wolności, depcząc Konstytucję, to ja, jako obywatel i katolik mam wręcz obowiązek, głośno i publicznie im to wykrzyczeć i bronić kościoła, jako wspólnoty wszystkich chrześcijan, bez względu na światopogląd, wyznanie, status społeczny, czy orientację seksualną, także tych z „gorszego sortu”, nazywając zło po imieniu, skoro nie czyni zobowiązany do tego biskup, czy kapłan. Młode lata swego życia, podobnie jak tysiące moich Rodaków poświęciłem na drodze ku wolności, tak ciężko wywalczonej i nie zamierzam milczeć, wobec tych, którzy chcą nam to dziś odebrać i zniszczyć.

To prawda, że dla chrześcijan i katolików Chrystus to kościół z całym Jego dziedzictwem i ewangelicznym nauczaniem. Tyle tylko, że chyba takiego Chrystusowego Kościoła w Polsce nie ma. Miał zapewne rację śp. Ksiądz Prof. Józef Tischner, mówiąc, że prawdziwe chrześcijaństwo dopiero chyba przed nami.

Rok to nie wyrok…

…ale ten był dla Polski całkiem wyjątkowy. Myślę, że każdy zgodzi się ze mną, że 2017 był rokiem zdecydowanej ofensywy Partii. Zaczęło się tak naprawdę w grudniu 2016, kiedy profesor Andrzej Rzepliński zakończył swoją kadencję prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Niezwykle skutecznie pogrążyło nas też umiejętne rozegranie przez rządzących protestu posłów opozycji w Sejmie. W zasadzie wtedy opozycja zaczęła tracić poparcie a jednocześnie wpływ na bieg spraw.

Daleki jestem od nazywania Jarosława Kaczyńskiego genialnym strategiem. Jednak z całą pewnością zatrudniona przez PiS duża zagraniczna firma doradzająca w kwestiach PR (o czym się wiele mówi od miesięcy w kuluarach – chociaż ja sam nie sprawdzałem) pomaga zsynchronizować nastroje społeczne z podejmowanymi działaniami. Do tego sprawdzone od lat media sprzyjające tej Partii doskonale budują tak zwaną narrację. Bo przecież każde zdarzenie, każdą decyzję, każdą wypowiedź można zinterpretować i przedstawić na różne sposoby. Każdy błąd zamieni się medialnie w sukces, a każdą niezręczność w perfekcję. Najlepszym przykładem było świętowanie sławnego głosowania przegranego 27:1.

Na tej ponurej perspektywie 2017 roku mamy jeden jaśniejszy punkt. Koniec lipca i protesty przeciwko zniszczeniu sądownictwa w Polsce. Protesty masowe. Protesty w nowej formule. Protesty, które przyciągnęły nowych ludzi, głównie młodych. Protesty estetyczne i dopracowane w formie. A jednak… pozostaje po nich jakaś pustka. Bo ci ludzie nie wrócili już, kiedy partia ponownie ruszyła niszczyć sądownictwo. Zrozumieli, że ich protest nic nie zmienia? A może po prostu skończyło się lato, wróciły zajęcia i wykłady, a pogoda nie skłania do wieczornych spacerów…

Tak czy inaczej faktem jest, że demokracja się w Polsce skończyła w minionym roku. Powszechne rozumienie demokracji zakłada trójpodział władz – a dzisiaj został przywrócony system z czasów PRL-u, gdzie konstytucyjne organa Państwa służą jedynie realizowaniu woli ośrodka politycznego i wszystkie są od tego ośrodka zależne. Długo będziemy pamiętać ten rok. Tak, jak pamiętamy lata: 1772, 1793, 1795, 1939 czy 1946. Lata, w których traciliśmy niepodległość, traciliśmy wolność, traciliśmy państwowość. W 2017 straciliśmy ostatecznie to wszystko, co od 1989 roku budowaliśmy wspólnie, bo chcieliśmy dołączyć do grona nowoczesnych europejskich demokracji. W kategoriach politycznych, w kategoriach gospodarczych, w kategoriach społecznych cofnęliśmy się o wiele lat.

Najbardziej jednak ucierpiała tkanka społeczna. Zostaliśmy podzieleni. Najniższe instynkty podniesiono do rangi cnoty a cnoty prawdziwe stały się obciążeniem. Czasem nawet pretekstem do pogardy czy nienawiści. Zagościła wśród nas nieufność. Zamykamy się i odcinamy od otoczenia. Boimy się szczerze rozmawiać i otwarcie działać. I nagle ze społeczeństwa otwartego i śmiało patrzącego w przyszłość, aspirującego do czołówki światowej cofamy się do kręgów kultury wschodniej, folwarcznej, pańszczyźnianej. Do kultury, gdzie prawa człowieka, konstytucyjne swobody i wolności zastępowane są klientelizmem i mechanizmami klanowymi lub nawet znanymi ze świata gangów i subkultur. Autorytety moralne i intelektualne zastępowane są przez sprytnych watażków a szczytne idee przez interesy wąskiej grupy.

