Reforma czy gra o tron?

Jacek Dubois i Michał Zacharski
zamieszczono: 30.09.2017

Prezydent złożył Marszałkowi Sejmu dwa projekty ustaw: projekt ustawy o Sądzie Najwyższym oraz projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. O potrzebie reformy sądów mówi się po obu stronach politycznej barykady. Reforma z definicji ma na celu ulepszenie istniejącego stanu rzeczy. Czy rozwiązania zaproponowane przez Prezydenta zapewniają zmianę na lepsze? Przyjrzyjmy się, jakie będą skutki wejścia w życie takich rozwiązań prawnych.

W projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym zaproponowano regulację, zgodnie z którą sędzia Sądu Najwyższego przechodzi w stan spoczynku, co do zasady, w wieku 65 lat. Nie budzi to najlepszych skojarzeń. W 1983 r. wybitny adwokat Władysław Siła-Nowicki – członek Komitetu Obrony Więźniów powołanego przez Komisję Koordynacyjną Porozumiewawczą „Solidarności”, ekspert Krajowej Komisji i doradca Lecha Wałęsy, obrońca w licznych procesach politycznych – zmuszony został przez ówczesną władzę do przejścia na emeryturę po ukończeniu 70. roku życia.

Po 34 latach w ten sam sposób Prezydent usiłuje pozbyć się I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która została powołana na sześcioletnią kadencję w 2014 r. Skrócenie kadencji I Prezes Sądu Najwyższego jest niekonstytucyjne (zob. art. 183 ust. 3 Konstytucji) i tworzy niepokojący precedens, na mocy którego można skrócić kadencję dowolnego organu państwowego. Bliźniaczo podobna sytuacja miała miejsce nie tak dawno na Węgrzech, gdzie na mocy przepisów wprowadzających nową ustawę zasadniczą z dniem jej wejścia w życie na trzy i pół roku przed terminem wygasła kadencja prezesa Sądu Najwyższego Andrása Baka. Sprawa została rozpatrzona przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu (Baka przeciwko Węgrom – wyrok Wielkiej Izby ETPC z dnia 23 czerwca 2016 r., skarga nr 20261/12). Trybunał w swoim rozstrzygnięciu stwierdził m. in., że z zasad niezawisłości i bezstronności sądów oraz nieusuwalności sędziów wynika domniemanie ochrony prawa sędziego do pełnienia swych funkcji przez całą kadencję, na którą został powołany. Trudno takie stanowisko Trybunału podważać. Doświadczony i mądry sędzia powinien mieć możliwość sprawowania swojej funkcji jak najdłużej.

Z kolei pomysł wprowadzenia skargi nadzwyczajnej od każdego prawomocnego orzeczenia to nie tylko przedłużenie postępowań poprzez stworzenie „czwartej instancji”. To przede wszystkim zniweczenie jakiejkolwiek pewności obrotu. Po co sądy mają orzekać, skoro żaden wyrok „prawomocny” nie będzie trwały? Objęcie skargą nadzwyczajną orzeczeń sprzed wejścia w życie ustawy jest natomiast świetnym narzędziem politycznej walki. Przy jego wykorzystaniu można w zależności od potrzeby chwili doprowadzić do skazania niewinnych i ułaskawienia skazanych. Co za tym idzie można tworzyć historię na nowo. W świetle proponowanych zmian czymś zupełnie normalnym stanie się czwartoinstancyjne rozpoznanie dawno zakończonych procesów. Jeśli prezydencka ustawa wejdzie w życie, usłyszymy o ludziach, którzy na podstawie zapadłych wyroków ułożyli sobie wszelakie stosunki, w tym majątkowe i rodzinne, a teraz są przejęci trwogą, że wszystko to mogą utracić w majestacie prawa.

Wprowadzając element społeczny Prezydent proponuje, by w Sądzie Najwyższym orzekali także ławnicy. Co do zasady instytucja ławników to dobry pomysł, pod warunkiem jednak, że – jak w Stanach Zjednoczonych ława przysięgłych – ławnicy zajmują się oceną faktów. Tymczasem Sąd Najwyższy jest sądem prawa. Ławnicy jako niefachowcy nie będą kompetentni, by oceniać sprawy z perspektywy naruszenia prawa, podobnie jak hydraulicy (za wyjątkiem Leonarda Susskinda, profesora fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Stanforda, który zaczynał jako hydraulik) nie będą kompetentni do oceny osiągnięć Alberta Einsteina.

