Piątka na Czatach (3)

Kolejne wydanie NaCzatach.pl mówi o destrukcji systemu edukacji zaserwowanej nam przez partię rządzącą dla niepoznaki nazywaną reformą edukacji. To trzecie wydanie naszego serwisu publicystycznego. Proponujemy Państwu rzetelną informację i pogłębioną analizę. W świecie pędzących newsów i kilkugodzinnych sensacji chcemy lepiej zrozumieć ważne sprawy, które się wokoło nas dzieją. Chcemy je zrozumieć razem z Państwem.

Wierzymy że razem, zatrzymując się na chwilę i podejmując pogłębioną refleksję, możemy zbliżyć się do prawdy. Zwłaszcza, że do współpracy udaje nam się zaprosić osoby, które poruszane tematy znają naprawdę dogłębnie i od wielu lat.

Liczymy, że zostaniecie Państwo z nami, mimo że nasze wydawnictwo nie jest na razie regularne. Zaczęliśmy jako piątka znajomych, którzy uznali, że trzeba się sprzeciwić zalewowi pseudo-informacji i manipulacji podpieranej ideologią.

Edukacja to przyszłość społeczeństwa. Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie – mówił w XVI wieku Jan Zamoyski. Czy uda się partii i politykom wychować nowego człowieka, uformowanego na ideologiczne zamówienie, na podstawie zmanipulowanej informacji i programów nauczania podporządkowanych dążeniu do władzy i poszerzaniu wpływów. Nie pierwszy to raz w historii Polski ktoś próbuje nas w ten sposób uformować. W czasie zaborów to rodzice uczyli swoje dzieci prawdy, kultury, języka. Podczas okupacji organizowano tajne komplety. W PRL-u prawda była przekazywana przez podziemne wydawnictwa, pamięć rodziców i dziadków, nielicznych odważniejszych nauczycieli.

Jak będziemy sobie radzić teraz? To się okaże. Ale jedno już wiemy z doświadczenia – na pewno nie damy się uformować. Homo sovieticus u nas się nie uformuje. Bo wolność i niezależność mamy w genach.

A jednak warto wiedzieć, co nam rządzący szykują. Nam, naszym dzieciom i wnukom. Tak łatwiej będzie się nam przygotować i ochronić to, co najważniejsze. Dlatego przedstawiamy Państwu rzetelne opracowania na temat faktycznego kierunku zmian w systemie edukacji narzuconych nam przez partię wbrew woli rodziców, nauczycieli i dzieci.

A kim my jesteśmy? Oto nasza piątka:
Halina Flis-Kuczyńska – redaktor naczelna
Danuta Kuroń – patronat
Mateusz Kijowski – redaktor prowadzący
Paweł Barański – sekretarz redakcji
Przemysław Wiszniewski – wydawca

Rozpinanie kagańca oświaty

Szkoła w domu MEN wychowanie bez stresu stop indoktrynacji

Halina Flis-Kuczyńska rozmawia z Agnieszką K., matką trójki dzieci, z których najstarsze zakosztowało wszystkich niedogodności dużych szkół.

Jak wiele starań i dokumentów trzeba, żeby wyjąć dziecko ze szkoły, w której źle się czuje, i zapewnić mu naukę domową (czy mieszaną, jakkolwiek ona się nazywa)?

Najpierw trzeba znaleźć szkołę, która będzie chętna, żeby opiekować się dzieckiem w nauczaniu domowym. Bo chociaż uczymy się w domu to szkoła musi zorganizować egzaminy, wystawić legitymację szkolną itp. Najlepsze są szkoły, które się w tym specjalizują, ale wtedy trzeba nieraz daleko jeździć na egzaminy. Są też państwowe i prywatne szkoły pozytywnie nastawione do takich uczniów, ale zdarzają się też miejsca gdzie na homeschoolersów patrzą krzywo i te trzeba omijać. Ja mam starsze dziecko w szkole, która specjalizuje się w takim nauczaniu, a młodsze w małej prywatnej szkole, gdzie np. WF możemy mieć z klasą.

Kiedy pierwszy etap, czyli poszukiwanie szkoły mamy za sobą, trzeba przekonać poradnię psychologiczno – pedagogiczną, żeby wydała pozwolenie. To jest kilka wizyt u specjalistów i trochę papierkowej roboty. Słyszałam o osobach, które miały z tym jakieś trudności, ale ja nie spotkałam się z tym osobiście, więc niewiele na ten temat wiem. Potem jeszcze formalnie składa się podanie do dyrekcji umówionej wcześniej szkoły i już można się czuć na swobodzie.