Tak. W roku 2017 upadła w Polsce demokracja. Ale przede wszystkim zabite zostało społeczeństwo obywatelskie. Wcześniej nie było wystarczająco silne, aby się bronić. Ale wzrastało i krzepło. Powoli budowały się więzi, relacje i poczucie wspólnoty. Jak tkanka, która powoli wypełnia ranę w procesie gojenia i przywraca właściwe funkcjonowanie organizmu, tak te rodzące i wzmacniające się więzi umacniały i łączyły nasze społeczeństwo. Kiedy zostaliśmy podzieleni i posortowani, pozostały jedynie niewielkie wysepki. Grupki ludzi aktywnych, zaangażowanych, zapraszających innych do wspólnego działania. Ich przykład kiedyś pociągnie innych i rany ponownie zaczną się goić. Na razie jednak więzi społeczne są niszczone a społeczeństwo jako całość nie funkcjonuje.

A Partia? Doskonali sztukę prestidigitatorską. Jak sprawny sztukmistrz odwraca uwagę publiczności, kiedy przecina kobietę na pół. Wypuszcza gołębia, aby włożyć królika do kapelusza. Uczy się mówić bez poruszania ustami oraz bezgłośnie przemieszczać. Kiedyś byliśmy podobno najweselszym barakiem w obozie KDL (krajów demokracji ludowej). Dzisiaj stajemy się największym cyrkiem w regionie. Jest sztukmistrz, są klauny, zaczyna się tresura dzikich zwierząt. A my, obywatele, musimy zacząć się uczyć chodzić po linie bez asekuracji. Kto się nie nauczy będzie musiał skakać przez ogień i stać na piłce. Oraz pięknie służyć na dwóch łapach. No bo przecież wstajemy z kolan!

Rok 2017 to rok ponury. Należy się cieszyć, że odszedł do historii. Oby historia go uczciwie i rzetelnie oceniła. Na nowy, 2018 rok, trzeba życzyć wszystkim przede wszystkim odwrócenia trendów. Trudno oczekiwać gwałtownego przełomu i natychmiastowej poprawy. Ponieważ jednak znowu mamy wiele lat do nadrobienia, to czas już zaczynać.

I oby ten nowy początek nie był jak początek drogi Syzyfa z kamieniem na szczyt. Tego sobie i Państwu życzę, jak pisał niezapomniany Kisiel.

Eto był siemnatsatij god

Eto był siemnatsatij god… Apokalipsy przychodzą cyklicznie?

To był la Polski okropny rok, ale kolejne będą jeszcze gorsze. 2017 był lepszy od 2018.

Był zły także dla Ameryki, dla Austrii, Czech, Serbii i dla dziesiątek innych krajów; ale tam jest źle zawsze, więc nie zwracamy już uwagi: Somalia, Jemen, Sudan Południowy, Korea Północna, Kuba, Wenezuela, Syria, Irak, birmański stan Rakhine… I na nas niedługo przestaną zwracać uwagę: przyzwyczają się. Kto? Ci jeszcze wolni.

Dziś, w sto lat po bolszewickiej rewolucji podręczniki do historii zgodnie opisują przyczyny załamania się ówczesnego „świata”, tj. Europy, bo w tych szerokościach geograficznych panuje krótkowzroczność, uniemożliwiająca wyściubianie nosa poza Europę.

Mam wrażenie, że dziś nie rozumiemy, a może nie chcemy dociec przyczyn załamywania się świata dzisiejszego.

Tak, jak wówczas powtarzamy: jak to? Przecież jeszcze nigdy Europejczycy nie żyli w podobnym dostatku; czemu więc chcą pogrzebać panujący obecnie porządek? Dlaczego obracają się przeciwko gwarantującej pokój, swobody i dostatek liberalnej demokracji? Nie znajdujemy odpowiedzi, choć tyle nas kosztuje utrzymywanie Wydziałów Socjologii na Uniwersytetach.

Kto ma 60 lat, przeżył najdłuższy w historii okres pokoju w Europie. Kto ma 80, ten przeżył zmiany granic, upokorzenie sowieckiej niewoli, desperackie zrywy, przełom roku 1989 (znowu nie my decydowaliśmy o zmianach systemowych, ale Rosjanie), entuzjazm budowy wspaniałej Polski…

I teraz żyje w desperacji, patrząc jak jest ona niszczona; znowu przez tę samą orientację polityczną, która oddała nas w pacht zaborcom, a później doprowadziła do klęski 1939 r.

Tak, rok 2017 był rokiem klęski dobra, rokiem triumfu zła.

Zło istnieje od zawsze, często triumfuje, teraz znów.

Idą jak taran

Skończył się rok 2017. Rok, z którym wiązaliśmy wielkie nadzieje, ale w którym niewiele z tych nadziei się ostało.