Najważniejszą z perspektywy władzy planowaną zmianą jest jednak powołanie nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. To właśnie ta izba, kadrowo zbudowana przez nową upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa – będzie rozstrzygać o ważności wyborów. A to pachnie już gomułkowskim: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, ale w białych rękawiczkach.

W prezydenckim projekcie nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa mowa jest o wybieraniu członków tego gremium większością 3/5 głosów w Sejmie. Gdy w terminie 2 miesięcy Sejm nie wybierze kandydatów do KRS, wyboru spośród zgłoszonych kandydatów ma dokonać prezydent. Niekonstytucyjność zmian dotyczących Krajowej Rady Sądownictwa zauważył sam Prezydent i zaproponował, że w związku z tym zmieni także ustawę zasadniczą. Jasne jest zatem, że Konstytucja w jego mniemaniu jest de facto aktem niższego rzędu, skoro można ją dowolnie zmieniać pod dyktando – pisanej „na kolanie” i bez konsultacji ze środowiskiem prawniczym – ustawy. Jest to kolejna odsłona niebezpiecznej idei prof. Stanisława Ehrlicha, który źródła legitymizacji władzy upatrywał w woli politycznej, a nie w prawie, któremu nawet władza musi się bezwarunkowo poddać.

Należy sobie jednak zadać pytanie o cel takich zmian w trybie wyboru członków KRS. Posłużmy się wymowną analogią: w jaki sposób dochodzi do ustawiania wyników meczów piłkarskich? Najczęściej poprzez ulokowanie na boisku „swojego” sędziego. A zatem celem władzy jest wstawienie do KRS „swoich” funkcjonariuszy. Odpowie ktoś: przecież to wciąż są sędziowie, ludzie o nieskazitelnym charakterze i najwyższych przymiotów moralnych! Tak, należy jednak pamiętać, że – jak zauważyła prof. Ewa Łętowska – sędziowie są krew z krwi kość z kości narodu polskiego. Nie mówimy, że każdy sędzia zachowa się niegodziwie po wejściu w życie proponowanych przez Prezydenta zmian. Mówimy jedynie o zwiększeniu prawdopodobieństwa zachowania się przez sędziego w sposób nielicujący z jego niezawisłością.

Krok w stronę upolitycznienia sądów może skończyć się bardzo źle. Przykładem stalinowskie sądy, gdzie również orzekali sędziowie. Wystarczy zajrzeć do książki „Widziane z ławy obrończej” Anieli Steinbergowej, by zobaczyć, jak asystent na Wydziale Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, radca prawny Banku Dyskontowego, adwokat i przedwojenny sędzia zamieniają się w zbierających śmiertelne żniwo sędziów-funkcjonariuszy w powojennych procesach politycznych, w których naruszenie praworządności sądzenia jest tak oczywiste, że aż kłuje w oczy. Ideałem dla władzy tego rodzaju jest sytuacja, w której nie ma nawet potrzeby wywierania nacisków na sędziów. Wystarczy, że atmosfera jest jasna, a wymagania stawiane im przez władzę – znane. Wówczas sędziowie wykonują swoją pracę w sposób pozornie niezawisły, jak Grimaud – pachołek Atosa w słynnej powieści płaszcza i szpady, którego pan nauczył spełniać rozkazy „za najmniejszym gestem lub ust poruszeniem”.

Tymczasem Sądy są strażnikiem obywatela i chronią przed wszechmocą państwa. Mają za zadanie reagować wówczas, gdy władza narusza elementarne zasady. Prezydenckie ustawy stanowią zagrożenie dla tego modelu, skoro sądy będą uzależnione od władzy ustawodawczej i wykonawczej.

***

Po zawetowaniu dwóch ustaw dotyczących polskiego sądownictwa, przyjętych głosami parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, Prezydent zapowiedział, że przedstawi własną wizję. Mówiąc obrazowo, o ile rozwiązania zawarte w projektach poselskich mordowały Konstytucję, o tyle regulacje opracowane przez Prezydenta pozostawiają ustawę zasadniczą dotkliwie pobitą. Niestety zaproponowane przez Prezydenta zmiany legislacyjne są próbą totalnego przejęcia władzy sądowniczej i podporządkowania jej, wbrew monteskiuszowskiej idei, legislatywie i egzekutywie. Z całą pewnością takie działania nie mogą być nazwane reformą, a negatywne skutki wejścia w życie opisanych rozwiązań prawnych dotknąć mogą każdego, kto zetknie się z sądami.

Facebook Comments