Tych zabiegów jest sporo, więc pytam, dlaczego zdecydowała się pani na taki trud. Co się działo z dziećmi w szkole zwyczajnej, powszechnej, że się pani na to zdecydowała?

Tu powiem krótko. Przemoc rówieśników, w tym taka, która mogła się skończyć poważnymi urazami. Spychanie dużej i coraz większej części nauki na dom. W tej chwili przerobienie CAŁEGO dziennego programu zabiera nam tyle, ile przedtem odrabianie samej pracy domowej!

To był chyba główny powód. Ale mniejsza ilość infekcji i więcej czasu na inne zajęcia, to też wielki plus, a nie targanie ciężkiego plecaka – to przysłowiowa wisienka na torcie. Dla mnie stres spowodowany tym, że to na mnie spoczywa obowiązek przerobienia programu jest o wiele mniejszy, niż odpowiedzialność wobec szkoły, czyli wywiadówki, lasy jedynek za nieodrobione prace domowe (czasem po trzy jedynki za jedno zadanie), stałe straszenie za niską frekwencją, obowiązkowe dni galowe itp.

Ani ja, ani dzieci za żadne skarby nie wrócimy do zrywania się o świcie i przesiadywania wielu godzin w ławce. Do tego (przynajmniej w przypadku moich dzieci) wiadomości nauczone w domu okazują się trwalsze, nie trzeba na początku następnego roku robić powtórek z poprzedniego.

Jak wygląda nauka w domu?

U każdego trochę inaczej. U nas dzieci wybierają, czego się uczymy danego dnia, według własnego „apetytu na wiedzę”. Z reguły
uczymy się rano, ale dzień można też ustawić inaczej. Z młodszym (pierwszoklasistą) często lekcja odbywa się na dworze. Piszemy na ziemi, czytamy na szyldach i autobusach, a liczymy monety w sklepie.

Starszy syn (druga klasa gimnazjum) wymaga tylko wytłumaczenia tematu. Potem odpalamy platformę edukacyjną Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, która sama zadaje zadania, sprawdza je i zlicza ilość przerobionego programu.

Tak sobie radzimy z przedmiotami ścisłymi. W przedmiotach humanistycznych wspieramy się nauczycielami. Rosyjski mamy prywatnie, angielski z komputera, w polskim jest możliwa wsparcie nauczycieli ze szkoły. Nasza szkoła (Szkoły Moracza) ma system wsparcia nauczycieli szkolnych dla rodziców. Można też być homeschoolersem i w ogóle nie uczyć własnych dzieci. Społeczności rodziców budują w oparciu o ten system tzw. Szkoły demokratyczne, gdzie dzieci przychodzą codziennie, mają stołówkę i nauczycieli, ale też bardzo duży luz i rok kończy się egzaminami. U nas w sąsiedniej dzielnicy jest taka „Wolna Szkoła Ogórkowa”. Pewnie byśmy tam byli gdyby nie to że dojazd niewygodny. Inną opcją są szkoły, które organizują dla swoich uczniów zajęcia w trybie uniwersyteckim. Tak robi warszawski zespół szkół Benedykta. Są wykłady i zajęcia, na których można się uczyć, ale nie ma obowiązku. Obowiązkiem jest zdanie egzaminu.

Co dziecko zyskuje?

Gigantyczne odciążenie. Zamiast 30 lub więcej godzin tygodniowo przesiedzianych w szkole, wystarcza dwanaście. Zauważyłam, że tyle dokładnie się dostaje, kiedy dziecko zachoruje i przysługuje mu nauczanie indywidualne i to się sprawdziło – tyle rzeczywiście wystarcza. To oznacza około trzech godzin dziennie i to bez „prac domowych” po południu.

Oprócz tego ma wybór w uprawianym sporcie i w grupie rówieśniczej, w której przebywa. Mój starszy syn zdecydowanie woli tych kilku kolegów, z którymi ma wspólne zainteresowania i razem chodzą na modelarnię, niż kilkusetosobowy tłum w szkole.

Myślę też, że trening zdawania egzaminów przyda się później na studiach. Bo dla gimnazjalisty to są naprawdę wielogodzinne i wyczerpujące egzaminy, tyle że w przyjaznej atmosferze.