To był bardzo zły rok, nie ma co się oszukiwać. Przede wszystkim dlatego, że działania rządu Szydło, bezwzględnie podporządkowanej rozkazom Kaczyńskiego, doprowadziły do zniesienia w Polsce trójpodziału władzy a tym samym podstaw do nazywania się krajem o ustroju demokratycznym. Rząd, oraz marionetkowy prezydent, wielokrotnie złamali Konstytucję RP.

Zniszczono niezależność Sądów, rzecz bez precedensu w europejskim kraju, należącym wszak do Unii Europejskiej. Skala szkód jest wielka, trudno wyliczyć w krótkim podsumowaniu wszystkie, ale to uważam za najważniejsze… i najgorsze w skutkach. Spowodowało to izolację Polski w Europie, która się nasila, utratę naszej pozycji, sojuszników, znaczenia.

Przy czym odbywa się to z taką niewiarygodną butą, pychą, z kłamstwami w żywe oczy, z taką arogancją, jaka nie miała miejsca od czasów PRL-u. Prostacki tryumfalizm, zwyczajne chamstwo, brak jakichkolwiek zahamowań w słowach i czynach – to sposób działania tej władzy. Władzy, która dokonała ostatecznego podziału Polski na dwa wrogie sobie plemiona.

Linia podziału przeszła przez rodziny, wieloletnich przyjaciół, sąsiadów. To kolejna rzecz, którą naprawić będzie bardzo trudno, może najtrudniej, gdy już rządy tych ludzi się skończą, gdy okażą się smutnym epizodem w dziejach wolnej Polski, a że odejdą nie mam najmniejszych wątpliwości. Póki co cały rok mieliśmy do czynienia z uprawianiem polityki na najniższym z możliwych poziomie. Masowe protesty niestety nie przyniosły rezultatów, władza totalna je nie tylko ignoruje, ale wbrew zapowiedziom wyprowadza przeciwko obywatelom policję, która ma za zadanie jak najbardziej zniechęcić obywateli do wyrażania sprzeciwu. Mnożą się sprawy sądowe i szykany – wszystko w celu zastraszenia społeczeństwa. I to przynosi skutek. Demonstracje są coraz mniej liczne, w pracy ludzie pilnują się aby nie poruszać tematów politycznych, każdy dwa razy się zastanowi zanim zaryzykuje swoje bezpieczne życie w imię np. jakiejś enigmatycznej niezależności sądów. Trwa napuszczanie jednych grup społecznych na drugie, judzenie, pogłębianie przepaści. Ja to nazywam, moim zdaniem bez cienia przesady, cichą wojną domową. To się dzieje.

Idą jak taran.

Trwa odwracanie znaczenia słów, trwa odwracanie znaczenia postaw. Każdy jest dobry, byle popierał rząd, każdy jest zły, jeśli go nie popiera. To jest jedyne kryterium.

Wszystko to doprowadziło do najtragiczniejszego zdarzenia 2017 roku, zdarzenia, które poruszyło setki tysięcy osób. Piotr Szczęsny, mieszkaniec Niepołomic w Małopolsce, dokonał aktu samospalenia w Warszawie pod Pałacem Kultury i Nauki. Napisał i odczytał list do nas do nas, obywateli świadomych, obywateli, którym nie jest wszystko jedno, ale także i do tych, którzy żyją w ułudzie, że ich polityka nie dotyczy. List nieprawdopodobnie racjonalny, mądry, a jednocześnie poruszający do głębi. Ten list, i ten czyn nikogo nie mogły pozostawić obojętnym.

Nikogo, kto żyje tu i teraz i kto chce byśmy pozostali po prostu zwyczajnym, normalnym krajem.

Nie potęgą, jak marzy się PiS-owi, nie krajem którego się boją inni, ale zwyczajnym, cywilizowanym krajem, przewidywalnym, w którym szanuje się prawo i demokrację.

Dla mnie ten rok będzie rokiem Piotra Szczęsnego. Piotra Szczęsnego, jego heroicznego czynu i przesłania, które nam zostawił. To był wielki wstrząs, ale i wielkie zobowiązanie, jakie nam pozostawił. Wielu ludzi dopadło zniechęcenie, niewiara, że uporamy się z tą władzą, która niszczy wszystko co uważaliśmy za sukces, za nasze zwycięstwa, która niszczy również naród jako wspólnotę. Nie wolno nam się poddawać, nie wolno tracić nadziei, załamywać rąk, mówić, że nasz sprzeciw nic nie da. Ten człowiek oddał życie za to o co walczymy. Gdy zapomnimy o tym to znaczy, że zasłużyliśmy na to wszystko co się dzieje. Gdy się poddamy to tak jakbyśmy Mu powiedzieli: niepotrzebnie umarłeś, nie było dla kogo, my jesteśmy za słabi, Twoja ofiara na nic.

Gdybym miała tak pomyśleć zaczęłabym gardzić sobą. Sprzeniewierzyłabym się słowom Władysława Bartoszewskiego, że warto być przyzwoitym. I sprzeniewierzyłabym się Piotrowi.

Rok 2018 nie będzie prawdopodobnie łatwiejszy. Musimy mieć tego świadomość. Ale powinniśmy pamiętać każdego dnia o Piotrze, i o tym co nam pozostawił. To musi dać nam siłę.

MUSI. Po prostu nie mamy wyboru jeśli nie godzimy się na nazywanie zła dobrem, psucia państwa reformami, ludzi nikczemnych i podłych dobrymi. Ja się na to nie godzę. Moja niezgoda jest większa niż moje zmęczenie.

Rok 2018 będzie trudny i na to trzeba się przygotować. To będzie także rok wyborów samorządowych, których nie możemy przegrać. Mówię ‘my” mając na myśli zjednoczoną, totalną opozycję, tak – totalną, bo totalna opozycja jest odpowiedzią na władzę totalną. To nie jest czas na fochy, na udowadnianie kto jest ważniejszy, na przepychanki i tym podobne zabawy, sytuacja jest zbyt poważna. Stąd mój apel, moje żądanie aby przywódcy partii będących w tej chwili w opozycji odrzucili wreszcie interes partyjny, lub własny i dostrzegli to co ja, i inni zwyczajni, szarzy obywatele, widzą od dawna – że czasy wymagają zjednoczenia sił w walce ze złem. Że stawką jest nie przywództwo partyjne ale nasz kraj. Nasz kraj. Jeżeli tego nie zrozumieją stracą wszystko, oni, ale przede wszystkim Polska. Nie ma w tej chwili za wielkich słów. Ponad interes własny trzeba przedłożyć interes kraju. Jeśli tego nie zrozumiecie – obywatele wam tego nigdy nie wybaczą.

No, to do roboty.

Rok skończony – rok zaczęty

Rok miniony był tak dobry gospodarczo, jak był zły w polityce. Rok 2018 będzie pierwszym wyborczym sprawdzianem nowej władzy – jesienią wybieramy samorządy.

Od stycznia do grudnia, z przerwami, trwały demonstracje w obronie niezawisłości sądów i niezależności sędziów. Bezskuteczne. Za uczestnictwo w nich kilkuset obywateli zostało ukaranych, dalsi czekają na wynik prowadzonego przeciw nim postępowania, a trybunały poddane zostały rządowej kontroli.

Finał roku 2017 przyniósł nowego premiera i zapowiedź zmian w rządzie . Jednak zanim one na początku stycznia 2018 nastąpiły, premier Mateusz Morawiecki pojechał w pierwszą podróż, do Torunia, do księdza Rydzyka, z prośbą o błogosławieństwo i o dalszą pomoc potęgi medialnej tego redemptorysty.

Potęga ta jest wielka. Sondaż CBOS ogłoszony 4 stycznia, przyniósł glorię dla rządów Prawa i Sprawiedliwości: obywatele obdarzani pieniędzmi z programu 500+, karmieni propagandą Radia Maryja i telewizji Trwam na przemian z rządową telewizją, wierzą, że w kraju dzieje się wspaniale Uznali rok 2017 najlepszym rokiem od przełomu 1989.

Tymczasem w Brukseli tracą do nas cierpliwość, widząc systematyczne naruszanie w Polsce zasad praworządności, dodatkowo obrażani fochami byłej premier Beaty Szydło, pisowskich europarlamentarzystów i znanego już z zamiłowania do brutalnych odezwań ministra Szyszki, w rozprawach o wycinkę Puszczy Białowieskiej przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu obrażającego sędziów.

Jakkolwiek nie należy do obyczaju naszego rządu poczuwać się do winy w sprawach naruszania zasad demokracji, jednak uruchomienie artykułu 7-go przeciwko Polsce jest niewygodne dla rządzących i nowy premier oraz nowy szef dyplomacji starają się posługiwać językiem bardziej kulturalnym. To oczywiście nie wystarczy aby dalsze procedury dyscyplinujące Polskę zatrzymać. Potrzebne jest zyskanie sojuszników. Premier odbył pielgrzymkę do Budapesztu z prośbą o wsparcie.

Przespacerował się po dywaniku przed kompanią honorową wojska i kilka łaskawych słów od Victora Orbana usłyszał.
Tak wygląda znak czasu. Nasi premierzy nie do Moskwy, jak w PRL, nie do Rzymu, jak w III RP, ale do stolicy Węgier jeżdżą z symbolicznymi wizytami, ograniczonej do sfery języka. Polska polityka w rękach dziwnego człowieka z Żoliborza karleje. Czas wystąpienia Lecha Wałęsy przed obiema izbami amerykańskiego parlamentu, zaczynającego dumnymi słowami „My-naród” opowieść o obaleniu komunizmu w Europie środkowej, pozostaje pięknym, ale historycznym wspomnieniem.