Czy ten typ nauki jest dostępny teraz, w szkole po reformie?

Jest, ale z ograniczeniami. Jest rejonizacja, pozwolenie można dostać tylko w państwowej poradni psychologiczno – pedagogicznej, a
nie – jak wcześniej – w każdej. Szkoła za ucznia w tym trybie dostaje mniej pieniędzy od Państwa.

Ale ponieważ homeschoolersów przybywa, szkoły wyspecjalizowane sobie radzą i ciągle można to robić nieodpłatnie, nawet z dodatkowym wsparciem i zajęciami.

Dziękuję. To może być pomocne rodzinom, które nie wiedzą, jak mogą pomóc swoim dzieciom, ujętym w karby systemu, który je dławi jak kaganiec…

Zdjęcie – z archiwum domowego naszej rozmówczyni. Podpis pod zdjęciem:
„Jak prawidłowo kreślić ósemkę? Pedagodzy zalecają najpierw zaczynać od dużych ósemek a potem stawiać coraz mniejsze. My dla hecy zajęliśmy całą podłogę i ćwiczyliśmy biegając. Była świetna zabawa.”

Religia i martyrologia zamiast wiedzy o świecie

Nie dla czaosu w szkole w obronie nauczycieli ZNP Na czatach

Dziś przedstawiamy to, co zebraliśmy dla was na temat reformy szkolnej, według której od sześciu tygodni pracują polskie szkoły podstawowe, resztki klas gimnazjalnych i licea. Zamieszanie duże, koszt niemały , rezultat mocno wątpliwy. Przemieszczenia uczniów, zamęt wśród nauczycieli, niepotrzebne wydatki, to po jakimś czasie zostanie opanowane.

Pozostaną nowe programy, które przestraszają. Dużo religii, dużo martyrologii, mało wiedzy o świecie i przyrodniczej. Nie tak kształcone dzieci i młodzież chcielibyśmy mieć. Protesty były? Były.

W październiku 2016 Związek Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Nie – dla chaosu w szkole” zorganizował protest w miastach wojewódzkich. Protestujący żądali odstąpienia od likwidacji gimnazjów i od powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej, argumentując, że po początkowym zamieszaniu gimnazja okrzepły, zostały dobrze wyposażone i nie stanowią obciążenia. Przeciwnie, stały się wartością powszechnej oświaty.

Reformy to nie zatrzymało. Kolejny protest odbył się wiosną tego roku. W ogólnopolskim strajku. Podobnie jak za rządów ministra Giertycha przed 10 laty, kiedy strajkowało 60 procent szkół.

Tym razem decydować się na udział w strajku było trudniej. W szkołach na Pomorzu dawano nauczycielom do podpisania oświadczenia, że do strajku nie przystąpią. Wiadomo było od razu, że kto nie podpisał, ten wróg. Nauczycielska Solidarność była przeciw strajkującym, oskarżając ich w niektórych oświadczeniach, np. w liście do nauczycieli w Radomsku, że strajkując są przeciwko rządowi, czyli przeciwko naprawie państwa. Na Śląsku do szkół w przeddzień strajku zaglądała policja.

Kuratoria domagały się list strajkujących, przecież nie po to, żeby ich pochwalić. Ostatecznie dużo szkół się wycofało, szczególnie na Podkarpaciu, bastionie PiS.

Ostatniego dnia marca tego roku, mimo nacisków na dyrektorów szkół i nauczycieli, mimo gróźb pod ich adresem, zastrajkowało 7 tysięcy szkół, czyli 37 procent placówek. Opór nauczycieli przeciw reformie łamano nie tylko groźbami. Zapowiadano też marchewkę – 15 procentowe podwyżki płac. Ale nie będzie ich od razu. Mają być na razie 5 procentowe. Dla najlepszych nauczycieli dyplomowanych z dłuższym stażem przewidziane były nagrody w wysokości 500 złotych, czyli nauczycielskie 500+. I mają być, ale też później, dopiero od 2022 roku. Ci nauczyciele, których obietnice zniechęciły do narażania się oporem przeciw reformie, czują się dotknięci, omamieni
zapowiedziami raju, którego nie ma.

Środowisko nauczycielskie realizuje teraz reformę, w której sens wątpi i której skutków się obawia. Opowiemy wam o niej wszystko, co dostrzegliśmy z naszej małej czatowni.