Dziś Polska jest kłopotem Europy, a dla nas, obywateli, powodem do obaw i zażenowania.

Mając zgodę prezesa na zmiany w rządzie, Mateusz Morawiecki zdymisjonował najbardziej szkodliwych i mocno znienawidzonych ministrów, w tym niesławną trójcę : Antoniego Macierewicza, ministra Obrony, Konstantego Radziwiłła, ministra Zdrowia, oraz Jana Szyszkę od Środowiska. Ci trzej wyrządzili duże szkody powierzonym im : Armii, Służbie Zdrowia i Przyrodzie.

Nie zmienia to niczego, gdyż wybrani nowi nominaci są tą samą kierowani ręką i będą postępowali tak, jak poprzednicy. Widać to z ich pierwszych poczynań i wypowiedzi.

Wrażenie zmiany, ograniczone de sfery języka, powstało na propagandowy użytek . Krajowy, dla ocieplenia wizerunku przed wyborami, zagraniczny – dla złagodzenia nastrojów niesmaku w Brukseli… Dla nas, tubylców, stare dzieje. Zakończono prace nad ordynacją wyborczą, dającą pełny nadzór nad przebiegiem i liczeniem wyników wyborów – politykom rządzącej partii.

Nie kończy się prac na budżetem . Zapewne celowo . Sondaże są tak dla PiS korzystne (ponad 40 procent poparcia!), że może zamiarem rządzących jest niezatwierdzenie budżetu, aby skorzystać z okazji rozwiązania parlamentu? Nowe wybory przy tak wysokim społecznym poparciu mogą dać większość konstytucyjną. Nowa konstytucja, to koniec wypominania władzy, że poprzednią nieustająco łamała… Nęcące to rzeczy, chociaż ryzykowne, i być może są nam szykowane.

Przeszkód nie widać. Opozycja nie jest w stanie nawet zagłosować nad projektem obywatelskim w sprawie edukacji seksualnej, dostępności antykoncepcji oraz liberalizacji przepisów aborcyjnych. Zabrakło 9 głosów, aby projekt przeszedł do dalszych nad nim prac w komisjach. Praca tysięcy kobiet nad zbieraniem podpisów poszła na marne. Jednym posłom się głosować nie chciało, inni się bali, choć nie wiadomo, czego?

Zapytaliśmy naszych czytelników o ich ocenę minionego roku i o przewidywania, co też nam przyniesie rok zaczęty. Sporo osób odmówiło, obawiając się utraty pracy, albo innych represji. Inni, bo nie uznali za ważne napisanie do tak skromnego medium. To także znak czasu. Wiadomo, że kiedy umiera wolność, jej miejsce zajmuje strach, a ludzie muszą żyć i chronić swoje rodziny. Trudno mieć o to do nich pretensje.

Trochę osób jednak odpowiedziało. Przeczytajcie, bo to ciekawe teraz, a będzie jeszcze ciekawsze za rok.

Reforma edukacji – powrót do PRL

Krystyna Starczewska Halina Flis-Kuczyńska nie dla reformy edukacji Na czatach

„Badania wskazują, że średni poziom agresji w szkołach podstawowych i gimnazjach jest porównywalny, przy czym największy problem z agresją uczniów mają obecnie nauczyciele klas szóstych. Poziom przemocy w gimnazjach stale się zimniejsza, powrót do starego, dwustopniowego systemu szkolnego znowu ją nasili – mówi Krystyna Starczewska, prezes Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej, w wywiadzie udzielonym Krytyce Politycznej.” Krystyna Starczewska: powrót do PRL-owskiego systemu oświaty uważam za szkodliwy.

„System edukacji oparty na trzech zasadach – monopolu państwa w organizacji i kontroli szkół, „jedynie słusznej” ideologii w nauczaniu oraz autorytarnym wychowaniu z elementami militarnymi – jest typowy dla wszystkich reżimów autorytarnych. Występował również w hitlerowskich Niemczech. A teraz usiłuje się przywrócić go w Polsce. Pytanie – w jakim celu.” SZKOŁA HIPOKRYZJI

W rozmowie z Haliną Flis-Kuczyńską, redaktor naczelną serwisu publicystycznego „Na czatach”, Krystyna Starczewska rozwija ten temat. Ale nie tylko. Zaczyna od swoich bogatych doświadczeń zawodowych w szkole, by następnie krytycznie odnieść się do wdrażanej właśnie reformy.

W lakonicznej jak na tak bogaty życiorys notce biograficznej Krystyny Starczewskiej czytamy:

Ukończyła Wydział Polonistyczny UW. Pracowała m.in. w VII Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego. Doktoryzowała się w Instytucie Filozofii UW w 1971; przez lata pracowała w Polskiej Akademii Nauk. Zajmowała się twórczością Jerzego Szaniawskiego i dziełem Janusza Korczaka; psychologią humanistyczną i feminizmem.
Przed 1989 brała udział w opozycji demokratycznej, współpracowała z KOR-em, od kwietnia 1978 była członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, w latach 1982-1989 redagowała podziemny dwutygodnik KOS. W 1989 brała udział obradach podzespołu do spraw oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki i postępu technicznego w ramach obrad Okrągłego Stołu.
W 1989 poświęciła się tworzeniu „Bednarskiej” – I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie przy ulicy Bednarskiej oraz 20 Społecznego Gimnazjum w Warszawie przy ulicy Raszyńskiej, którego obecnie jest dyrektorką.
21 września 2006 została odznaczona przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od 2007 należy do Rady Programowej reaktywowanego przez Stefana Bratkowskiego Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”.

Miks PRL-u z państwem wyznaniowym

Na czatach Halina Flis-Kuczyńska reforma edukacji PiS

Za komuny mieliśmy siedmio- a potem ośmioklasowe szkoły podstawowe, czteroklasowe licea, pięcioklasowe licea zawodowe. Programy były jednolite, podręczniki jednakowe, wszystko zgodne z linią partii. Do tego systemu wracamy.

Według nowego programu uczyć się będą dzieci z klas pierwszych, czwartych i siódmych. Próg edukacyjny to klasa czwarta. Z historii w klasie czwartej odjęto naukę o starożytności, została sama historia Polski, i to opowiadana przez biografie najsłynniejszych kilkunastu Polaków. Tak trochę bajkowo, bo z naukowców na tej liście są tylko Mikołaj Kopernik i Maria Curie-Skłodowska. Są wybrani władcy Polski. Jest Jan Paweł II. Jest święta Jadwiga i Dobrawa, żona Mieszka I. Dużo wojen. Dużo bitew.

Minister Zalewska powiedziała, że nauka dziejów przez wybrane biografie, to zabieg celowy, żeby dzieci historią zachwycić…

Poloniści stracili swobodę wyboru książek, które omówią z dziećmi. Kanon jest sztywny. Lektur obowiązkowych dużo. Przeważnie tekstów starych. Jedyne, co nauczyciele mogą zmieniać, to kolejność ich omawiania. Jeżeli czas na to pozwoli, (a raczej nie pozwoli), mogą przerabiać z uczniami książki z listy lektur uzupełniających, ale już nie spoza niej.

Przyroda w czwartej klasie będzie, ale już nie będzie jej w dalszych klasach podstawówki, od klasy piątej zastąpi ją biologia. Dobrze jednak, że przez ten jeden rok, przy mądrym nauczycielu, mogą się dowiedzieć dużo o środowisku przyrodniczym kraju i bliskiej okolicy, o miejscu człowieka, czyli także ucznia, w tym złożonym systemie, jakim jest otaczająca nas przyroda. To ważne, bo te dzieci, jako dorośli, zmierzą się z problemami przeludnienia planety Ziemi i niszczenia środowiska. Dobrze byłoby, żeby to uwzględniono w programach biologii nauczanych w dalszych klasach. Tego, czy tak będzie, jeszcze nie wiemy.

W ogóle sporo jest rzeczy, o których jeszcze nie wiemy. Ma być więcej lekcji historii, ale jakiej? Mniej lekcji z nauk przyrodniczych, w dodatku z jeszcze mniejszą niż dotąd liczbą doświadczeń, a większą wiedzą encyklopedyczną.

Jak mówi Dorota Łoboda z ruchu Rodzice Przeciw Reformie Edukacji:
„ W ogóle nauki przyrodnicze zostały potraktowane po macoszemu. Nie mam nic przeciwko zwiększaniu liczby godzin historii, ale dlaczego kosztem geografii czy biologii? Liczba godzin biologii, geografii, fizyki i chemii razem wziętych jest w całym cyklu nauczania mniejsza, niż liczba godzin religii.”
(Wysokie Obcasy 02.09).

Na liczbę etatów przekłada się to tak, że tylko co drugi z 12 tysięcy nauczycieli chemii będzie miał pełny etat, podobna ilość etatów (ponad 6000) jest dla informatyków i biologów, ale ponad 23 000 dla nauczycieli religii. Nauczyciele – poloniści, w których rękach jest całe nauczanie kulturowe, mają etatów nieco ponad 40 tysięcy, zaledwie dwa razy więcej niż katecheci.

Właściwie to o religii wiadomo najwięcej. Tu na razie podstawa programowa pozostaje niezmieniona, podręczniki również. Według nich przenikanie kultur, oczywiste w dzisiejszym świecie, może zagrażać tożsamości człowieka, cokolwiek by to miało znaczyć. Naszą tożsamością jest polskość, a polskość – to katolicyzm.

Podręcznik religii dla klasy siódmej naucza:
„Dziedzictwo mego Narodu kształtowało moje myśli, chleb polskiej ziemi żywił moje ciało. Nie mogę kochać Twojego świata, nie kochając na pierwszym miejscu mojej Ojczyzny.”

A co, jeżeli uczeń sądzi, że świat jest jednością, każda kultura wymaga zrozumienia, a myśl powinna być wolna?

Zmienia się treść przekazywana dzieciom na lekcjach Wychowania o Życiu w Rodzinie – według podstaw stworzonych przez teolog Urszulę Dudziak z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wszystko ma być po chrześcijańsku, seks tylko w małżeństwie, jedyna antykoncepcja to naturalne planowanie rodziny itd. Co o tym sądzą Polacy, dowodzą sondaże, mówiące że w kwestii życia seksualnego większość wierzących nie przestrzega kościelnych zaleceń, bo one zwyczajnie nie przystają do rzeczywistości.

Jesteśmy społeczeństwem otwartym, nie ma już analfabetyzmu, internet daje szansę na dotarcie do każdej potrzebnej wiadomości. Wtłaczanie dzieci w sztywne i nienaturalne kanony naucza je fałszu: inaczej piszesz na kartkówce z religii, dla stopnia, inaczej myślisz ty i twoi rodzice.

Kościół powinien dostrzec w tym niebezpieczeństwo dla wiary, ale jakoś go nie widzi. Istnieje Dyrektorium Katechetyczne Kościoła Katolickiego, podstawa tworzenia programów nauczania religii, gdzie mówi się jasno, że wiedza ma charakter służebny wobec wiary.

Rzeczywistość jest taka, że programy nauczania religii są zależne tylko od kościoła. Nikt inny nie ma na nie wpływu. Przekształca się nawet programy innych przedmiotów, żeby głoszone tam prawdy nie wchodziły w kolizję z doktryną Kościoła, zwłaszcza mocno dotknęło to naukę o życiu w rodzinie. To patologia. Trudno godzić się z głoszoną przez księży tezą, że Kościół jest nieomylny.

Polistrefa, Fundacja na Rzecz Różnorodności, przeprowadziła badania w szkołach na południu Polski. Blisko co piąty dyrektor przyznał, że katecheci mają wpływ na treść programów innych przedmiotów zatwierdzanych w ich szkole na radach pedagogicznych.

W każdej klasie krzyż, w każde święto oprawa religijna. Rekolekcje, spowiedzi, posłuszeństwo. To już państwo religijne. Tak uczone dzieci mają wszelkie szanse wyrosnąć na ateistów i odwrócić się od kościoła z obrzydzeniem.

Byle jakie będą Rzeczypospolite

Na czatach reforma edukacji likwidacja gimnazjów

O planach PiS-u dotyczących polskiej szkoły wiadomo było niemal od początku. Wiadomo było, że PiS te plany wdroży pomimo permanentnego ich nieprzygotowania. Jest bowiem w projektach partii rządzącej coś na kształt nonszalancji, pewnej takiej dezynwoltury: co dla innych byłoby zaledwie wstępnym pomysłem czy zarysem idei, dla PiS jest dopiętym na ostatni guzik projektem gotowym do realizacji. Stąd hasło „Nie dla chaosu w szkole!”, które towarzyszyło od początku tym projektom, krzyk rozpaczy nauczycieli, rodziców, ekspertów od edukacji i samych uczniów.

Reforma min. Zalewskiej ma chyba nie tylko w moim skromnym odczuciu trzy zasadnicze cele – oszczędność, upartyjnienie szkolnictwa – od poziomu kuratoryjnego, poprzez dyrektorski, aż po nauczycielski, oraz zmiana priorytetów wychowawczych i pryncypiów edukacyjnych.

Oszczędność jest już dziś widoczna gołym okiem – zwalnia się tłumy nauczycieli i terroryzuje ich groźbą dalszych zwolnień. Powszechne nauczanie redukuje się o 1 rok (była sześcioletnia szkoła podstawowa plus trzyletnie gimnazjum, teraz będzie ośmioletnia podstawówka)… Oszczędność na edukacji oznacza krótszą i gorszą szkołę dla Polaków, co podnoszą wszystkie autorytety bijące na alarm przeciwko tej reformie.

O upartyjnieniu trudno cokolwiek dodać, poza tym, że szkołą upartyjnioną, ba! upartyjnionym szkolnictwem łatwiej rządzić. Nawet nie trzeba powoływać sekretarzy podstawowej organizacji partyjnej, bo tylko czekać, aż wymogiem zasadniczym zatrudnienia w szkole będzie przynależność do PiS, no, ostatecznie szczera sympatia.

A priorytety wychowawcze? Szkoła do tej pory zmierzała ku otwartości, ciekawości poznawczej, odkrywaniu świata, racjonalizmowi, umiłowaniu pokoju. Teraz ma się to odwrócić, co widać po podstawach programowych i planach lekcji. Będzie dużo katechizmu, apoteoza wojennego znoju i krwawej ofiary za ojczyznę, pedanteryjna historiografia Polski kosztem wiedzy o świecie, historii powszechnej.

Jaki człowiek zostanie ukształtowany tym sposobem? Wszystko zależy od nauczycieli. Pamiętamy wszak czasy komuny, kiedy także programy były przepełnione ideologią socjalistyczną, a mimo to nie wyrośliśmy na uległych sympatyków reżimu, przeciwnie, wielu z nas upadek komuny przyjął z aplauzem, euforycznie.

Edukatorzy zastanawiają się, na ile możliwe będzie odtworzenie drugiego obiegu edukacyjnego, jak w tamtych czasach, kiedy prawdziwą wiedzę zdobywało się nieoficjalnie, pokątnie. To nasi rodzice i szlachetni nauczyciele przekazywali nam wszystko, czego zabrakło w ówczesnych podręcznikach. Teraz może w tym pomóc internet, który uczynił ze świata globalną wioskę i spowodował, że dostęp do informacji jest daleko łatwiejszy, niż za PRL-u. Może więc nie ma co biadolić, tylko należy zacząć się organizować w dziele usuwania szkód i braków edukacyjnych, jakie zaproponowała min. Zalewska?

Wszyscy wiemy, że architektem wszelkich obecnych zmian w Polsce jest sam Jarosław Kaczyński. Dlaczego zapragnął cofnąć reformę edukacji wprowadzoną przez konserwatywny rząd Jerzego Buzka, który przywrócił gimnazja, i cofnąć szkołę do czasów PRL-u, fundując ośmioletnią podstawówkę?

„Niewiele brakowało, a nie zdałbym”. Tak Kaczyński opisał tajemniczy epizod w szkole.

Okazuje się przy tym, że Jarosław Kaczyński, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, miał dwóje aż z trzech przedmiotów: przysposobienia wojskowego, polskiego i angielskiego:
„Kaczyński miał dwóje i wyrzucili go z liceum? Seweryn: Byliśmy razem w szkole”.

Profesor Andrzej Jaczewski, który pracował wówczas w liceum, do którego uczęszczał Jarosław Kaczyński, opisuje szczegółowo, jak w sprawie jego promocji do następnej klasy interweniował kurator oświaty, sam Jerzy Kuberski (późniejszy minister oświaty):
„Jarosław Kaczyński nie zdał z X do XI klasy liceum. Dlatego mamy deformę szkolnictwa?”

Być może zatem główny architekt „dobrej zmiany” nie ma specjalnego nabożeństwa do edukacji i dlatego postanowił polską szkołę zdewastować.

Od ubiegłego roku śledzę z wielkim niepokojem wszystko, co się dzieje wokół oświaty w naszym kraju, ponieważ z wykształcenia jestem pedagogiem.

Ogólnopolski Dzień Protestu Nauczycieli – to spotkanie, zorganizowane m.in. przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 10 października 2016 roku, z udziałem przedstawicieli ugrupowań politycznych, ale nie tylko: przemawiała wówczas wzruszająco Maja Komorowska.

Nie dla chaosu w szkole! – to protest pod siedzibą MEN, w którym wzięły udział organizacje pozarządowe. 1 września 2016 wykrzyczeliśmy: „Nie dla rewolucji w oświacie, nie dla indoktrynacji politycznej uczniów, nie dla zmian w szkolnictwie, wprowadzanych bez konsultacji z nauczycielami, ekspertami, rodzicami i uczniami, nie dla centralnego ręcznego sterowania edukacją.”

23 sierpnia 2016 – wywiad z Arturem Sierawskim, który współuczestniczył w planach zorganizowania przez Związek Nauczycielstwa Polskiego szerokiej koalicji organizacji edukacyjnych sprzeciwiających się pospiesznej i nieuzasadnionej reformie oświaty zapowiedzianej przez PiS.

Relacja z Manifestacji ZNP pod hasłem „STOP REFORMIE EDUKACJI!” – przeciwko planom niszczenia dorobku polskiej oświaty, 19 listopada 2016:

Pamiętamy, jak wielu z nas z wielkim zapałem zbierało podpisy pod projektem referendum w sprawie reformy oświaty, a następnie cała ta nasza praca poszła na przemiał. PiS nie życzył sobie referendum w tej sprawie, głos suwerena tym razem został zignorowany, bo nie był zgodny ze stanowiskiem jedynie słusznej partii, która postanowiła jednak tę „deformę” wdrożyć…

Dziś jesteśmy w innej rzeczywistości – polska szkoła zmienia się na naszych oczach, dzięki min. Zalewskiej.

Zdesperowani rodzice, zrzeszeni pod hasłem „Rodzice przeciwko reformie edukacji” piszą: „Niestety nasze obawy się potwierdziły. Mimo protestów, manifestacji, strajków i 910 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum, zła reforma weszła w życie.”

I co dalej?

Zdjęcie pochodzi ze strony „Rodzice przeciwko reformie edukacji”